Druga

4.8.2016

– No już, Druga, już jestem, kochanie, no już, to tylko sen. Powiesz mi, co ci się śniło?
[kiwa głową, oczy ma jak pięć złotych]
– No, to co to było? Co ci się przyśniło?
– Strach.

8.7.2016

Rozczula mnie szalenie pieczołowitość, z jaką Druga układa w wózku lalki do snu. Najpierw podusia, klepiemy trzy razy, przekręcamy, bo flamingi głową do dołu albo niewystarczająco na środku omójboże, laleczka, wygładzamy spódniczkę, dwoma palcami, fałdka po fałdce, pasy, pasy muszą być, kołderka, tylko w jedną stronę właściwa, ułożyć pod kocyk, kocyk, dokładnie do wysokości połowy źrenicy. Trwa to długie, skupione minuty, zupełnie abstrakcyjne przy jej wieku i temperamencie. W końcu lala zasypia, a Druga…

Druga idzie do sypialni, na paluszkach, no bo lala śpi, no i bo wie, franca, że jej nie wolno. Bierze rozbieg przez dwa pokoje i z całym impetem, na jaki stać jej krótkie nóżki, wjeżdża wózkiem w suszarkę na pranie.

Kocyk, kołderka, podusia i majty TST długo jeszcze spadają tu i ówdzie bawełnianym deszczem; Pierwszy dziko kwiczy z rozkoszy.

7.6.2016

Dużo czasu poświęcam na nauczenie moich dzieci ubierania się w słowa. Pierwszy załapał od razu, nazwanie problemu bardzo go uspokaja. Druga ma inny charakter, ale ona też zaczyna widzieć zalety przekucia rozlanego jękolenia w konkretne, bynajmniej nie synonimiczne, „nie lubię”, „nie podoba”, „niemiło”, „boję”.
Pierwszego znajomość granic swoich możliwości trochę wiąże: potrzebuje dużo czasu i spokoju na przekonanie samego siebie, że może. Kalkuluje, stawia kroki po pół i jest uparty – jeśli uzna, że coś jest poza jego zasięgiem, nawet nie próbuje, mimo całej naszej cierpliwości i wsparcia. Druga…

Druga biega po domu, intensywnie poszukując jakiegoś kotka/ludzika/whatever. Robię coś; mówię jej, że chyba widziałam go ostatnio w łazience. Leci. Szura czymś. Woła mnie. Idę.
Przy drzwiach łazienki na podłodze leży duży worek psiej karmy, z siedem kilo. Na worku leży podest z IKEI. Na podeście, na palcach, stoi Druga i demonstrującym gestem wyciąga rączkę w kierunku włącznika światła. Patrzy na mnie.
– Mamo, nie radzę. Za mała.

8.4.2016

Nasz pies jest mocno terytorialny, nieufny i nieprzytulasty, dużo burczy – takie szlachetne w formie („a jaka to rasa? aaaa, węgierski pies na ryby, taaak, to rzadkie u nas, prawda?”), bandyckie 23 kilo czystego mięśnia z mocną szczęką. Mimo że nie jest agresywny, ludzie zapobiegawczo schodzą mu z drogi. To be honest, ludzie zapobiegawczo przechodzą na drugą stronę drogi.
Pierwszy nauczył się go omijać, za co zostaje zaszczycony pojedynczym liźnięciem każdego ranka. Druga, cóż, jest traktowana jak zło konieczne uzbrojone w jeździk.

Stoję w kuchni, gotuję, słońce grzeje, syn w przedszkolu, córka zajęta swoimi sprawami. Sielanka. Nagle słyszę rozdzierające NIIIIIIIEEEEEEEEE!!!! MOJIIIIIIIII! NIEEEEEEEEEE!!!!
Podnoszę wzrok i martwieję.
Druga z całym impetem i wyciągniętą oskarżycielsko ręką szarżuje na bogu ducha winnego C. Dobiega, drze się na niego (!), kiedy nie rozumie – ja też średnio rozumiem – paca go łapką gdzie popadnie (!!), w końcu siłą, za wszarz, wypycha go balkonu (!!!). Pies pewnie by i warknął, ale jest zbyt skonfundowany, wyraźnie nie ma pojęcia, co zaszło. Ja też nie.
Podchodzę.
Na posadzce w rogu leży coś zielonego. Kubusiowy mus marchew-jabłko-banan jest już bezpieczny.

Druga doesn’t share food.

