Druga

8.12.2017

Ja w łóżku z Drugą, Pierwszy nad nami, czyta.
– A wiesz mamo, jest taki łazik marsjański, nazywa się Spirit. A wiesz, co jest ciekawe?
– No?
– Jest też takie latające skrzydło B2 Spirit.
– No, to rzeczywiście ciekawe. A wiesz w ogóle, co to znaczy spirit?
– Nie.
– To duch.
– Ja myślałem, że duch to ghost.
– To jest taki duch, co straszy, a spirit to jest duch, dusza w tobie taka, chęć działania jakby. Pewnie dlatego je tak nazwali.
– Mamko, a co to jest spirit?
– No przecież powiedziałam właśnie, Druga. Dusza twoja, duch w tobie.
– Mamko?
– No?
– A na jednym pieprzyku to by się zmieścił jeden spirit czy milion?

Poddaję się.

 

6.12.2017

No więc była nawet marchewka dla renifera wielkości ramienia Drugiej, żeby na pewno nie brakło. Był kaligrafowany piórkiem list z pozdrowieniami od Świętego. Były specjalnie zanabyte worki w złote gwiazdy, wypełnione po brzegi.

Całe rano był płacz.

Bo nocnik za mały dla Ali Mali.
Bo suknia księżniczki za długa, a w ogóle to księżniczki nie mają rękawiczek.
Bo co tu wisi u tej różdżki takie nieładne.
Bo jeszcze miał być Max Szmatka.
No i najgorsza obraza: BO KARMELKA Z PRZEDSZKOLA JUŻ MA TAKĄ KORONĘ I ONA CHCIAŁA INNĄ.

W międzyczasie Pierwszy po cichutku cieszył się wszystkim – jakbym mu dała gówno w papierku, to by się cieszył, że taki ładny papierek i że wcale tak brzydko nie pachnie.

Chowamy ich tak samo, chodzą do tej samej placówki z tymi samymi dziećmi.

Jak żyć, panie premierze, jak żyć?

 

13.11.2017

Druga wychodzi z łóżka średnio pięćdziesiąt osiem razy. Dziś przerobiliśmy już wodę, poprzytulać, poczytać, wodę, kupę, drugą kupę, a jednak tylko siku i kocyś – trochę kończą się jej naboje. Przerwa była dłuższa, myśleliśmy, że już nie wylezie.
Wyłazi.
Staje przed TST, teatralnym gestem rozkłada ręce na boki i przekrzywia głowę: ma to znaczyć, że jest zarazem zrezygnowana i stanowcza.

– Nie chcę już być w brzuchu. Tam nie ma mleka i żadnych zabawek.

I poszła.

 

7.11.2017

– Druga, a weźże przestań łazić w tę i we w tę, babcia ci nałożyła obiadek, tu masz, zaraz ci te kartofle całkiem wystygną.
– To będą… hihi… zimniaki.

Będą z niej ludzie 

17.10.2017

Z cyklu „tak, małe dzieci to bezrefleksyjne durne złote rybki”:

Druga w dzień trzyma się już na wodzy całkiem nieźle, opanowywanie siebie idzie jej coraz lepiej. W nocy jest gorzej: każde nieopatrzne zaburzenie rozespanej równowagi na drodze do toalety skończyć się może – dosłownie – szałem. Fakt, że potworne histerie o dwunastej w nocy (dramatyzowane przepięknie rozpaczliwym „nie, tato, NIEEEE!!!”, kiedy TST, na przykład, chce koło niej przejść do kuchni) nie sprowadziły nam jeszcze na głowę opieki społecznej, należy uznać za cud.

Staramy się wychodzić jej naprzeciw. Czasem jednak, jak wczoraj, człowiek nie pomyśli i, dajmy na to, zapali światło w przedpokoju, żeby się nie zabiła w tej łazience (to, że nie należy światła zapalać w samej łazience, wiemy już doskonale). Cóż, bywa.

