Zderzenia

27.7.2016

Czekam, aż zasną.

Od trzech tygodni jestem z nimi praktycznie sama, teraz sama ich wzięłam na wakacje. To nowość, odkąd się urodzili, zawsze nas mieli po pół.
Czuję się jak zaganiacz bydła – moje ciągnące się od zakrętu do zakrętu stado składa się z dwójki dzieci na dwóch krańcach, rowerka, wózka dla lalek, małego niebieskiego kotka, który ewidentnie pragnie się wyrwać na wolność i zostaje z tyłu po każdym wyboju oraz lekkiej i eterycznej chustki w misie, która spełnia rolę kocyka i daje się ponieść wiatrowi zawsze wtedy, gdy nadjeżdża samochód. Lawiruję gdzieś między nimi, nieustannie hucząc, ostrzegając, pocieszając i chwaląc. Cudownie nic nie muszę, horyzont zakreśla mi jedynie odległy wieczór: nie dojedziemy na obiad, to dojedziemy na gofry. Zupełnie automatycznie radzę sobie z rozbieżnym zezem, niemal nie słyszę już mojego głosu.
Teraz, kiedy zsiadam z konia po całym dniu, mam w ustach piasek tych setek odpowiedzi, rugań, najistotniejszych nieistotnych zatrzymań, króliczków z lego, dawania wody, niedawania lizaka, zabaw w znajdź siostrę, pisku i krzyku, bo ona dalej nie pójdzie albo bo właśnie nauczyła się na hulajnodze, nieustannego wsadź-na-huśtawkę-zdejmij, pierniczków tylko trochę brudnych, pociętych rąk i złamanych serc. I lokomotyw. I hipotamow. I podwodnych skuterów.
Przemywam oczy dżinem z tonikiem i uśmiecham nieco krzywo, bo oczywiście swojej twarzy zapomniałam posmarować. Ogorzaly. Ładne słowo.

Być zmęczonym kowbojem, to jest, Moi Drodzy, przepiękne uczucie.

18.5.2016

Nie wiem, czy pamiętacie, ale opisywałam kiedyś, jak to TST natknął się na ogłoszenie Adwokata 24h. Zadzwonił, odbył przyjemną pogawędkę na temat awaryjnego wydobywania z aresztu w różnych okolicznościach (i okręgach), dowiedział się, że w interesujących go przypadkach kosztuje to pi razy oko trzy kafle i zapisał numer – wszystko oczywiście w ramach ciekawości badacza.

Ostatnio dzwoni telefon. Adwokat 24h.

Ojciec kolegi z przedszkola Pierwszego potwierdzał obecność na urodzinach.

20.4.2016

Dzisiejszy dzień sponsorują mi Świadkowie Jehowy.

Drzemię, pukają, otwieram rozmemłana w dresach. Dwóch panów koło sześćdziesiątki.
– Dzień dobry… yyy…
– Bry.
– yyyyyyy… a nie ma może kogoś starszego w domu?

12.4.2016

W moim świecie nieomylnym znakiem definitywnego nadejścia wiosny nie są wcale ukwiecone jabłonie, tylko gimnazjaliści. Kiedy wieczorami zaczynają obejmować swoje stałe letnie placówki na ławkach, wiem, że czas chować kurtki.
Ostatnio spotykam pod sklepem wielki, szumiący oburzeniem rój. Przekrzykują się, gestykulują z przejęciem, z wyłapanych w przelocie półsłówek wnioskuję, że jakaś koleżanka doniosła jakiemuś koledze, że inni koledzy mówili o nim brzydkie rzeczy. Bardzo brzydkie, kłamliwe i w ogóle. Straszne.
Dwie godziny później wyprowadzając psa mijam parę niedobitków z tamtej grupy, w drodze na dobranockę nadal wałkujących temat dnia.
-Że myśmy go o c z e r n i a l i, rozumiesz?! To jest przecież Grzegorz. Nasz ziom.

No. Oczerniać zioma to potwarz.

11.4.2016

Autobus.

Wracamy skądś z Pierwszym. Przed nami wątpliwe uroki swe roztacza bardzo przedwczorajszy pan: zakazana morda, oczy jak szparki, namaszczone ruchy wskazujące na spożycie. Z trudem trafia sobie do ust suchą kromką chleba zagryzanego pomidorem. Mimo woli uśmiecham się, pomidor jedzony jak jabłko to moje najczulsze wspomnienia z Mazur. Zresztą kto wie – dywaguję na podstawie niespiesznego przysypiania co dwa przystanki – może pan właśnie jedzie na Mazury, autobusem, przez Kłodzko. Siatę tych pomidasi ma, kto bogatemu zabroni.

Pierwszy opowiada mi o kursie pierwszej pomocy, który mieli w przedszkolu.
– No i trzeba naciskać, o tak, żeby mu pomóc oddychać. – kątem oka dostrzegam, że pan zaczyna jakoś dziwnie strzyc uszami.
– No, ale gdzie trzeba nacisnąć?
– No, o tu, tak. – pan wierci się i łypie.
– Na klatkę piersiową, tak?
– Tak.
– Słuchaj mamy! Mama dobrze mówi! – albo coś tędy, bo dopiero po drugim zdaniu odchrząknął i zaczął wstawiać w słowa samogłoski – Na klatkę! Rób dużo pompek na klatkę, dużo! Trzeba ćwiczyć klatkę, potem będziesz gangsterem! Zobaczysz, na klatę, a gangsterem zostaniesz, bandytą porządnym!

