Szczyt.

Na początku było płasko, równo i bezpiecznie. Gdy tylko Pierwszy nauczył się mówić, wszedł w etap czynnego niewybrednego chłonięcia absolutnie wszystkiego przez skórę i bezrefleksyjnego naśladowania – słów, zdań, dialogów, scenek, gestów. Potem zrobiło się bardziej pod górkę, bo do głosu doszedł mózg. Zaczął kategoryzować, dolepiać, przestawiać, układać sobie po swojemu. Poznany wcześniej dalmatyńczyk teraz dalmatuje z werwą, aby być jeszcze bardziej dalmatynowym.  Swobodne skojarzenia, które dotąd miały charakter zupełnie oderwanych olśnień, stają się bardziej uporządkowane i służą konkretnym celom. Nadal jednak nie ma nad nimi żadnej nadbudowy, interpretacji, manipulacji. Czarne jest czarne, białe jest białe, nawet jeśli bywa fioletowawe

Na takim języku, już z założoną uzdą, ale jeszcze na oklep i na przełaj, dojechaliśmy z Pierwszym tu, gdzie jesteśmy teraz. Jak na dłoni widzę równię pochyłą przed nami, zbocze, którym dziecię moje zbiegnie w objęcia niepisanych zasad współistnienia społecznego, niedomówień, szeptów i półprawd, w samo serce życia. Pogodziłam się z tym, ale próbuję nie popychać go w stronę krawędzi – nie kłamię mu, nie straszę, nie gadam bzdur o policji, co go przyjedzie i zabierze, staram się dotrzymywać umów i egzekwować ich dotrzymywanie. Niestety, kiedy tylko leciutko opuszczam gardę, dopadają mnie dorosłe idiotyzmy.

Gotuję, tłuszcz pryska. Pierwszy jest w nastroju indagacyjnym i skubiącym, pląta się pod nogami. Schodzę do parteru, mówię mu, że ma wyjść z kuchni, bo jest niebezpiecznie. Słucha, ale z ociąganiem, idzie, ale nie w prostej linii, a zakosami. Biorę ścierkę, niby to go wyganiam, sio sio. Już na terenie „salonu” staje, nagle poważny, odwraca się. Patrzy na mnie.

– Mamusiu, dlaczego mnie popchnęłaś?

– Nie popchnęłam cię, synku. – odpowiadam automatycznie.

– Jak to nie? Zrobiłaś… o tak – dotyka rozcapierzoną ręką klatki piersiowej – to znaczy, że mnie popchnęłaś.

Ni to pyta, ni stwierdza. Kmini. Sprawdza w swoim słowniku, może źle zrozumiał słowo popchnąć? Czeka. Zamieram. No, technicznie tak. Położyłam mu rękę na ramieniu i przesunęłam poza płytki kuchenne. Popchnęłam. Ale bez złości, raczej pospieszyłam go, delikatnie. I to powinnam mu była powiedzieć: przepraszam cię kochanie, faktycznie to było jak popchnięcie, ale trochę inaczej niż czasem w przedszkolu, bo nie chciałam cię odepchnąć ani przewrócić, tylko przesunąć. Koniec, cześć pieśni, proste. Co odpowiadam?

Nic. Coś pod nosem w stylu nienocotychceszherbaty? Brnę, nie umiem wyjść z tego nie popchnęłam cię, synku. Słyszę, jak pojedyncze kamyczki usuwają mi się spod nóg i toczą w stronę, w którą nie chcę iść. Jeszcze nie.

I tak sobie stoimy od jakiegoś czasu na tym szczycie dziecięcej niewinności i słodyczy, w chwiejnej równowadze, to robiąc krok naprzód, to wycofując się na bezpieczne pozycje. Pierwszy raz mam wrażenie, że jakoś za wcześnie gdzieś dotarliśmy. Może to dlatego, że tak szybko zaczął mówić, język takie rzeczy wyostrza, pozwala łapać niuanse. Gdyby mówił tylko mama, tata i nie ma, jak niektóre dzieci w przedszkolu, mogłabym przeoczyć moment tej pierwszej chyba wylinki w człowieka, kiedy zdanie mamusiu, ja nie biorę ciasteczka z blatu, ja je biorę z talerzyka, przestaje być doprecyzowaniem, a staje się kombinowaniem.

A może zawsze jest za wcześnie?

TSM

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Szczyt.

  1. Płasko, równo, bezpiecznie. Echhhh.
    Jedna strona to Ty, SuperMama, która wprowadza swoje Krasnale w świat, pokazując go, prześwietlając, ugniatając, by był bardziej dotykalny. Im więcej Cię czytam, tym więcej dostrzegam drobiazgów, którymi lepisz cudownych ludzi. Małych a już ludzi 😉

    Jest i druga strona, trochę biochemiczna, zakodowana w wydarzeniach przeszłości, które tatuują geny.
    Gdy wysoki poziom „lęku jako cechy” (dzięki Cattell, psiamać, dzięki) to z automatu ekspozycja stresu też sugestywniejsza, hipokamp kuleje, wychwyt serotoniny się pierdoli i…

    … czasem-często okazuje się, że lęk jest pierwszy i żeby z nim sobie jakoś poradzić kminimy na temat przyczyn. Dorabiamy kolor do sepii, bo ta wgrana jest w soft. Wymyślamy przyczynę i ta staje się drogowskazem.
    Bo lepszy jest uzasadniony lęk, liniowy skutek-przyczyna, niż życie w napięciu uogólnionym. I wówczas emisja złości, ruch, interwencja, krzyk może przybrać kierunek (za drogowskazem). Nie musimy wtedy siedzieć i konfrontować się z własną bezradnością. I tu jest klucz.
    ***
    Może dlatego „mam wyniki”, bo pracując z ludźmi zakażonymi lękiem wiem którędy iść. Po prostu wiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s