Mija najgorsze piekło – co poznaję po tonie krzyku, przechodzącym z absolutnej, palącej wnętrzności wściekłości w zawodzenie (musi minąć samo, wszelkie ingerencje są bezcelowe) – i przy dziesiątym podejściu pozwala mi zostać w pokoju. Siadam obok skulonego na podłodze trzyletniego ciałka.
– Lepiej już?
[kiwa głową]
– Chcesz się przytulić?
– Jeszcze nie.
– A mogę położyć się obok ciebie?
[łka ciszej, kiwa]
– Smutno mi, mamo.
– Wiem, Rybko. A wiesz, dlaczego ci smutno?
– Bo tata mnie nie posłuchał. Ja nie chciałam światła.
– Ale wiesz, że on chciał tylko, żebyś się nie przewróciła w łazience po ciemku?
[kiwa, głaskam, płacze już zdrowo, spokojnie]
– Mamo, ja… ja nie chciałam, żeby to się tak skończyło.

 

16.8.2017

W kąpieli.

– A wiesz, tatko, ja kocham moje życie.
[O.o]
– Tak? To świetnie. A co w nim najbardziej kochasz?
Druga myśli chwilę.
– Moje jelitka.
[O.o] [O.o]
– Jelitka? Te w brzuchu te?
– Tak. Tato, a czemu one są takie mięciusieńkie?

19.6.2017

– Mamo, a z czego to jest zrobione? – pyta Druga, wskazując na podstawę toaletowej nakładki z Ikei.
– Z gumy takiej specjalnej.
– Z takiej jak przyssawka w szczoteczce Pierwszego?
– Nie, ale podobnej.
– Z takiej do żucia?
– Nie całkiem.
– Aaa… z takiej do zmazywania takiej?
– No nie, innej.
– Do włosów?
– Hmmm, niezupełnie. I takiej z majtek też nie.
– Aha.

Szlag by trafił język polski.

 

17.6.2017

Wychodzę do pracy, stoję w drzwiach, Druga drze się z sypialni.
– Mamoooooo!
Wracam, łypię, przez chwilę nie umiem się zorientować, co jest gdzie, w końcu namierzam małą głowę wynurzającą się spod pachy TST.
– Uważaj na lisy!!!

4.6.2017

Pierwszy jest szalenie prawdomówny i to nie tylko w tym sensie, że nie kłamie. Świat taki, jaki jest, w zupełności mu wystarcza, nie ma i nigdy nie miał potrzeby go ubarwiać.

Druga – a jakże – zmyśla na potęgę, właściwie od kiedy tylko nauczyła się mówić. Z pełnym przekonaniem, zaciśniętymi w ciup ustkami i zmarszczonym czołem daje życie nieziemskim, piętrowym historiom.

Dziś od rana (a prawie cały dzień byłam w pracy) dowiedziałam się na przykład, że:
– wodę gazowaną tworzy się z wody zwykłej i ocetu w procesie pieczenia w piekarniku;
– makiełki to są takie małe rybki (z nich też się robi wodę gazowaną; nie wiem, czy w piekarniku);
– skarby (te takie oznaczane na mapach przez X) robią złodzieje. Mieszając. No mieszają tak, mieszają i już: jest skarb;
– czasem boi się wychodzić na dwór, bo gonią ją skowronki.

Tak że tak.

 

22.5.2017

Środek nocy, Druga kwękoli. Idę.

Siadam. Jest niespokojna, popłakuje, rzuca się na łóżku –
wszystko we śnie. Głaskam ją delikatnie po plecach, ale zaraz cofam dłoń: nie tym razem, musi samo minąć. Czekam.

Nagle wypręża się na tyle, na ile pozwala jej nieprzytomne ciało.

– Skandal! Stara legenda.

I odpłynęła.

 

22.4.2017

– Wiesz Druga, co ty jesteś? Ty jesteś mój ptyś.
– Nie! Bezik! Nie!! Krokodyl! Nie!!! Słonik złotogrzywy!

O ja durna.

20.2.2017

Z cyklu „dobre dziecko i własną kupą się pobawi”:

Robię coś w łazience, słyszę perlisty śmiech córki mojej. Mamrotanie. Śmiech. Mamrotanie. Śmiech. Wychodzę.
Druga siedzi na krześle, wyciągnięte przedramiona opiera na stole (jedną dłoń wygina pionowo pod kątem prostym, drugą trzyma pod Świętym Katalogiem Lego) i półgłosem, bez ruchu, odlicza: jeden, dwa, trzy… Gdzieś przy „cztery”, góra „pięć” krztusi się ze śmiechu, no posikana jest całkowicie, po czym, bidna, musi zaczynać od początku.

Gdzieś po dwudziestu sekundach dociera do mnie.

Jedna rączka liczy. Druga się chowa.