Wysiadając, też mu pożyczyłam wszystkiego najlepszego.

6.4.2016

Poszłam dzisiaj postać po moje pińcet.
W MOPSie przecudny kawałek społecznego tortu w przekroju przez absolutnie wszystkie warstwy, przy czym trochę grubsze niż zazwyczaj wydają mi się placki tych żyjących bardzo skromnie i pato (zarówno mikropato, pato klasycznego, jak i grubego pato), co w sumie jest logiczne o dziesiątej w środku tygodnia roboczego.

Stoję więc przy ladzie, panie uwijają się jak mróweczki, wszystko hipersprawnie. Obok mnie swoje tysiącpińcet załatwia znudzona aspirująca w moim wieku, wpędzając mnie z rana w kompleksy: najeczki, hybrydki, bezrękawnik z zary, fryzura robiona wczoraj. U kolorysty.
Babka tłumaczy jej, że te dwa spoko, ale jeśli chce się ubiegać o pińcet na pierwsze dziecko, to musi jeszcze zaświadczenie o dochodach.
– A nie, my nie pracujemy.
– Nie pracujecie? – wyrwało się pani zupełnie mimo woli – Mąż też nie?
– Nie, nie, oboje nie pracujemy.

A mówili mi, że szlachty już nie ma.

17.2.2016

Dowiedziałam się dzisiaj, że kiedyś można było ściągnąć grę na komputer z radia oraz jaki wpływ na mnie ma to, ile rzepaku zjedzą w danym roku Chińczycy.

Pierwszy z niejakim trudem samodzielnie ściągnął z nóg buty narciarskie i tym samym odhaczył kolejne z listy najcudowniejszych doznań na świecie. Poza tym napisał maila zaczynajacego się od „DROGIE MOJE ŁUŹKO”, w którym informowal je, kiedy wraca.

Druga jadła śnieg garściami.

To był dobry dzień.

10.1.2016

Dwójka relatywnie młodych, aspirujących, z wielkiego miasta. Sączą, broda i ego im rosną aż miło, wszystko na miejscu. Na pierwszy rzut oka widać, że ona by coś chciała, on nie bardzo; zanim po trzecim drinku zamienią się rolami, snują uroczą dyskusję o kulturze. Najwysokiej.
– No i ta wystawa wczoraj, ponoć cudowna.
– Wystawa?… – „też-ich-tyle-kto-by-spamiętał”
– No wernisaż, wczoraj był, wydarzenie.
– ?
– Brałeś udział w wydarzeniu?
– Ja? Ale gdzie? Czyj?
– No, wczoraj wieczorem chciałam cię wyciągnąć na piwo, ale mi wyskoczyło, że właśnie bierzesz udział w wydarzeniu, to nie dzwoniłam.

Dzieci z tego nie będzie.

23.12.2015

Jest 12:30.
Dzięki zapobiegliwości Drugiej od 6:00 rano mieliśmy mnóstwo czasu, zdążyłam więc dokończyć uszka z wczoraj, drugi sernik puchnie w piekarniku, został mi tylko seromak na kruchym i krem do miodownika.
Druga porwała wiaderko po twarogu i znaczy trasę malutkimi białymi smugami; całe szczęście nie daje rady włożyć go na głowę, więc będę musiała wydepilować jej tylko brwi. Lewą. Później.
Pierwszy dekoruje pierogi z kapustą zielonym pisakiem cukrowym, znalazł pod szafką. Uparł się, że go zje. Niech je.
Kolejny raz obroniłam przed wyrzuceniem kolekcję gastrolitów naszego psa, jeszcze ze starego mieszkania, w tym jakoś przestał żreć kamienie.
Irena w tle zawodzi zawodowo.

Jestem szczęśliwa.

2.12.2015

Ranoojzbytrano, czekam na studentów. Sesemesuję przy kawie z Przyjaciółką z Daleka, jedną z tych przez duże P. Stateczna jest, trzydziestoletnia, niebawem zamężna, mieszkanie ma, kredyt, pracę. Rozmawiamy też statecznie: a zapieprz, a u kogo Wigilia, a co chcesz na prezent, a nie mam czasu na nic, a siostra szwagra nowy dom ma, a pitu pitu – klasyczna równia pochyła w stronę hemoroidów i gęsiego sadła. Wybija godzina, idę robić kolokwium. Już w drodze dostaję ostatnią wiadomość:

„A w ogóle to od rana chodzę i łamię stopami lód na kałużach Emotikon smilewszystkie moje Emotikon smile

Kiedyś na szkoleniu z cyklu jak być bogatym i szczęśliwym wygarniturowany pan z błyskiem w oku zdradzał nam konfidencjonalnym szeptem największą tajemnicę wszystkich biznesów świata: można mieć rodzinne pieniądze, pomysł, parcie, ale i tak grunt to otaczać się właściwymi ludźmi.
No. Grunt.

26.10.2015

Dzwoni do mnie Stary Ojciec, podniecony jak wiewiórka. Że bomba jest, Syf Kuzyna uszkodził, policja przyjechała, no cyrk amarant.

Bo tak.