1.4.2016

Bawię się w dziecięcym z Pierwszym.
Druga za naszymi plecami rozpirza dom w drobny mak: coś się trzaska, coś spada, coś terkocze, coś rozlewa, trzaskają drzwi od łazienki i szurają szuflady. Z mojego punktu widzenia jest jasną pokrzykującą smugą przecinającą przedpokój – póki od czasu do czasu przecina, postanawiam jej nie przeszkadzać. Jest widocznie zdeterminowana, ma plan.
W końcu słyszymy triumfalne TADAAAM! z salonu i szalony galop w naszą stronę. Jesteśmy wzywani. Głośno. Dramatycznie głośno. Mamy iść na-ten-tych-miast. Po drodze z całego tego rozentuzjazmowania zahacza jeszcze głową o szafkę na buty, płacz, tulu tulu, TAAAAM!, my biegniemy, ona postanawia dojechać na jeździku, włączając po drodze wszystkie możliwe melodyjki.
Docieramy. Pan Wieprzek i Mały Miś śpią na podeście łazienkowym zgodnie ze zdjęciem poniżej. Rozmaślam się i wznoszę na piskliwe wyżyny, a że jak ślicznie, jak równiutko, jak im wygodnie na tej podusi i w ogóle w ogóle.
Druga… marszczy czoło. Jest zszokowana, jest oburzona, jest zła. Milknę w pół zdania, nic nie rozumiem.

– CIIIIIIIIIIIIIIIII!!! – strofuje mnie niecierpliwie, kładąc palec a ustach.

Jeździk wciąż gra.

wieprzek

25.1.2016

Pierwszy znalazł sobie w przedpokoju nowy, zupełnie nieużywany Kącik – jakieś 1,5 na 1,5 płytki, osłonięty wieszakiem na ubrania. Po urządzeniu za pomocą sterty poduszek, półkocyków i brudnych gaci lokum wprost idealne, erem na bawełnianej górze. Zasiadł po turecku, jął medytować.

Druga zaczęła od barbarzyńskiego ataku bardzo w swoim stylu, drąc się wniebogłosy. O dziwo została odparta: pustelnia była dobrze osłonięta, a taktyka przeciwnika łatwa do przewidzenia – wystarczyło, że Pierwszy schował wszystko, w co mogłaby go ugryźć.
Wycofała się za węgieł, przemyślała schemat rozgrywki i postanowiła zdobyć przyczółki boczkiem, zająć pozycję przez zastopienie. Stopa nie weszła. Zonk.
Zaczęła się przymilać i zagadywać zupełnie po ludzku. Zachodziła, raz z lewej, raz z prawej. Złożyła w ofierze pluszowego kotka i dwa nagie resoraki. Wszystko na próżno.

Westchnęła.

Stanęła dokładnie przed bratem, hardo nadal siedzącym w pozycji kwiatu lotosu. Zmierzyła. Odwróciła się. Usiadła z impetem. Zaskoczony Pierwszy zamarł, co zostało natychmiast wykorzystane do wymoszczenia się na podołku, wtulenia w klatę i wciśnięcia głowy pod brodę. Cienkie włoski zasmyrały go w buzię, odruchowo pocałował siostrę w czubek głowy, przypieczętowując tym samym swoją kapitulację.
Druga przymknęła oczy i zachichotała cicho.

Czegóż ja cię, Córko, mogę więcej nauczyć o życiu?

20.11.2015

Druga pokazuje na drzwi.
– Kaka papa.
– Tak, tata poszedł, ale wróci zaraz.
– Łoł łoł?
– No, z psem, na pola.
– Y!
– Co byś chciała?
– Bwo.
– Wody?
– Mhm. Kame!
– Czekaj, zapytam. Mamooo-o, Druga może wody z soczkiem?
– Nie.
– Mama mówi, że nie możesz. Chcesz samej?
– Nie! Brrrum?
– Zaraz, tylko pójdę siku.

19.11.2015

Druga jest zdecydowanie bardziej ekspansywna niż Pierwszy. Kiedy on nasiąka rzeczywistością, powoli, stabilnie, równo z każdej strony, ona świat pożera, wypluwa to, co jej nie smakuje, niedojada i sięga po jeszcze. Jeśli słodyczą (bo mimo wszystko jest słodka przecież, jak każdy białowłosy lokaty pędrak z dołeczkami) nie dostaje tego, co jej się akurat uwidzi, znajduje oparcie w przebojowości; jeśli i tupet zawodzi, zawsze zostają zęby, pięści, kredki w oko. Wydawałoby się, że w starciu z nią Pierwszy nie ma szans.
Wiele rzeczy nam się wydawało.