 

2.2.2017

Oboje jesteśmy potwornie oparci na słowie, zbudowani na zdaniu – zadajemy pytania, oczekujemy reakcji. Nigdy nie stanowiło to problemu, bo Pierwszy niemal od urodzenia był bardzo wsobny, skierowany ku sobie, szybko zaczął się nazywać i wyrażać, a trafność jego sądów i obserwacji do dziś wywołuje w nas regularne drżenie. Odpowiadamy sobie.
Druga ma z nami ciężkie życie, bo jest centrum świata w zupełnie innym sensie. Ponieważ wszystko kręci się wokół niej, nie ma potrzeby w siebie zaglądać – wybucha zawsze na zewnątrz, oczekuje zmiany poza sobą. Introspekcja jej mocno kuleje, co nam niezmiernie utrudnia codzienność, bo bycie ślepo konsekwentnym wobec istoty, której absolutnie nie obchodzi początek i koniec łańcucha reakcji, jest czystym okrucieństwem i niczego sensownego jej nie nauczy. My więc jesteśmy cierpliwi, ona się stara. Bardzo.

Idziemy do przedszkola.
– Mamo, a dlaczego Druga nie pozwala, żeby tata jej pomógł, tylko zawsze mówi, że ty masz coś zrobić albo przytulić? [Druga jest bardzo mamoklejna]
– Nie wiem, Synku, zapytaj jej.
– Druga, a dlaczego wolisz mamę i krzyczysz czasem na tatę, żeby czegoś nie robił, tylko mama?
Druga milczy i zwiesza głowę. Długa cisza.
– Ona chyba sama do końca tego nie wie, wiesz, Pierwszy?
– To dlaczego ona mi po prostu nie powie, że tego nie wie? Czemu nic nie mówi?
– Bo wiesz, Druga, jak czasem czegoś nie wie, jak nie potrafi do końca zrozumieć, dlaczego coś się dzieje, to się tak trochę wstydzi. I woli nic nie mówić.
Pierwszy nie jest do końca usatysfakcjonowany, ale daje za wygraną. Idziemy. Nagle słyszę jakieś cichutkie mamrotanie na wysokości metra. Staję, kucam.
– Co mówiłaś kochanie?
– Bo ja jestem bałwankiem.
– Bałwankiem?
– Tak, bałwankiem małym jestem. Dlatego wolę mamę.

 

10.1.2017

Mieliście kiedyś pytanie fundamentalne? Takie oddzielające niebo od ziemi i światłość od ciemności? Ty-tu-ty-tam i już wszystko wiadomo? Ja nie pamiętam, Pierwszy nie miał.
Druga MUSI wiedzieć.
– Mamo, co to jest?
– Nie wiem, jakiś chłopiec chyba, nie znam tej bajki.
– Czy on gryzie?

16.10.2016

– Druga, a w głowie co masz?
– W głowie?!
– No w głowie, w środku, co masz, jak myślisz?
– Ekranik.

21.10.2016

Druga nie nosi pieluchy tak gdzieś od września. W dzień. Nie ma z tym najmniejszego problemu. Z nocą idzie nam zdecydowanie gorzej: próbowaliśmy ją odpampersić tak ze trzy razy, na trzy tury w sensie, za każdym razem po tygodniu dawaliśmy za wygraną.

Ostatnio się zawzięliśmy. Co wieczór przed snem odprawialiśmy magiczne rytuały, prowadziliśmy długie negocjacje, rozstawaliśmy się w zgodzie z mocnymi postanowieniami. Po czym byliśmy budzeni płaczem między 12 a 2, wszystko zalane, wszystko rozgoryczone, dramat.
Próbowaliśmy wysadzania. Za zgodą. Świadomą. O 20:00. O 23:00 zgody nie było na nic, było za to niemożebne darcie, poorane paznokciami twarze i blokada. Sąsiedzi umierali z wdzięczności.
Trwała ta poleczka tak ze trzy tygodnie. Na te 21 dni może ze dwa razy wstała rano sucha, za to ze cztery obudziła się w nocy mokra kilkukrotnie. Wczoraj uznaliśmy, że OK, lesson learned, nie ma co kopać się z koniem. Może za mała jest. Za mocno śpi. Wujtam. MY musimy spać, poza tym musiałam już pętać Pana Brokuła, który, widząc po raz setny wrota pralki, usiłował wykorzystać przeciwstawne kciuki i podciąć sobie żyły prześcieradłem.
Założyliśmy pieluchę.
Budzi nas wołaniem koło 5:00. TST idzie. Mała siedzi spokojnie na łóżku.
– Co tam?
– Cześć, tatusiu. Chciałabym mały siczek.
TST pyta jeszcze raz. Nie dlatego, że nie zrozumiał. Dlatego, że nie wierzy.
Poszła grzecznie, wysikała się, zasnęła. Rano zdjęła sobie suchego pampersa i założyła majtki, po czym przyszła do mnie zapytać, do którego kosza ma go wyrzucić.