Kuzyn (od nas, Karguli, kole trzydziestki) zrobił sobie w nieużywanej części garażu siłownię. Syf (od spokrewnionych Pawlaków, co na tym samym podwórku mieszkają, kole siedemdziesiątki) zachodził od czasu do czasu rankiem i z czystej złośliwości sikał w kąt. Kuzyn w odwecie spuszczał mu powietrze z opon. Syf nie miał się jak odegrać, bo Kuzyn nie posiadał samochodu, kontynuował więc proceder, dla wzmocnienia efektu zatykając odpływ pakułami. Kuzyn w końcu kupił auto, Syf dorwał się do kół, Kuzyn nie wytrzymał, zaczęli się szarpać i Syf naderwał mu ucho.

No i jaja. Uwaga, nie dlatego, że stary chłop szcza w kącie własnego garażu, żeby młodemu śmierdziało; nie dlatego, że ganiają się i nawzajem pod osłoną nocy szukają wentyli, nieee, nie dlatego. Dlatego jaja, moi państwo, bo ten na tej siłowni, a tu gruby dziad i mu nabił.

Nie żebym ja złota była czy jakaś, ale jak tak czasem sobie spojrzę, skąd wyszłam, to powiem Wam, kuwa, róża na żwirowisku, frezja na ugorze ;>

27.9.2015

Spacer.

Obowiązkowym punktem programu, kiedy obieramy taki a nie inny azymut, jest kupienie misia lubisia i czegoś-dla-Drugiej (która lubisiami we wszystkich smakach konsekwentnie gardzi) w blaszanej budzie w połowie drogi. Budą zawiaduje chuda kostropata baba o fizjonomii czarownicy, żonglując z niedbałym rozleniwieniem dwoma rodzajami piwa, lizakami i zwiędłą marchewką. Mam wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby nie zastanawiać się, czym naprawdę handluje.

Pierwszy dostaje piątkę, czekam z wózkiem na zewnątrz. Słyszę dzieńdobry, poproszę lubisia, może być ten, i chrupki dla Drugiej – oddycham z ulgą, bo bywa różnie, kiedyś wrócił z kukurydzą – poczekaj, reszta, dziękuję, dowidzenia. Wyłazi. Prosi o otwarcie.

Kobita wychodzi za nim, staje w progu, uśmiecha się jednym kącikiem ust, tym wolnym od skręta.
– Jaki z ciebie grzeczny chłopiec, bardzo grzeczny, taaak. – skrzeczy i głaska Pierwszego, na bank sprawdzając, czy jest już wystarczająco pulchny. – A do przedszkola chodzisz?
– Chodzę.
– Aaaa, to widzisz, to dlatego jesteś taki grzeczy, taki dobrze wychowany. No jasne.

No szlag by trafił, przecież nawet wyjściowe dżinsy założyłam tym razem.

23.9.2015

Rytualna kawa-co-u-ciebie; znajoma przymierza się do wyboru podstawówki, mała zaczyna w przyszłym roku.

– No i wiesz, myśmy naprawdę chcieli do państwowej, bo mamy dość opłat za przedszkole, ale co my z nią zrobimy o 11:00? Byliśmy w tych świetlicach, no, kobity robią, co mogą, ale tam jest pięćdziesiątka dzieci i ona by tak siedziała do tej 16:00, pięć godzin z kredką w ręce… A w sumie nas stać, to może prywatne, ale tam jeszcze gorzej, wprawdzie wszystko w cenie, zajmują się tymi dziećmi, wspinaczka-gitara-basen-srasen, ale to jakaś masakra jest… Wieloetapowa rekrutacja od stycznia, testy, prześwietlanie rodziców, no i ten psycholog, jednak creepy trochu…

Dopytuję, o co cho, bo bawią mnie takie rzeczy. Okazuje się, że pod koniec niezmiernie długiego procesu oceniania, czy ty i twój prawiesześciokuwalatek rokujecie odpowiednio, zamykają was we trójkę na godzinę w pokoju: wy się zupełnie naturalnie w tak naturalnej sytuacji bawicie, a pani w kostiumiku, którą widzicie pierwszy raz w życiu, siedzi obok na krzesełku i skrupulatnie notuje. Coś. O kimś. Jakoś.

Aż mi się zachciało. Serio. Pierwszy bystry, szkolony, my na papierze świetni, nasz zawód niejako wymaga od nas robienia dobrego wrażenia, mamy wprawę. Dotarlibyśmy.

I jakby jej tak wejść do tego pokoiku i kazać czochrać bobra.

;>

13.9.2015

Ławka pod balkonem, na zmianie podstawówka.
– To co, znasz jakąś wyliczankę?
– Ene due rabe…
– A jakąś inną?
– W imię ojca i syna i ducha świętego amen.

W sam raz na niedzielę.

12.9.2015

– Wypierdalam z tego jebanego kraju, mówię ci, stary, w poniedziałek mnie już nie ma.

Intensywny zapach zgniłych zębów dopada mnie mdlącą falą na każdym zakręcie, ale nie mogę zmienić kąta, Pierwszy zasnął mi na kolanach.

– Do Holandii, no, dzwonili mi, na magazyn, 9 euro za godzinę, to 7 na rękę, razy cztery, dwadzieścia trzy złote, za nadgodziny 120 procent, ja tam będę szesnastki zapierdalał, stary…

Słyszę, jak spluwa; odruchowo opieram nogi o barierkę przede mną.

