W trosce o BMI niemowlęcia. Tego bez siusiaka.

Dzieci  moje należą do gatunku żyrtych. Żrą w sensie, nie jedzą. Wszystko. Zawsze. Szpinak nie szpinak, rukola nie rukola, sosy koperkowe, kefiry, jabłka, ogórki kiszone, szynki, jajecznice, marchewki z groszkiem i groch z kapustą (Druga jeszcze nie, a by chciała), zupy i drugie dania, na zimno i na ciepło, na surowo, duszone, dopieczone i rozgotowane.…

Smak dzieciństwa.

No i się doczekałam. Wielka Matka zbierała się, zbierała, aż w końcu zasapała, nadęła się i wyrzuciła z siebie. Bo musiała. Otóż – werble – zabieramy Juniorowi dzieciństwo. Czyżbyśmy zabraniali mu się brudzić, chowali kredki, nie czytali bajek? A może trzymamy go zamkniętego w kotłowni, może nie zna piaskownicy, może obce mu są psy, koty…

Dziecko jest jak pies, czyli Statement II.

Ten post jest po trosze kontynuacją tego o tresurze, ale zanim do sedna, trochę historii. Zawsze miałam psy w domu (obok różnej innej gadziny), mój wtedy-jeszcze-nie mąż nigdy nie miał nawet rybek. Temat wspólnego bydlęcia odwlekał (się), odwlekał, aż któregoś dnia, po tym jak straciłam nadzieję, w porywie miłości do mnie (gdzież te porywy?…) zacisnął…