Nie mogę z tym dzieckiem, serio.
Podejrzewam, że „My way or highway” ma wytatuowane na mózgu.

 

16.10.2016

Czytam Pierwszemu. Druga, już po myciu, przychodzi na chwilę się przytulić.
– Miałaś dziś miły dzień, Słońce?
Myśli.
– Tak. Bardzo miły. Nie było żadnych potworów.
Podnoszę brew.
– Naprawdę?
– Nooo, tylko ten jeden był, taki malutki, tycityci ten – obejmuje palcami powietrze wielkości mandarynki.
– Ale jego się przecież nie boisz, prawda, Druga? – z przekonaniem wtrąca się syn mój.
– Niee, ja się go zawsze nie boiłam.
Pierwszy, kiwając głową, wraca do Muminków, Druga leci do łóżka.
Coś mnie tu chyba jakby omija.

27.9.2016

Druga budzi mnie w środku nocy pojedynczym, przeraźliwie głośnym (w ogóle przeraźliwym) krzykiem.
Biegnę pełna sprawdzonych pocieszeń, ostatnio często miewa koszmary (głównie o tym, jak TST na spółę z Pierwszym zabierają jej różnego typu zabawki). Pochylam się nad łóżeczkiem i trochę zawisam w próżni – ani śladu łez, przyspieszonego oddechu, jedynie lekkie oszołomienie wybudzeniem.
– Co jest kochanie? Coś ci się śniło?
– Tak. Przyszedł pan lew.
No. Przyszedł. To się na niego wydarła i poszedł.

11.9.2016

Plac zabaw. Okupujemy z Drugą małą huśtawkę, obok nie dają o sobie zapomnieć Duże Dziewczynki: trzecia-czwarta klasa, najgorszy wiek ever.
– A wiesz, co to jest szyja?
No cóż, to od początku zmierzało w tym kierunku.
– Szyja to kawał kija do podtrzymywania ryja!
Wrzask, pisk, chichot, ocieram juchę z zerwanego ze śmiechu boku.
– A wiesz, co to są nogi?
No dajesz.
– Nogi to dwa słupy do podtrzymywania dupy!
Ło jezusie, przez dwadzieścia lat nic nowego nie wymyślili.
– Mamusiuuu, a wiesz, co to jest pupa?
O-ho.
– No?
– Pupa to są dwie lilie wodne.

9.9.2016

Zły dzień, nerwowy, napięty, wlecze się. Bardzo się staram, żeby Druga nie odczuła tego za bardzo, to miał być nasz łikend.
Siedzi na toalecie, gadamy o dupie Maryni. Jestem zmęczona; dopiero po sekundzie orientuję się, że nagle coś jest nie halo: przyciąga przykurczone ręce do brzucha, podciąga kolana, ma zaciśnięte mocno powieki. Ociężale otrząsam się z nieznośnego „no ciekawe co jeszcze dziś”.
– Coś się stało kochanie? Co robisz?
Otwiera czujnie jedno oko, jak w kreskówce.
– Zamieniam się w jajko.

A to spoko.

4.8.2016

– No już, Druga, już jestem, kochanie, no już, to tylko sen. Powiesz mi, co ci się śniło?
[kiwa głową, oczy ma jak pięć złotych]
– No, to co to było? Co ci się przyśniło?
– Strach.