– A choćby i na biegun, tu się nie da żyć, komornik do mnie dzwoni, dwa siedemset jakieś, skurwysyn… aaa wiesz, pożyczek nabrałem w zeszłym roku, bo to, hihi, człowiek głupi, tu melanż, wiesz, kryształy, tego, no to bawimy się, to dzwonię, w piętnaście minut kasa na koncie, jedziemy dalej… A pół roku roboty nie miałem, no to potem uzbierało… Zawiesić spłatę, jak zawiesić? Nie wkurwiaj mnie, ja to pierdolę, skasowałem numer, ale z nimi, kurwa, nie wygrasz, chuje jebani szmaciarze… No, na razie, stary.

***

Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że ci, którzy prędzej czy później zaleją Europę, to, kompletnie niezależnie od płci i wieku, w większości dzicz: bezrefleksyjna, w sprzyjających warunkach agresywnawa, roszczeniowa, panosząca się. Ten typ ludzi jest po prostu najbardziej żywotny, zawsze, wszędzie.

Boję się ich, ale nie dlatego, że są mi obcy; wręcz przeciwnie, znam ich doskonale.

Z autobusu.

29.8.2015

Ławka pod blokiem. Matka z synem (na oko 10 lat) najwyraźniej czekają na transport. Dosiadam się, też czekam.

– Cztery.
– Nie.
– Pudło się mówi. Dziewięć.
– Nieeee!!! Nie gram z tobą więcej. Trafiony. Osiem.
– Zatopiony. Patrz, oboje mamy w tym samym miejscu, musieliśmy gdzieś dzisiaj zobaczyć te liczby, ciekawe gdzie. To co? Jeszcze raz?
– No, teraz dwa dwumasztowce.

Wydawałoby się, że kreatywność, zaufanie i uczciwość to dobra skańczalne. A tu patrzajcież, jednowymiarowe statki bez kartki.

O.

28.8.2015

Dziś z cyklu #medaldlatejpani, wyjątkowo tylko z połowicznym przekąsem, bo akurat ta, tak w sumie, rzeczywiście powinna prowadzić szkolenie z opanowania. Dla marines.

Osiedlowy plac zabaw, z tych tradycyjnych, niepiankowych – gigantyczna kuweta z powtykanymi gdzieniegdzie zjeżdżalniami. Godziny szczytu, pisk, chmury żółtego pyłu, dramat zagubionej łopatki i straconego na huśtawce szacunku. Obok mnie na ławce podryguje ubrana od stóp do głów na czarno kobita w wieku młodobabciowym. Co chwilę zrywa się, wychyla, przestępuje z nogi na nogę, hyha przejmująco, tsyka, zastyga, cofa się, siada, podskakuje. Nie kończy żadnego ruchu, dławi się zawsze wpół krzyku. Jest tak potwornie spięta, że mimo woli zaczynam rozglądać się wokół.
Początkowo trudno mi zidentyfikować jej młode, wydaje się reagować alergicznie na absolutnie każdą zmianę ustawienia na planszy przed sobą. Nas, tych okalających, też obserwuje, z irytacją i fuczeniem. Wszystkich. I kota dwa bloki wyżej.
– Bo wie Pan – w końcu ulega potrzebie dekompresji i nachyla się do leciwego sąsiada – jak byłam mała to mi nasypali, tego, i od tamtej pory ja się panicznie boję piasku.

Szacun.

2.7.2015

Autobus, sennie. Siedzenia ułożone są schodkowo, jak zawsze siadam z tyłu, najwyżej, jak się da: te miejsca mają w sobie coś z teatru.

Naprzeciw mnie, na dole, zadbana kobieta w średnim wieku. Wszystko ma odrobinę zbyt masywne: łydki, loki, pierścionki. Rozmawia głośno przez telefon.

– Nie, Janeczko, wiesz, jestem w X, tak, u tego dentysty byłam, no wrażenie dobre, umówiłam się, ale to będzie kosztować, majątek te zęby, majątek, mówię ci, bez pieniędzy nie ma nic dzisiaj, a ja cię aby nie naciągam na koszty, bo ja mogę zadzwonić, wiesz, nie ma problemu, no, na razie mi tylko zatruła tą piątkę, ale nie mogę powiedzieć, pełen profesjonalizm, pełen profesjonalizm…

Coś mi nie pasuje, z każdą minutą bardziej. Mimowolnie ciążę ku niej, ale nie daje mi punktu zaczepienia: ot, dynamiczna, gadatliwa, przygłupia pięćdziesięcioletnia urzędniczka. Wstaję, wysiadam.

W drzwiach, w ostatnim ułamku sekundy zauważam, że trzyma telefon na odwrót.

14.6.2015

Autobus, siedzę tuż przy kierowcy. Wchodzący okazują bilety. Ostatni pojawia sie lekko wypłowiały żulik, ma niesamowite, przezroczyste oczy. Nie zwraca uwagi na pytające spojrzenie zza kontuaru, zaczepiony, odwraca się i wzdycha.

– Pogromcy granic nie płacą za nic.

I usiadł.

Kierowca też mu uwierzył.

11.6.2015

Autobus.

Na poczwórnych fotelach siedzimy sobie ja i trzy łanie. Najady. Malutkie, drobniutkie, wiotkie; kobiece w taki sposób, który mnie, momentami całkiem niczego sobie, ale jednak turzycy, nigdy nie będzie dany. Ze swoimi króciutkimi sukienkami pod kolor oczu, cieniutkimi bransoletkami na jeszcze cieńszych nadgarstkach, błyszczącymi rzymiankami i włosami prawie do pasa wyglądają jak wróżki.