– Drugaaa, a na co się zakłada… buty?
Druga pokazuje stopy.
– Bardzo ładnie. – widzę, jak mała zapala się wewnętrznym blaskiem, pochwała brata jest warta ze trzy nasze – a na co się zakłada… koszulkę?
Druga pokazuje brzuszek.
– Tak, dobrze. – uciecha ucieka z tegoż brzuszka piskiem – a na co się zakłada… czapkę?
Druga pokazuje głowę.
– Świetnie. – córka moja lewituje z dumy i sama sobie bije brawo, podniecenie sięga zenitu – a na co się zakłada… bambus?

Zostawił ją tak, mały szelma.

15.11.2015

Nie było mnie dokładnie tydzień.

Dzieci są zdrowe, odpasione, jest czyściej niż było. Druga Matka poprzekładała mi rzeczy w szufladach, wyrzuciła spleśniałe serki z lodówki i powstawiała wszędzie wiklinowe koszyczki.

Druga tymczasem zdobywa kolejne przyczółki.
Kiedy po blatach, lustrze, stole, szafkach w kuchni, krzesłach, ścianach w sypialni, przedpokoju i dziecięcym, kabinie prysznicowej, kanapie, brzuchach własnym i cudzych, kaloryferach i panelach przyszła kolej na największą ścianę w dużym pokoju, TST się poddał.

 

3.10.2015

Pierwszy (3,5 roku) jest tak spokojny, ostrożny i rzeczowy, że czasem zastanawiam się, czy on w ogóle żyje.

Nie podnosi głosu, da się mu wytłumaczyć wszystko, co ma sens, w sprawach bez sensu bywa uparty, ale zawsze przy tym taktowny i opanowany. Nigdy nie musiałam zakładać w domu żadnych zabezpieczeń, blokad, bramek-sramek – wystarczyło mu trzy razy powiedzieć, że jak gotujemy, to nie może być w kuchni, bo gorące rzeczy są niebezpieczne, by konwersacje toczyły się wartko zza linii kafelków. Zawsze przed spróbowaniem nowych rzeczy pyta, czy może je wziąć i przyjmuje na wiarę, że wódka i domestos nie są dla niego. Pyta również, czy może podskoczyć i trochę poszaleć, „bo dziś go wszystko jakby kusi”, co, połączone z demonstrowaną nagminnie umiejętnością czytania, nie przysparza nam specjalnie popularności na placu zabaw.

Jest do tego bardzo wrażliwy i szalenie empatyczny. Potrafi rozpłakać się z nadmiaru emocji słysząc skrzypce. Po kilku pierwszych taktach „Cichej nocy” musiałam natychmiast stanąć na głowie, żeby dokumentnie nie zawył Wigilii. Kiedy raz dałam mu do przymierzenia bluzę z Lidla zaraz po jajku niespodziance, zatrzymał się w pół ruchu, posmutniał i zapytał, czy Drugiej też coś kupiłam, kupiłam, prawdaaa?

Po co to piszę?

Bo dziś Druga (1,5 roku), wykorzystując chwilową nieuwagę ojca, ukradła z szafki (której nie wolno jej otwierać) olej (którego nie wolno jej ruszać), ściągnęła porządnego łyka, rozlała resztę i już-już miała salwować się ucieczką, kiedy wzrok jej padł na bogu ducha winnego brata, bawiącego się w kąciku (własnym) autkiem. Zaindagowała w swoim stylu (drąc się niemożebnie), otrzymawszy zaś odpowiedź odmowną, rozdarła się jeszcze bardziej, po czym, nim zdążyliśmy zareagować, rzuciła się na Pierwszego z zębami i z bezinteresownej złości ugryzła go rękę tak, że przez tydzień będzie nosił tatuaż z małych kuleczek w kolorach tęczy. Furia królewny obróciła się następnie przeciw misiowi pandzie i lalce, a w końcu i niej samej, gdyż, rzucając z zapamietaniem rzeczoną lalką o ścianę, straciła równowagę w krótkich nóżkach i pacła o łóżeczko.

Ma do nas pretensje.

10.9.2015

6:30, poobudzeniowa blaza, wszyscy oprócz Drugiej śpią na stojąco. TST się przeciąga.
– Pogoda dziś jakaś niepewna.
Otwieram szerzej lewe oko, na niebie ani jednej chmury.
– ?
– Aaaa, bo swędzi mnie rów. – cicho wyjaśnia w przestrzeń mój doktor nauk humanistycznych, tonem filozoficzno-melancholijnym, idealnie wspólgrającym z tytułem.
– Masz alergię. – konstatuje w przelocie Pierwszy, przeżuwając znaleziony gdzieś kawałek suchej buły, co Drugą rozsierdza do czerwoności. Żucie w sensie, nie diagnoza.
– MNIAAAAAMM!!!