8.7.2016

Rozczula mnie szalenie pieczołowitość, z jaką Druga układa w wózku lalki do snu. Najpierw podusia, klepiemy trzy razy, przekręcamy, bo flamingi głową do dołu albo niewystarczająco na środku omójboże, laleczka, wygładzamy spódniczkę, dwoma palcami, fałdka po fałdce, pasy, pasy muszą być, kołderka, tylko w jedną stronę właściwa, ułożyć pod kocyk, kocyk, dokładnie do wysokości połowy źrenicy. Trwa to długie, skupione minuty, zupełnie abstrakcyjne przy jej wieku i temperamencie. W końcu lala zasypia, a Druga…

Druga idzie do sypialni, na paluszkach, no bo lala śpi, no i bo wie, franca, że jej nie wolno. Bierze rozbieg przez dwa pokoje i z całym impetem, na jaki stać jej krótkie nóżki, wjeżdża wózkiem w suszarkę na pranie.

Kocyk, kołderka, podusia i majty TST długo jeszcze spadają tu i ówdzie bawełnianym deszczem; Pierwszy dziko kwiczy z rozkoszy.

7.6.2016

Dużo czasu poświęcam na nauczenie moich dzieci ubierania się w słowa. Pierwszy załapał od razu, nazwanie problemu bardzo go uspokaja. Druga ma inny charakter, ale ona też zaczyna widzieć zalety przekucia rozlanego jękolenia w konkretne, bynajmniej nie synonimiczne, „nie lubię”, „nie podoba”, „niemiło”, „boję”.
Pierwszego znajomość granic swoich możliwości trochę wiąże: potrzebuje dużo czasu i spokoju na przekonanie samego siebie, że może. Kalkuluje, stawia kroki po pół i jest uparty – jeśli uzna, że coś jest poza jego zasięgiem, nawet nie próbuje, mimo całej naszej cierpliwości i wsparcia. Druga…

Druga biega po domu, intensywnie poszukując jakiegoś kotka/ludzika/whatever. Robię coś; mówię jej, że chyba widziałam go ostatnio w łazience. Leci. Szura czymś. Woła mnie. Idę.
Przy drzwiach łazienki na podłodze leży duży worek psiej karmy, z siedem kilo. Na worku leży podest z IKEI. Na podeście, na palcach, stoi Druga i demonstrującym gestem wyciąga rączkę w kierunku włącznika światła. Patrzy na mnie.
– Mamo, nie radzę. Za mała.

8.4.2016

Nasz pies jest mocno terytorialny, nieufny i nieprzytulasty, dużo burczy – takie szlachetne w formie („a jaka to rasa? aaaa, węgierski pies na ryby, taaak, to rzadkie u nas, prawda?”), bandyckie 23 kilo czystego mięśnia z mocną szczęką. Mimo że nie jest agresywny, ludzie zapobiegawczo schodzą mu z drogi. To be honest, ludzie zapobiegawczo przechodzą na drugą stronę drogi.
Pierwszy nauczył się go omijać, za co zostaje zaszczycony pojedynczym liźnięciem każdego ranka. Druga, cóż, jest traktowana jak zło konieczne uzbrojone w jeździk.

Stoję w kuchni, gotuję, słońce grzeje, syn w przedszkolu, córka zajęta swoimi sprawami. Sielanka. Nagle słyszę rozdzierające NIIIIIIIEEEEEEEEE!!!! MOJIIIIIIIII! NIEEEEEEEEEE!!!!
Podnoszę wzrok i martwieję.
Druga z całym impetem i wyciągniętą oskarżycielsko ręką szarżuje na bogu ducha winnego C. Dobiega, drze się na niego (!), kiedy nie rozumie – ja też średnio rozumiem – paca go łapką gdzie popadnie (!!), w końcu siłą, za wszarz, wypycha go balkonu (!!!). Pies pewnie by i warknął, ale jest zbyt skonfundowany, wyraźnie nie ma pojęcia, co zaszło. Ja też nie.
Podchodzę.
Na posadzce w rogu leży coś zielonego. Kubusiowy mus marchew-jabłko-banan jest już bezpieczny.

Druga doesn’t share food.