A potem zaczynają rozmawiać i czuję się, jakby mi ktoś puścił film z totalnie pomylonym dubbingiem.

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale śląskich jest mnóstwo. Ludzie z okolic Pszczyny na przykład godojo miękko, ciepło, jakby śpiewali. Laski obok mnie jadą ślunskim z Rudy, takim gdzieś z Chybzie Pyntla, najcięższym, grubym, czarnym, lejącym się jak smoła. Nie mam pojęcia jak te wszystkie buczące gdzieś podwalinami świata „no niy strzimia” są w stanie przecisnąć im się przez te wiśniowe usteczeczka ściągnięte w dziubek.

Oczyma duszy mojej widzę je idące boso po plaży, z piwkiem w ręce, obrabiające komuś beztrosko dupę tym swoim basbarytonem. Po jakimś czasie ze zdziwieniem orientują się, że doszły do Danii, bo morze postanowiło się rozstąpić. Tak na wszelki wypadek.

Uwielbiam.

7.6.2015

Ławeczka spotkań pod moim balkonem jest objęta niepisanym, ścisłym i niedyskutowalnym harmonogramem – wczesny wieczór należy do wczesnego gimnazjum. Dziś sami chłopcy, więc piłka, levele, trochę aut. Uroczy wiek, „ale mu wpierdoliłem” płynnie przechodzi w „babciu, zaraz będę”, jeszcze bez poczucia dysonansu.

Pracuję; zupełnie machinalnie brzegiem świadomości notuję w kajeciku wszystkie zbyt głośne kurwy, odliczam im do interwencji a’la stara sąsiadka, bo chamstwa (zbyt dużo) nie zniesę. Ciche jebania chodzą po ćwierć.

Nagle wywiązuje się dyskusja światopoglądowa; gdaczący szum, którego treści nie mam czasu rozkminiać, narasta, zaraz ma kulminować. Ma, bo zostaje podcięty czyimś łamiącym się głosem pełnym zniesmaczenia (o dziwo, mutacja nie odbiera mu siły):

– Ty, stary, ty serio zacznij jakieś książki czytać. Twój polski jest masakryczny, ej.

Niech będzie, że jestem tania, ale masz mnie, brutalu z pierwszej be.

30.5.2015

Sobotni szperak, wszystko za trzy zeta. Wydaje im się, że nikt ich nie widzi, boks w kącie daje ułudę intymności, kusi półcieniem. Zazwyczaj to stare kobiety, ale zdarzają się też złachani mężczyźni bez wieku. Wybiorą te swoje robocze spodnie i ciężkie buty do ciorania na działce, pokręcą się niepewnie wzdłuż rzędu sukienek i przylezą, nie do końca wiedząc po co, jak lunatycy przywołani jakąś fakturą czy kolorem.

Powolnego, pieczołowitego, skupionego gestu, którym przygładzają fałdy błyszczących spódniczek osłaniających grubiutkie plastikowe nogi, tarmoszą wyliniałe uszka piesków w niezdrowej zieleni, poprawiają kokardkę (jedną, druga się straciła była) na długich do pasa płowych puklach, nie da się pomylić ani porównać z niczym.

Ilekroć mam okazję, najbezczelniej karmię się nimi, kradnę ich i wklejam w drodze do domu do prywatnego klasera pojęć abstrakcyjnych.
Zawsze definiują Czułość.

7.5.2015

Świat się kończy.

Nie dlatego, że kobita obok mnie zaczepiła dziś ekspedientkę w Biedrze pytaniem, czy nie wie może, kiedy mają być nowe bataty, bo te wyglądają już trochę nie bardzo.

Dlatego, że blond babina w trwałej „Miss Późnego Gierka” odpowiedziała jej bez mrugnięcia okiem, że w poniedziałek. I że faktycznie niech tych nie bierze, bo są już przejrzałe, ostatnio musiała dużo odkrajać.

5.5.2015

Jest u nas taka jedna linia autobusowa o strasznie pokręconej zapętlonej trasie, łączącej wielkie osiedla, wielki cmentarz i wielki szpital – złośliwi twierdzą, że szpital jest najpierw, ale to zależy, gdzie się wsiada.

Gdyby mnie teleportowali losowo do środków setki różnych solarisów bez oznaczeń, i tak wiedziałabym, kiedy jestem w tym konkretnym autobusie – po pasażerach. To wehikuł-widmo, należący w całości do starców, kraciastych wózeczków na kółkach, lasek i kul, chrząknięć, posapywań, opuchniętych kostek pani-nie-siądę-bo-nie-wstanę, siwych koczków. Mocnej, rozmazanej szminki i niedogolonego – bo nie ma kto sprawdzić – zarostu. Prawie nigdy nie ma tam tłoku, nawet w dni targowe. Kiedy do niego wsiadam, czuję się, jakbym łamała niepisaną umowę: chociaż obsługuje bardzo oblegane przystanki poza tym szpitalem i tym cmentarzem (albo na odwrót), młodzi z reguły jeżdżą innymi.

Dziś z Drugą znowu drastycznie obniżyłyśmy średnią wieku. Warto było, bo już od wejścia, zamiast spodziewanego w upalny i parny dzień zapachu dawno niepranych ubrań i moczu, poczułam Czystego Starego Człowieka.

