Wielka Matka: ciało.

Jest we mnie – w każdym chyba – sporo podłoża, ziemi, z której wyrosłam. Zazwyczaj wydaje mi się, że jestem jej świadoma, że ogarniam, że wiem, co mi wyszło na dobre, a co nie całkiem, co zakwitło, a co do dzisiaj usiłuję wyplewić. Ale potem nagle coś się dzieje i okazuje się, że, krótko mówiąc,…

Głupia rzecz, kawa.

W zamierzchłej przeszłości postanowiłam zbawić świat na miarę ówczesnych możliwości i zostałam tutorką Wiosny: raz czy dwa razy w tygodniu pomagałam w lekcjach jednej rezolutnej ośmiolatce, której matka zapieprzała na trzy etaty, żeby wyżywić i ubrać ją i czworo innych rezolutnych (piąte, takie mniej jakby, w poprawczaku), w związku z czym na niewiele więcej wystarczało…

Głód.

– Druga, poproszę nożyczki. Potrzebuję ich teraz. – Nie. [pauza] Teraz nie mogę, bo [pauza] jestem zajęta. [pauza] Nie widzisz? [pauza pauza] Za chwilę ci dam. – Za jaką chwilę? Co zdążę zrobić do tego czasu? [jednostki miary są różne, od zatańczenia do Tequili do przeczytania „Tytusa w cyrku”] – Za dwie minutki. – Aha.…

Gość.

Stoję pośrodku pobojowiska po pierniczkowo-kartkowo-łańcuchowej niedzieli, mam we włosach kolorową posypkę, wszystko się lepi od miodu, lukru, krzyku i chichotu. Opieram się o blat, oddycham spokojnie. Nie mogę wyjść ze zdziwienia. Znam się dobrze, na wylot się znam. Wiem zwykle przynajmniej albo co, albo dlaczego, bywa, że rozumiem oba. To czasem usypia, przytłumia wyczulenie na…

Ziemia.

Jeden rzut oka wystarcza, żebym się do reszty uspokoiła. W sam raz. Tak jak myśleliśmy – koktail, nie bal. Panie poprawiają toalety, panowie ściskają dłonie – od razu widać, komu trzeba, a komu warto. Z wrodzoną bezczelnością śmiertelnie poważnie odbieramy należne nam skinienia na-wszelki-wypadek. Nie pamiętam, kiedy szelmowskie pięciolatki w nas miały takie używanie. Elektryczne…

Szczeniaki.

Jakiś czas temu przeczytałam wywiad w Tygodniku Powszechnym (zalogujcie się, będzie za friko, warto). Zalągł się we mnie znacznie bardziej, niż wcześniejszy artykuł, od którego wszystko się zaczęło, ten, że idą po nas. Oni, nacjonaliści. Przeczytałam i uwiera mnie, gniecie. Zrobiłam sobie rachunek sumienia. TSM ma ze dwa i pół roku. Napisałam w tym czasie, wordpress…

TST + TSM = krzesło

Jest sezon weselny. W moich ukochanych chłodnych porankach sierpnia czuć już nadejście jesieni, ale przecież nic a nic nie ujmuje im to z letniości. Grzesiakowa pisze ładnie, płynnie i bez zwachy, tak jak się pisać powinno o rzeczach ważnych i prostych. Niemal dokładnie w naszą rocznicę nasi najbliżsi idą za rękę bardzo zielonym kobiercem z nomen omen Przyjaciółmi w tle;…

Pozdrowienia z dobrej planety.

Czasem zapamiętuję smaki. Jest wieczór, leżę na kanapie oparta o TST, żrę czipsy, piję piwo i oglądam Bonda. Wcześniej tamtego dnia telefon budzi mnie o 3:15, po trzech godzinach snu-studni. Mam około 800 sekund do wyjścia z domu, pierwsze autobusy niezwykłe są czekać. Na dworze dwadzieścia dwa stopnie na minusie. Wieje. Jeszcze pod kołdrą nawiedza mnie chłód nieszczelnych…

O kolażach.

No więc jadę tym autobusem. Jest dziewiąta rano może, może jeszcze nie ma. Wchodzą. Idą w moją stronę. Nie wierzę; mimowolnie drugim spojrzeniem upewniam się, że NAPRAWDĘ łączy ich coś więcej niż czasoprzestrzeń siemianowickiego przystanku. Zbliżają się spokojnie, w zwolnionym tempie, rozbujanym krokiem doświadczonych bosmanów komunikacji miejskiej. Siedzę na końcu, pośrodku na samej górze – na…