1.4.2016

Bawię się w dziecięcym z Pierwszym.
Druga za naszymi plecami rozpirza dom w drobny mak: coś się trzaska, coś spada, coś terkocze, coś rozlewa, trzaskają drzwi od łazienki i szurają szuflady. Z mojego punktu widzenia jest jasną pokrzykującą smugą przecinającą przedpokój – póki od czasu do czasu przecina, postanawiam jej nie przeszkadzać. Jest widocznie zdeterminowana, ma plan.
W końcu słyszymy triumfalne TADAAAM! z salonu i szalony galop w naszą stronę. Jesteśmy wzywani. Głośno. Dramatycznie głośno. Mamy iść na-ten-tych-miast. Po drodze z całego tego rozentuzjazmowania zahacza jeszcze głową o szafkę na buty, płacz, tulu tulu, TAAAAM!, my biegniemy, ona postanawia dojechać na jeździku, włączając po drodze wszystkie możliwe melodyjki.
Docieramy. Pan Wieprzek i Mały Miś śpią na podeście łazienkowym zgodnie ze zdjęciem poniżej. Rozmaślam się i wznoszę na piskliwe wyżyny, a że jak ślicznie, jak równiutko, jak im wygodnie na tej podusi i w ogóle w ogóle.
Druga… marszczy czoło. Jest zszokowana, jest oburzona, jest zła. Milknę w pół zdania, nic nie rozumiem.

– CIIIIIIIIIIIIIIIII!!! – strofuje mnie niecierpliwie, kładąc palec a ustach.

Jeździk wciąż gra.

wieprzek

25.1.2016

Pierwszy znalazł sobie w przedpokoju nowy, zupełnie nieużywany Kącik – jakieś 1,5 na 1,5 płytki, osłonięty wieszakiem na ubrania. Po urządzeniu za pomocą sterty poduszek, półkocyków i brudnych gaci lokum wprost idealne, erem na bawełnianej górze. Zasiadł po turecku, jął medytować.

Druga zaczęła od barbarzyńskiego ataku bardzo w swoim stylu, drąc się wniebogłosy. O dziwo została odparta: pustelnia była dobrze osłonięta, a taktyka przeciwnika łatwa do przewidzenia – wystarczyło, że Pierwszy schował wszystko, w co mogłaby go ugryźć.
Wycofała się za węgieł, przemyślała schemat rozgrywki i postanowiła zdobyć przyczółki boczkiem, zająć pozycję przez zastopienie. Stopa nie weszła. Zonk.
Zaczęła się przymilać i zagadywać zupełnie po ludzku. Zachodziła, raz z lewej, raz z prawej. Złożyła w ofierze pluszowego kotka i dwa nagie resoraki. Wszystko na próżno.

Westchnęła.

Stanęła dokładnie przed bratem, hardo nadal siedzącym w pozycji kwiatu lotosu. Zmierzyła. Odwróciła się. Usiadła z impetem. Zaskoczony Pierwszy zamarł, co zostało natychmiast wykorzystane do wymoszczenia się na podołku, wtulenia w klatę i wciśnięcia głowy pod brodę. Cienkie włoski zasmyrały go w buzię, odruchowo pocałował siostrę w czubek głowy, przypieczętowując tym samym swoją kapitulację.
Druga przymknęła oczy i zachichotała cicho.

Czegóż ja cię, Córko, mogę więcej nauczyć o życiu?

20.11.2015

Druga pokazuje na drzwi.
– Kaka papa.
– Tak, tata poszedł, ale wróci zaraz.
– Łoł łoł?
– No, z psem, na pola.
– Y!
– Co byś chciała?
– Bwo.
– Wody?
– Mhm. Kame!
– Czekaj, zapytam. Mamooo-o, Druga może wody z soczkiem?
– Nie.
– Mama mówi, że nie możesz. Chcesz samej?
– Nie! Brrrum?
– Zaraz, tylko pójdę siku.

19.11.2015

Druga jest zdecydowanie bardziej ekspansywna niż Pierwszy. Kiedy on nasiąka rzeczywistością, powoli, stabilnie, równo z każdej strony, ona świat pożera, wypluwa to, co jej nie smakuje, niedojada i sięga po jeszcze. Jeśli słodyczą (bo mimo wszystko jest słodka przecież, jak każdy białowłosy lokaty pędrak z dołeczkami) nie dostaje tego, co jej się akurat uwidzi, znajduje oparcie w przebojowości; jeśli i tupet zawodzi, zawsze zostają zęby, pięści, kredki w oko. Wydawałoby się, że w starciu z nią Pierwszy nie ma szans.
Wiele rzeczy nam się wydawało.