To jeden z najprzyjemniejszych, najprostszych, najtrzeźwiejszych zapachów na świecie. Przypomina trochę pościel suszoną na wietrze, ale jest silniejszy, dużo bardziej mydlany. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek moi rodzice tak pachnieli, my też chyba nie – używamy za dużo kosmetyków, perfum, płynów do płukania. A może po prostu potrzeba do niego odświętności jakiejś, celebrowania, bojaźni.

Jeśli gdziekolwiek istnieje coś takiego jak niebo, na bank pachnie wykrochmalonym świątecznym staruszkiem.

28.3.2015

Tym razem ja się dosiadam. Czy mocno opóźniony ten autobus, zagajenie takie nietypowe, punkt dla pana w skórzanej katanie i wczorajszej twarzy. Odpowiadam, że nie, z pięć minut; bingo, kontakt nawiązany, czas przejść do rzeczy.

– Co Pani (nie wiem, jak oni to robią, ale ja po prostu słyszę, że Pani jest wielką literą) sądzi o szczepieniach?

„Sądzę, że nie powinno pana obchodzić, co sądzę”, myślę, ale mówię, że nie mam zdania, bo pana przecież to, co ja sądzę, kompletnie nie interesuje. Po piętnastu minutach mam pełną torbę szamańskiej literatury, karteczkę z nazwiskami osób, co jak się je wpisze w jutube i gogle, to prowadzą ciekawe wykłady i wiem co nieco o tajnej ustawie, nad którą aktualnie pracuje PO. Wysiadam, żegnamy się wylewnie.

Czy ja mam na czole napisane „GADAM Z WARIATAMI”??

27.3.2015

Autobus. Obok mnie malutka kobiecina, do końca nie wiem, pokurczona z przyrodzenia czy ze starości. Mamrota pod nosem zwykłą litanię ludzi tak długo samotnych, że już nie potrzebujących interlokutora. Tuż przed przystankiem wpija mi się szponami w przedramię, a gorejącym wzrokiem w mózg. Czekam w napięciu na prawdę objawioną.
– Najlepsza teściowa to martwa teściowa.
I wysiadła.

‪#‎starkaztramwajaprawdęcipowie‬

12.3.2015

Dziś z cyklu ‪#‎medaldlatejpani‬, choć o panu będzie.

Kolejka w Biedrze. Pierwszy zajmuje się z pasją „tylko oglądaniem” batoników, których mu nie wolno, rozczulając wielkiego mężczyznę o żabiej fizys stojącego za nami. O jaki rezolutny, jaki wygadany, no zuch chłopak jesteś, standardy miodemnasercematki.

– Ech, maluchu, ty teraz dopiero zaczynasz życie, tak, całe życie przed tobą, a ty będziesz ze 150 lat żył… No tak, bo wie pani, naukowcy znaleźli taki gen, to już pewne, ludzie będą dłużej żyli, wie pani, prasa o tym pisała… My to może nie, ale ten szkrab na pewno… No, maleńki, tobie to do setki każą zapierdalać, aż się przewrócisz, zobaczysz…

Zrobił mnie, do ostatka wyczekał, psia jucha.

1.3.2015

Przystanek. Dwie dystyngowane staruszki, takie co to herbatka w imbryczku i Halinko, ależ coś ty. Stanisława wspominają, co po pierwszej wojnie miał z nią, ale mu nie dali, bo ona za biedna dla niego, tak mówili, ale jacy tam oni bogaci byli, no nie byli. I w kawalerską jazdę ruszył.

– No i się zabił.
– No coś ty?
– No, na śmierć się zabił. Zabił się tak, że już nie wstał.

Jak ja wstanę, to dodziergam post, o słowach będzie. Hobby mam takie.

25.2.2015

Odwiązuję C. sprzed sklepu. Nagle kuli się w sobie, jeży lekko i cofa. Podnoszę wzrok i widzę jakąś słodkopierdzacą panienkę, która ciągnie po asfalcie swoje na oko czteroletnie dziecko. Chłopczyk opiera się, ta prze w naszą stronę, z jego na chama wyciągniętą dłonią jak lancą skierowaną prosto na psa.

– No coś ty, Henryczku, nie bój się, pogłaskaj pieska, no zobacz jaki ładny, no nie wygłupiaj się, Henryczku.

Wkraczam, ptysiaczek robi uroczy dzióbek próbując z całych sił pojąć przydługi zwrot „instynkt samozachowawczy”. Nie udało się, trudno. Fuka.

Przyrzekam, PRZYRZEKAM, jeszcze jedna się trafi, oszczędzę język, wysilę mięśnie: rzucę się na nią bez ostrzeżenia, pogłaskam starannie przystrzyżoną koafiurę od czółka aż po karczek, podrapię za uszkiem i poklepię po zadku. Też nie zrozumie, ale mi będzie lepiej.

21.2.2015

Nie wiem, jakie Wy macie układy ze swoimi bogami, mój ma poczucie humoru takie bardziej jarmarczne, a do tego zrzędzi czasem jak stara ciotka. Dziś na przykład.

