Jak powinna wyglądać wizyta u pediatry.

Za każdym razem, kiedy muszę iść po coś do naszej rejonowej przychodni, trafia mnie szlag. Kiedy widzę te tłumy matek z tłumami dzieci pod gabinetem z kobietą, z którą z wielu powodów nie mam o czym rozmawiać, a która szczepi moje dzieci, bo jest najbliżej, mój szlag kulminuje. Kiedy pod tym gabinetem widzę dzieci naprawdę chore, zmartwione matki, które przyszły po faktyczną poradę, mam stan przedzawałowy. I zawsze się zastanawiam: może one wszystkie nie wiedzą, jak powinna wyglądać wizyta u pediatry? Może tak chodzą tam, bo nie mają pojęcia, bo nie wyobrażają sobie inaczej? Ja na przykład nie miałam pojęcia i nie wyobrażałam sobie. Przeczuwałam, że coś jest nie halo, ale nie wiedziałam co. Teraz już wiem, to się podzielę.

Weźmy taką wizytę kontrolną, rozwojową niemowlęcia, taki rutynowy ogląd zdrowego dziecka na przykład przed szczepionką. Wiesz, jak to powinno wyglądać? Lekarz się wita. Z tobą, z dzieckiem. Każe usiąść. Pyta, czy coś cię niepokoi. Cokolwiek. Czy czegoś nie wiesz, czy coś ci się wydaje nie takie. Słucha. Zapamiętuje. Pyta o dietę, nawyki, spanie. SŁUCHA, patrząc na ciebie. Prosi o rozebranie dzieciaka.

Małe leży na plecach, w pieluszce. Lekarz chwilę, paręnaście sekund, mu się przygląda, pozwala poruszać swobodnie, obserwuje zachowanie. Potem delikatnie macha jego rączkami, rozciąga je, góra/dół, na krzyż – sprawdza napięcie mięśniowe. Odwodzi nóżki, ogląda stópki (odruchy niemowlęce i bioderka). Delikatnie naciska brzuszek – palpacyjnie kontroluje narządy wewnętrzne. Osłuchuje (nie tylko płuca, ale też serce i pracę układu pokarmowego). Sprawdza dokładnie wnętrze pieluszki. Przechodzi wyżej, niby mimochodem kontroluje węzły chłonne w pachwinach i pod żuchwą, cały czas sprawdza stan skóry. Patrzy w oczy. Zagląda światełkiem do nosa i uszu. W końcu, w szybkiej, skupionej sekundzie (bo dzieci tego nie lubią) sprawdza jamę ustną – gardło, zęby, pleśniawki, język. Ciemiączko. Odwraca dziecko.

Znów to samo. Chwila swobodnego ruchu. Odruchy. Osłuchanie. Jeśli dziecko już chodzi, niech się jeszcze przejdzie, a potem przebiegnie na bosaka. A teraz do taty, szybciutko, na paluszkach (koślawość, szpotawość, kolanka). W końcu pomiary: długość, klatka, głowa. Waga, koniecznie nago (fakt, że pielucha może przyjąć do pół litra płynu i że pół kilo różnicy przy niemowlaku to sporo, wykoncypowałaś sama, ale jak zapytałaś, to przecież pani doktor w przychodni powiedziała, że nawet bodziak może zostać). Zalecenia, rozszerzanie diety, witaminki, kiedy była ostatnia morfologia? To zrobimy. Morfologię i mocz, najtańsze badania, podstawa wszystkiego. Wyniki jak zwykle smsem, jak już będą. Do zobaczenia za dwa miesiące. Pozdrawiam.

Jak to wygląda u mnie w przychodni? Kobieta najchętniej nie wstawałaby zza biurka. Kiedy mówię, że dziecko ma gorączkę, po osłuchaniu (stetoskop przykłada dwa razy z przodu i trzy z tyłu) i zajrzeniu mu do gardła, stwierdza, że to przeziębienie. O uszach zapomina. Nie wie, jak Pierwszy chodzi, gdzie ma przesuszoną skórę, nie wie, czy pod ubraniem nie ma trzeciej nogi. Bo nigdy go nie rozebrała. Kiedy Drugiej przez pierwszy miesiąc obwód główki nie rośnie ani o milimetr (powinien koło 3-4 centymetry), nie drga jej nawet brew. Całe szczęście drga pielęgniarce – po jej n a l e g a n i a c h pomiar zostaje powtórzony – okazuje się, że miarka się przekręciła. Tym razem.