– Drugaaa, a na co się zakłada… buty?
Druga pokazuje stopy.
– Bardzo ładnie. – widzę, jak mała zapala się wewnętrznym blaskiem, pochwała brata jest warta ze trzy nasze – a na co się zakłada… koszulkę?
Druga pokazuje brzuszek.
– Tak, dobrze. – uciecha ucieka z tegoż brzuszka piskiem – a na co się zakłada… czapkę?
Druga pokazuje głowę.
– Świetnie. – córka moja lewituje z dumy i sama sobie bije brawo, podniecenie sięga zenitu – a na co się zakłada… bambus?

Zostawił ją tak, mały szelma.

15.11.2015

Nie było mnie dokładnie tydzień.

Dzieci są zdrowe, odpasione, jest czyściej niż było. Druga Matka poprzekładała mi rzeczy w szufladach, wyrzuciła spleśniałe serki z lodówki i powstawiała wszędzie wiklinowe koszyczki.

Druga tymczasem zdobywa kolejne przyczółki.
Kiedy po blatach, lustrze, stole, szafkach w kuchni, krzesłach, ścianach w sypialni, przedpokoju i dziecięcym, kabinie prysznicowej, kanapie, brzuchach własnym i cudzych, kaloryferach i panelach przyszła kolej na największą ścianę w dużym pokoju, TST się poddał.

 

3.10.2015

Pierwszy (3,5 roku) jest tak spokojny, ostrożny i rzeczowy, że czasem zastanawiam się, czy on w ogóle żyje.

Nie podnosi głosu, da się mu wytłumaczyć wszystko, co ma sens, w sprawach bez sensu bywa uparty, ale zawsze przy tym taktowny i opanowany. Nigdy nie musiałam zakładać w domu żadnych zabezpieczeń, blokad, bramek-sramek – wystarczyło mu trzy razy powiedzieć, że jak gotujemy, to nie może być w kuchni, bo gorące rzeczy są niebezpieczne, by konwersacje toczyły się wartko zza linii kafelków. Zawsze przed spróbowaniem nowych rzeczy pyta, czy może je wziąć i przyjmuje na wiarę, że wódka i domestos nie są dla niego. Pyta również, czy może podskoczyć i trochę poszaleć, „bo dziś go wszystko jakby kusi”, co, połączone z demonstrowaną nagminnie umiejętnością czytania, nie przysparza nam specjalnie popularności na placu zabaw.

Jest do tego bardzo wrażliwy i szalenie empatyczny. Potrafi rozpłakać się z nadmiaru emocji słysząc skrzypce. Po kilku pierwszych taktach „Cichej nocy” musiałam natychmiast stanąć na głowie, żeby dokumentnie nie zawył Wigilii. Kiedy raz dałam mu do przymierzenia bluzę z Lidla zaraz po jajku niespodziance, zatrzymał się w pół ruchu, posmutniał i zapytał, czy Drugiej też coś kupiłam, kupiłam, prawdaaa?

Po co to piszę?

Bo dziś Druga (1,5 roku), wykorzystując chwilową nieuwagę ojca, ukradła z szafki (której nie wolno jej otwierać) olej (którego nie wolno jej ruszać), ściągnęła porządnego łyka, rozlała resztę i już-już miała salwować się ucieczką, kiedy wzrok jej padł na bogu ducha winnego brata, bawiącego się w kąciku (własnym) autkiem. Zaindagowała w swoim stylu (drąc się niemożebnie), otrzymawszy zaś odpowiedź odmowną, rozdarła się jeszcze bardziej, po czym, nim zdążyliśmy zareagować, rzuciła się na Pierwszego z zębami i z bezinteresownej złości ugryzła go rękę tak, że przez tydzień będzie nosił tatuaż z małych kuleczek w kolorach tęczy. Furia królewny obróciła się następnie przeciw misiowi pandzie i lalce, a w końcu i niej samej, gdyż, rzucając z zapamietaniem rzeczoną lalką o ścianę, straciła równowagę w krótkich nóżkach i pacła o łóżeczko.

Ma do nas pretensje.

10.9.2015

6:30, poobudzeniowa blaza, wszyscy oprócz Drugiej śpią na stojąco. TST się przeciąga.
– Pogoda dziś jakaś niepewna.
Otwieram szerzej lewe oko, na niebie ani jednej chmury.
– ?
– Aaaa, bo swędzi mnie rów. – cicho wyjaśnia w przestrzeń mój doktor nauk humanistycznych, tonem filozoficzno-melancholijnym, idealnie wspólgrającym z tytułem.
– Masz alergię. – konstatuje w przelocie Pierwszy, przeżuwając znaleziony gdzieś kawałek suchej buły, co Drugą rozsierdza do czerwoności. Żucie w sensie, nie diagnoza.
– MNIAAAAAMM!!!