Jadę autobusem. Wsiada para. On – szczypioreczek, skejtowskie spodnie i wielka kurtka mają mu dodać kilogramów i powagi, niech mu będzie, że razem z nią waży ze dwadzieścia kilo i ma z siedemnaście lat. W porywach. Ona – królowa pcimskich dyskotek, włosy totalnie spalone płowiejącą właśnie czarną farbą, gruba czarniawa kreska, nerwowe ruchy. Jeśli on jest chudy, ona jest przezroczysta. On siada na miejscu dla matek, tuż obok eleganckiej pani koło sześćdziesiątki, ona za nim. W wózku małe niemowlę, klasyczna wpada, siara na dzielni.

Ta.

Rozmowa, której byłam świadkiem, była najmilszą podsłuchaną autobusową konwersacją od miesięcy, jeśli nie od lat. Mówił głównie on, żeby kobieta nie musiała wykręcać szyi. O pracy w Holandii i Anglii – nie padł jeden polaczek, jeden tusko/piso/wstawsam-land, nie było podbojów kosmosu i złotych gór. O mieszkaniu – bez marudzenia na czynsze/sąsiadów/franka, z poczuciem dobrze zagospodarowanych możliwości. O żonie – z szacunkiem i dumą, nie taką spod budki z kolegami, taką znad długiego dnia pracy. O małej – z czułością i dojrzałym, głębokim zakochaniem.

Dobra, ok stary, lesson learned. Mhm, jasne. Gdzie tam. Groteskowy dydaktyzm jeszcze przede mną.

– Bardzo fajnie się z panią rozmawiało. Miłego dnia życzymy.
No rili?! „Miłego dnia” w moim autobusie?!

Karmą po łapkach, karmą po łapkach.

6.2.2015

Wieczór, sklep osiedlowy. Kupuję sześć browarów,
– No, dzisiaj grubiej.
– Żadnych czipsów?
Aaaa, czyli ta uniesiona brew to nie że browary, tylko że bez obudowy. Wyjaśniam.
– Do pizzy.
– Racja. Trzeba się tak czasem, no, odchamić.

No. To dzisiaj to dopiero kulturalna będę.

24.1.2015

Tramwaj.
– Bo on się teraz wystraszył jak cholera i wszystkie badania robi, powiem ci, jak nigdy. Bo wiesz, znasz tego Grzesia, co w tym bloku u Mietka mieszka na dole?
– Nie.
– No to jego szwagier, młody chłopak, po trzydziestce, ręka go zaczęła boleć. No i tak bolała i bolała, ale chodził, przejdzie, wiesz, potem mu trochę niby drętwiała, mrówki miał, no i…
– Która ręka?
– Co?
– No która ręka? Lewa, nie?

16.1.2015

Wpis z cyklu ‪#‎tylkopodnieśbrew‬ sponsoruje dzisiaj Taki Sobie Tata:

– Jak dojść do rynku?
– Tu pan pójdzie, prosto, potem… – staruszek rozpromienia się – a co pan, nietutejszy tak? Turysta? No bo nie wie, jak do rynku dojść… Ja panu zaraz wytłumaczę, kochany, tutaj prosto kawałek, potem w taką szeroką aleję… A z daleka pan?
– Z daleka, z południa.
– A, gdzieś koło Bytomia może? Widzi pan, co z tą Polską robią skurwysyny jebane… No a potem na światłach w prawo i już pan tam zobaczy, niedaleko.

15.1.2015

Gdybym była dzieckiem, dałabym sobie rękę uciąć, że dorośli są wiecznie na prochach.

Biedronka, kolejka. Przy kasie leżą pokotem legiony grzańca. Pierwszy sięga.
– Nie bierz tego kochanie.
– Dlaczego?
– Bo ciężkie, może ci wypaść i się stłucze.
– A co to jest?
– Aaaa, to taki soczek jest, wiesz, specjalny. – Pani z Natapirowaną Trwałą ukrywa rumieniec za panieńskim, niemal opętanym chichotem.
– No no, taki soczek, tata po nim będzie wesolutki – Wąsaty Jowialny chrząka donośnie, trochę rozbawiony, głownie zakłopotany.
– Daliby Państwo spokój. – Chuda mityguje. Jak boga noga, nie sądź po pozorach, ale wiedziałam, że zmityguje. – Zobacz słoneczko, tu batoniki są, mama ci pewnie kupi, co?
– Nie kupi. A to wino jest, takie do grzania.
– Aha. Ładna butelka, mamusiu.

Kurtyna.

31.12.2014

Autobus.

Pan obok mnie jest nastroju ewidentnie konwersacyjnym, ja najchętniej bym odpłynęła, ale niech tam, resztki świątecznego nastroju przemawiają na jego korzyść. Gadka się nie klei, bo nie mam telewizora, więc ani o polityce, ani o serialach.

– Tylko szkoda, wie pani, że ten śnieg się tak spóźnił na święta.
– Noooo, tak. – odpowiadam uprzejmie, półśpiąc.
– Kiedyś to były zimy. Na pasterce zawsze się śnieżkami rzucaliśmy… A raz, wie pani, taki dowcip zrobiliśmy… – otrząsam się odrobinę na wspomnienie wspomnień moich kolegów z podstawówki, w których pasterkowy kościół zawsze jawił się w oparach, czasem alkoholowych, czasem innych – nalaliśmy atramentu do wody święconej! To było tak trudno uprać, ale wie Pani, jak się ma naście lat, to się nie myśli o konsekwencjach… – i się pan wziął i rozchichotał się. R O Z C H I C H O T A Ł.

