Głupia rzecz, kawa.

W zamierzchłej przeszłości postanowiłam zbawić świat na miarę ówczesnych możliwości i zostałam tutorką Wiosny: raz czy dwa razy w tygodniu pomagałam w lekcjach jednej rezolutnej ośmiolatce, której matka zapieprzała na trzy etaty, żeby wyżywić i ubrać ją i czworo innych rezolutnych (piąte, takie mniej jakby, w poprawczaku), w związku z czym na niewiele więcej wystarczało…

Dzieci są głupie.

Były, są i najwyraźniej będą. Kiedyś było łatwiej, mniej refleksyjnie. Dzieci się po prostu miało. Niespecjalnie się człowiek zastanawiał. Jak się tak trzylatkowi drogę ręką zagradzało, a on wpadał w panikę, w stupor, jak uciekał z wrzaskiem, to to hiperzabawne było, wszyscy się śmiali przecież. Kij z tym, że się właśnie wyprowadził z pijąco-bijącego domu.…

Filmy nieme.

Restauracja, przypadkowy plac zabaw, przypadkowa koleżanka z przypadkowego placu zabaw, przypadkowa przypadkowej koleżanki z przypadkowego placu zabaw matka. Stoję jak kołek, najchętniej weszłabym do środka, przez okno widzę, jak podają ciasto. Na pizgawicy i z daleka od kawy trzymają mnie konwenanse – ja wiem, że Pierwszy sobie poradzi, przypadkowa matka przypadkowej koleżanki tego nie wie.…

Takie Sobie Święto.

Pierwszy ogląda bajki dwa razy dziennie, trzy po śniadaniu przed przedszkolem, trzy po kolacji przed myciem. Plus minus. Nam idzie o to, żeby nie dłużej niż pół godziny, on jeszcze nie czai, że trzech Strażników Miasta to tyle co 4,5 Tomka albo 9 Nienormalnych Thomasów, więc wychodzi różnie. Zwykle obie strony są zadowolone. Dzień lewy jakiś,…

Bajka o dzieciach.

W moim prywatnym piaskownicowym rejestrze widnieją pod „B”, jak Bliźniaczki, choć powinny pod „C”, jak Cliche, bo choćby nie wiem, jak się starały, nie mogłyby być bardziej stereotypowe. Zawsze wiem, kiedy nadchodzą, zresztą wszyscy wiedzą, pisk niesie się dobrze między blokami. Nadciągają biegiem, różową smugą, pachnąc gumą balonową identyczną z naturalnym. Są swoim lustrzanym odbiciem…

Banał.

Kinderbal. Sala zabaw, paluszki, soczki, jednorazowe talerzyki, bitwy o autka, kawa z automatu, rodzicielskie kółka wtajemniczonych-którzy-już-kogoś-tu-znają, zagubione spojrzenia tych, którzy nie są do końca pewni, że to naprawdę ich przedszkole, podświetlone od dołu twarze tych, którzy mają w dupie. Jeden z gazetą. Jedna z ADHD. Standard. Wymieniam niekończące się uprzejmości z niekończącym się szeregiem obcych…

Stado.

Najzabawniej jest, jak się muszą minąć w drzwiach, bo u nas na osiedlu drzwi sklepowe wąskie, trzeba albo poczekać, albo się otrzeć. Zwykle mierzą się wzrokiem dobre trzy sekundy, uzbrojeni, gotowi, gardzący sobą, ale jednak na neutralnym terenie, równi. Grają w prastarą małpią grę w lusterko, zroszony kasztelan z ręki do ręki, ajfon z piersi…

Nigdy przenigdy.

Uuuuuu, pół halby za daleko, powiedziało dość głucho wprawne oko. Nawet nie tyle za daleko, ile nie w tym tempie, pokłóciłabym się, gdybym tylko nie znajdowała się głęboko pod wodą, winkrustowana w wielką płytę gdzieś pięć metrów pod poziomem kafelków. Zimnych. Przyjemnych. Słuchaj słońce, jeśli w ciągu minuty – mierzę czas – nie dasz mi…

Matka Polka Galopka.

Idzie, a droga przed nią jak stół, szeroka, prosta, po horyzont. Wydaje jej się, że tak niespiesznie, rozlanie i pewnie będzie już zawsze. Potem rodzi dziecko i ktoś nie wiedzieć czemu wciska fast forward. Nie wiadomo, kto je goni, ale piaskownica bez szybciutko, szybciutko Karolku, bo obiad/babcia/spanie/pan z gazowni i biegusiem, biegusiem, bo mamusia/lekcje/dobranocka prawdopodobnie…

Jak konie w galopie.

Spotykam ich nagminnie na placu zabaw, w sklepie osiedlowym, u kosmetyczki. Spętane mustangi obu płci. Konie pełnej krwi arabskiej rozgrzebujące niepodkutym należycie kopytem piasek piaskownic, powoli i z namaszczeniem przeżuwające wafle ryżowe i swoje nieudane życie. Wszyscy są świetni, najlepsi, najszybsi. Tylko te niesprzyjające okoliczności. Ten wieczny pech. Nie taka koniunktura. Kumoterstwo i nepotyzm. No…