Mieszkam w cyrku.

1.9.2015

Druga nigdy nie była dzieckiem specjalnie urodziwym. Z każdym miesiącem jest lepiej, jak mówi Wielka Matka: wyciera się. Teraz pod odpowiednim kątem i w odpowiednim nastroju bywa białoblond aniołkiem, czasem niemal ślicznym.

Nadal jednak ślicznym właśnie. Chłopcem. Zwykle w dodatku nosi ciuchy po Pierwszym, co nie pomaga postronnym. Jedyna kobieta, która w mojej przytomności od strzała i bez wahania używała w stosunku do niej form żeńskich, po pięciu minutach przystankowej rozmowy okazała się pomylona.

Ostatnio – z braku czegokolwiek czystego – ubrałam ją w spadkowe ciuchy z dna szuflady: szare leginsy w brokatowe serduszka i różowo-fioletową sukienkotunikę w paseczki. Z kokardką.

Plac zabaw. Starsi panowie cmokają. Druga bieży, słodka jak wata cukrowa i kucyki pony, cała błyszcząca. Pan ją na ręce. Niby wiem, że zaraz będzie chryja, ale pan taki zadowolony, pozwalam.

– O, chodź do mnie, kochanie, o, jakby mi się podobał taki cukiereczek, bo wie Pani, u mnie to, eh, cztery dziewczynki, a tak bym wnuka chciał takiego…

Dżender srender, rili.

18.8.2015

Piję kawę, dzieci cicho bawią się same w pokoju. Piję. Bawią się. Cicho. Za długo.
Zerkam zza węgła, stoją obok siebie przy mikrostoliczku. Pierwszy swoim zwyczajem układa – własne – autka w dwa równe szeregi: jeden dla niego, jeden dla Drugiej. Druga nie jest zadowolona z podziału.
– Nie-e! Druga, ty będziesz tymi, a ja tymi.
Druga sięga.
– Druga, POSŁUCHAJ. Tutaj jest taka jakby linia, widzisz? Te po tej stronie będą twoje, rozumiesz?
Nie rozumie.
– Nie! Popatrz, ty masz zielone, ja mam ciemnozielone, tak jest bardzo ładnie.
Do Drugiej jakby dotarło. Waha się, odstępuje. Spogląda na brata. Delikatnie kładzie mu pulchniutką rączkę na policzku, przekrzywia z czułą pobłażliwością płowowłosą główkę. Zastyga, uśmiecha się.
Wymierzyła.
Sprzedaje mu idealnego plaskacza, zabiera ze stołu uparzone samochodziki i oddala się spokojnym, acz lekko jeszcze chwiejnym krokiem szeryfa.

Nadchodzi nowa era.

13.8.2015

Nic nie pobudza Drugiej do rozwoju bardziej niż irytacja rodzica. Wszystko, od podnoszenia głowy począwszy, robiła zawsze świetnie, ale czasowo na granicy normy: kiedy już-już sięgałam po telefon do magika od pleców i odnóży, ta łaskawie przewracała się na brzuch, siadała, wstawała, etc.

Z mówieniem dodatkowo mamy złe porównanie, bo Pierwszy zaczął używać języka bardzo wcześnie: w wieku Drugiej posługiwał się już swobodnie kilkunastoma słowami, z czego kilka było nawet po ludzku. Niby wiemy, że każde dziecko inne, ale połączenie żywotności polnego chwasta, wiecznego rozdzierającego yyyyy-y-y! i rozkazująco wyciągniętego palca aż się czasem prosi o figę. Albo faka.

Poczuwszy grożącą jak gradowa chmura obojętność, córka moja zmieniła front i od kilku dni świadomie, celowo i powtarzalnie używa swojego pierwszego słowa. Wybrawszy je, za jednym zamachem potwierdziła trzy rzeczy: niewątpliwą przynależność do naszej rodziny (dotychczas poddawaną w wątpliwość ze względu na całkowity brak fenotypowych cech wspólnych), znajomość własnych priorytetów i odporność na presję społecznych oczekiwań.

Żadne tam „mama”.
Mówi MNIAM.

Masz rację: first things first, Córeczko. First things first.

Reklamy