Pierwsza wizyta u normalnego (to ważne! nie cudownego, wspaniałego, niesamowitego – u takiego j a k i m  p o w i n i e n   b y ć) pediatry w moim przypadku trwała godzinę (teraz mieśmy się w czterdziestu pięciu minutach), kosztowała 80 zł i zostawiła niezacieralne ślady na psychice. Wyszłam z gabinetu oszołomiona. Nic dziwnego – na raz dowiadujesz się, że dobrze by było nosić małego równo na obu rękach, żeby wyrównać napięcie, bo lekko się skręca (i najprawdopodobniej dlatego płacze, a nie dlatego, że to normalne u dzieci, patrz, nie jesteś chora psychicznie), że to coś za uchem (a, miałaś zapytać, zapomniałaś!) to ciemieniucha i nie ma się co przejmować, że może trzeba będzie podciąć wędzidełko pod językiem, ale pewnie się wydłuży, że wodniaczek (jaki wodniaczek?!) jest naprawdę niewielki i najpewniej sam się wchłonie, ale naczyniaka (?!) trzeba będzie obserwować, bo wprawdzie jest niegroźny, ale w głupim miejscu.

Wiesz, co jest najgorsze? Nie byłaś u doktora Hausa. Twój potomek nie przeszedł serii najnowszych, kosmicznych fancy badań. Jak się tak dobrze zastanowić, to wychodzi na to, że jedyne, co zrobiła ta magiczna kobieta z innego świata to wysłuchanie ciebie i DOKŁADNE, UWAŻNE OBEJRZENIE DZIECKA. Nic więcej. Nic więcej nie trzeba. Tylko że nikt wcześniej jakoś na to nie wpadł.

Kiedy mija pierwszy wstrząs, zaczyna narastać furia.

Dobra, wiem, że pediatra z NFZ ma dziesięć do piętnastu minut, nie czterdzieści. Nie oczekuję, że będę mogła wysłać mu zdjęcie wysypki mmsem, żeby od razu wiedzieć, czy to coś pilnego, ani że ktoś przyjmie mi dziecko o 12 w nocy – od tego mam Ją. Ale nie dajcie sobie wmówić, że w te dziesięć nie można na dziecko spojrzeć. Skupione macanie, szybkie i pobieżne, ale jednak, trwa właśnie tyle. Nawet hightech światełka nie trzeba, bo małe dzieci mają wszystko krótkie.

Wymagajcie patrzenia. Pytajcie. Niech wiedzą, że wiecie, jak to powinno wyglądać.

TSM

Reklamy

19 uwag do wpisu “Jak powinna wyglądać wizyta u pediatry.

  1. Zgrałyśmy się dziś tematycznie 😉
    Moje dzieci chodzą do maleńkiej gabarytowo przychodni w środku miasta. Całkiem nam nie po drodze a zdobycie numerka jest ogromnym wyzwaniem. Ale zaciskamy zęby i dajemy radę, bo Nasza Pani Doktor sprawdzając Miśkę na bieżąco porównuje ją z bratem, kiedy był w tym samym wieku. Z pamięci. Jak ona to robi przy tylu dzieciach?

    PS. To oczywiście tylko przykład jej zaangażowania, jest tego więcej.

  2. Sposobem na rozwiązanie tego problemu jest wprowadzenie niewielkich opłat (załóżmy w wysokości 5 zł) za KAŻDĄ wizytę u lekarza. Skończą się wtedy procesje ludzi, którzy lekarza nie potrzebują. Odetchną lekarze, a co za tym idzie również pacjenci.

    • Jestem za, ale nie widzę w tym lekarstwa dla akurat tej zarazy, o której piszę – totalnego olewactwa. Nie przeszkadza mi, że jest szybko, sztampowo, taśmowo i bez serca – ale niech to będzie sensowna taśma, obejmująca rutynowe sprawdzenie przynajmniej najczęstszych problemów. Tego te pięć złotych nie załatwi.

      • Olewactwo to wynik wypalenie. Wypalenie wynika z tego, że jak trzeba „załatwić” dziesięciu pacjentów w godzinę (to akurat autentyczna statystyka z jednego z łódzkich szpitali), to… taki jest efekt.

        • Być może. Z drugiej strony są ludzie, którzy temu przeczą i wcale nie chodzi mi o tych wariatów, którym się wiecznie chce, bo to jednostki, wyjątki. Jest sporo lekarzy, którzy po prostu starają się jakoś przyzwoicie wykonać swoją robotę, jak przyzwoity mechanik czy profesor. Bez polotu, ale jednak jakoś.