Życzę sobie i Wam, żebyście przez 2015 rok szli z takim chichotem w kieszeni.

20.12.2014

Autobus.

Panie w wieku poprodukcyjnym, ale wcale nie mocno, roztkliwiają się nad sobą. Tu je boli, tam rwie, tu strzyka, druty mam w ręce, kable o tu (tylko czekałam na demonstrację, obyło się tym razem), a w ogóle, to nikt nie zajrzy, i człowiek taki sam, najgorsza ta samotność, wie pani, pies z kulawą nogą nie zapyta, a tak, idę na święta do dzieci, ale co to za święta, bez śniegu, kiedyś to były święta…

Snuje się ta smętna litania minut dwadzieścia z górką, narastając i cichnąc w zgodnym rytmie z silnikiem solarisa. Sama nie wiem, czy potakiwanie jest wymuszone przez wyboje, czy wyboje tylko podkreślają potakiwanie. W końcu jedna wysiada.

– No, to pani Halinko, ZDROWYCH, POGODNYCH, o tak, przede wszystkim POGODNYCH świąt!

Hhhrrmpffff.

17.12.2014

Autobus. Siadam obok kompletnie nijakiej drobnej kobiety w średnim wieku.

– Przepraszam bardzo, że ja się zawsze tak pani przyglądam, ale jest pani bardzo podobna do mojej znajomej. Nawet zdjęcie chciałam zrobić, żeby jej wysłać, wie pani. Za każdym razem jak na panią patrzę, to ją sobie przypominam. Tylko starsza jest.

Wysiada na moim przystanku, żegnamy się.
Widzę kobietę pierwszy raz w życiu.

16.12.2014

Dziś nowy cykl, sponsorowany przez mojego Ulubionego Pana Taksówkarza.

Jedziemy. Jak zwykle proszę najpierw do bankomatu. Pan wypina swoją okołosześćdziesięcioletnią, porośniętą szczeciną pierś szarmanckiego galanta z Pcimia (jeździmy razem też latem, to wiem) i oznajmia, że technika dotarła w końcu i do nas i że mogę zapłacić kartą. Słyszę, jak drży mu głos i domyślam się, że z niecierpliwością, ale i niejaką obawą, czeka na rozdziewiczenie błyszczącego terminala. Wchodzę w to.

Wyszło 19 PLN. Pan, zasięgnąwszy po drodze rady instrukcji obsługi (dzięki bogu za czerwoną falę), w miarę pewnie dzierży pudełeczko, łapie zasięg, wstukuje. Po chwili dostaję paragon i… złotówkę.

Troszkę się wstydził, ale wyjaśnił, że nabił do równego, żeby tak ładnie było na początek.

‪#tylkopodnieśbrew

10.12.2014

W sklepie osiedlowym.

Przede mną robi zakupy facet-góra lodowa: olbrzymi, nalany, z czerwonym karkiem, czerepem łysym jak kolano. Pobrzękuje cichutko już spakowaną do siatki kolacją, liczoną w litrach, choć przy jego gabarytach powinna być w galonach. Ponieważ zabrakło wołu, a dziki nieświeże, bierze wiejskiej. Kilo.

Już ma się pakować, rozgląda się z namaszczeniem po sklepie, usiłuje przywołać myśli. W końcu przemawia, a głos jego burzowy, zachrypnięty lekko, wprawia lodówkę nabiałową w drżenie.

– A Bakusia do kieszonki pani ma? Nie? No to wszystko.

Pij mleko, będziesz wielki.

5.12.2014

Stoi za mną kobita w Dronce, najeżdża mię regularnie wózkiem, przytupuje nóżką, spieszy się całym swoim sześćdziesięcioletnim wymuskaniem. Posapuje coraz głośniej, zaczyna komentować, to oburzające, to śmiech na sali, ludzie tu czekają, co ona tam robi, to śmieszne, etc. Standard. Reszta kolejki ochoczo przyklaskuje, głos zresztą jest zaczepny, poklasku ewidentnie szukający.
Odwracam się do baby, bo dzień społeczny miałam, żeby nie udawała, że nie widzi, że dziewczyna siedzi za kasą pierwsze pięć minut w życiu i żeby zluzowała.
Kobita wciąga powietrze długo, po czym wypuszcza je dokładnie na tym samym tonie: nie no, ta organizacja beznadziejna, wiadomo, że każdy się uczy [do kasjerki, tym razem wprost], niech się pani słodziutka nie martwi, nikt nie jest od razu szefem, ja znam te nerwy, nie ma się co denerwować, każdy kiedyś zaczynał.
Kolejka szemrze za nią, zupełnie nie orientując się, że nie płynie już na bałtyk, tylko na śródziemne. Pan wyjmuje z jeszcze nie kupionego bukietu różę i zostawia ją na pleksiglasowym pojemniku na monety „do końca dniówki niech tu leży, to dla pani”. Tupiąca franca wchodzi na wysokie, nie wiem, Z? wychwalając pana, wartości społeczne i prawidłowe spojrzenie w tym zdegenerowanym świecie. Pan nonszalancko stwierdza, że jemu to obojętne, bo on po swojemu zawsze. Panie z tyłu ocierają łzy wzruszenia, ja płacę i szukam ukrytej kamery.

Kiedyś serio wybuchnie mi głowa.

Reklamy