Mieszkam w cyrku.

1.9.2015

Druga nigdy nie była dzieckiem specjalnie urodziwym. Z każdym miesiącem jest lepiej, jak mówi Wielka Matka: wyciera się. Teraz pod odpowiednim kątem i w odpowiednim nastroju bywa białoblond aniołkiem, czasem niemal ślicznym.

Nadal jednak ślicznym właśnie. Chłopcem. Zwykle w dodatku nosi ciuchy po Pierwszym, co nie pomaga postronnym. Jedyna kobieta, która w mojej przytomności od strzała i bez wahania używała w stosunku do niej form żeńskich, po pięciu minutach przystankowej rozmowy okazała się pomylona.

Ostatnio – z braku czegokolwiek czystego – ubrałam ją w spadkowe ciuchy z dna szuflady: szare leginsy w brokatowe serduszka i różowo-fioletową sukienkotunikę w paseczki. Z kokardką.

Plac zabaw. Starsi panowie cmokają. Druga bieży, słodka jak wata cukrowa i kucyki pony, cała błyszcząca. Pan ją na ręce. Niby wiem, że zaraz będzie chryja, ale pan taki zadowolony, pozwalam.

– O, chodź do mnie, kochanie, o, jakby mi się podobał taki cukiereczek, bo wie Pani, u mnie to, eh, cztery dziewczynki, a tak bym wnuka chciał takiego…

Dżender srender, rili.

18.8.2015

Piję kawę, dzieci cicho bawią się same w pokoju. Piję. Bawią się. Cicho. Za długo.
Zerkam zza węgła, stoją obok siebie przy mikrostoliczku. Pierwszy swoim zwyczajem układa – własne – autka w dwa równe szeregi: jeden dla niego, jeden dla Drugiej. Druga nie jest zadowolona z podziału.
– Nie-e! Druga, ty będziesz tymi, a ja tymi.
Druga sięga.
– Druga, POSŁUCHAJ. Tutaj jest taka jakby linia, widzisz? Te po tej stronie będą twoje, rozumiesz?
Nie rozumie.
– Nie! Popatrz, ty masz zielone, ja mam ciemnozielone, tak jest bardzo ładnie.
Do Drugiej jakby dotarło. Waha się, odstępuje. Spogląda na brata. Delikatnie kładzie mu pulchniutką rączkę na policzku, przekrzywia z czułą pobłażliwością płowowłosą główkę. Zastyga, uśmiecha się.
Wymierzyła.
Sprzedaje mu idealnego plaskacza, zabiera ze stołu uparzone samochodziki i oddala się spokojnym, acz lekko jeszcze chwiejnym krokiem szeryfa.

Nadchodzi nowa era.

13.8.2015

Nic nie pobudza Drugiej do rozwoju bardziej niż irytacja rodzica. Wszystko, od podnoszenia głowy począwszy, robiła zawsze świetnie, ale czasowo na granicy normy: kiedy już-już sięgałam po telefon do magika od pleców i odnóży, ta łaskawie przewracała się na brzuch, siadała, wstawała, etc.

Z mówieniem dodatkowo mamy złe porównanie, bo Pierwszy zaczął używać języka bardzo wcześnie: w wieku Drugiej posługiwał się już swobodnie kilkunastoma słowami, z czego kilka było nawet po ludzku. Niby wiemy, że każde dziecko inne, ale połączenie żywotności polnego chwasta, wiecznego rozdzierającego yyyyy-y-y! i rozkazująco wyciągniętego palca aż się czasem prosi o figę. Albo faka.

Poczuwszy grożącą jak gradowa chmura obojętność, córka moja zmieniła front i od kilku dni świadomie, celowo i powtarzalnie używa swojego pierwszego słowa. Wybrawszy je, za jednym zamachem potwierdziła trzy rzeczy: niewątpliwą przynależność do naszej rodziny (dotychczas poddawaną w wątpliwość ze względu na całkowity brak fenotypowych cech wspólnych), znajomość własnych priorytetów i odporność na presję społecznych oczekiwań.

Żadne tam „mama”.
Mówi MNIAM.

Masz rację: first things first, Córeczko. First things first.

Reklamy