  3. Mam super pediatrę – lekarza rodzinnego. Jako dziecko rodzice mnie do niego brali. Cała rodzina chodzi, całą rodzinę kojarzy, teraz już cztery nasze pokolenia leczy. 🙂 Zapisy tego samego dnia, bez kolejek i przemiłe pielęgniarki. Dał skierowanie do chirurga, bo syn ma przepuklinę pępkową i kazał po wizycie zadzwonić i powiedzieć co i jak 🙂
    Czyli da się na NFZ
    Nie wiedziałam, że są takie baby jak piszesz.

  4. taaa, znam to. Dlatego wzmożone napięcie u mojego młodego odkryłam przez przypadek, bo mu ciemiączko się uwypukliło. Wcześniej, choć go rozbierali, nic nie zauważyli. Dlatego teraz jak potrzebuję zwykłą receptę to idę do przychodni, wiedząc co potrzebuję. A resztę załatwiam prywatnie.Już się nauczyłam latami alergii starszej pociechy, że najpierw muszę sama ustalić, co dziecku może być i na co reaguje i dopiero idę do lekarza, bo na jego zainteresowanie i dociekliwość nie mogę liczyć. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Ale z dotychczasowej historii wynika, że lekarze idą na łatwiznę i nie wnikają, byle szybciej spławić.

  5. Mieszkam w Szwajcarii. Tu nie ma publicznej służby zdrowia – wszystko jest mniej lub bardziej prywatne, a horrendalnie wysokie koszty wizyt pokrywa prywatny ubezpieczyciel. Wizyta u pediatry wygląda tak, jak opisałaś ją w części „jak powinno być”, także cieszę się, że tu mieszkam.

  6. Kurczę, ja dzisiaj miałam z małą taką wizytę i w zasadzie wszystko tam było według tego co napisałaś jak powinno być, więc chyba dobrze. no i zawsze nadzieja dla innych, że jednak można przyjąć po ludzku na NFZ i to w Polsce:)

  7. Ja ciągle szukam tego jedynego, wymarzonego pediatry, któremu będę ufać w 100%. Na razie jestem zarzucana ulotkami słoiczków i kaszek, które są absolutnie najlepsze i jeszcze żadnej się nie zachciało wstać od biurka. Jedna usiłowała zdiagnozować uczulenie bez oglądania gołej skóry. Esz…

  8. Współczuję, szczerze. My korzystamy ze zwykłej przychodni, mieliśmy kontakt chyba z piątką pediatrów i nigdy na szczęście nie było tak jak piszesz. Może nie kontrolują chodzenia, ale badanie przy nawet byle kaszelku zawsze wszechstronne, spokojne. Podoba mi się też to, że słuchają nas rodziców, czasem ochrzanią – tak, też mi się trafiło, ale jak przemyślałam, to słusznie 😉 Mamy chyba rzeczywiście szczęście, ale widać, że się da. I dodam tylko, ze są to w większości młodzi lekarze, więc to też moze ma znaczenie?

    • Z mojego doświadczenia wynika, że to nie zależy od wieku, tylko od blazy i urażonego ego. Jak ktoś bardzo chciał być Hausem, a przyjmuje w rejonowej przychodni, to mu się wydaje, że szkoda jego energii na te kaszelki, bo to przecież nie toczeń… i tocznia przeoczy;)

  9. Witam
    Mnie denerwują i wyprowadzają z równowagi najczęściej kolejki do pediatrów, dlatego zauważyłem , że dużo osób rezygnuje z porannych wizyt u lekarzy i idzie z dziećmi do przychodni, które mają nocny lub świąteczny dyżur, nie ma za dużo kolejek a wszystko ostaje załatwione w przeciągu godziny. Pozdrawiam

  10. Oj mnie ostatnio szlag trafiał jak moje 6 letnie dziecko chorowało. Prawie 40′ gorączki, której nie szło zbić, okropny kaszel, wymioty, katar. Pojechaliśmy do pediatry 20 minut zamknięciem a Pan doktor opryskliwy, nie miły. Diagnoza? Infekcja. Ale jaka infekcja, co, gdzie, jak – a po co to przecież komu. Przepisać antybiotyk i heja! Po najmniejszej linii oporu.

  11. Pingback: Zaufany pediatra to połowa sukcesu | Farmaceuta Radzi

  12. Pingback: (Nie) szczep! Ściąga dla początkujących. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s