Pierwszy

30.8.2016

Pierwszy miał dziś średnie popołudnie – najpierw jękolił bez sensu w drodze z przedszkola, sam nie wiedząc, czy jest bardziej zły, czy smutny (omawialiśmy kwestię na bieżąco), potem Druga mu jakoś co i rusz zachodziła drogę, aż w końcu – o święta niewinności – chwyciła NieTenKlocek, co ostatecznie oczyściło atmosferę, doprowadziwszy do przepięknej, wyjącej, ciskającej przedmiotami histerii trwającej dobre dwadzieścia minut.
Już w łóżku daję mu buziaka na dobranoc.
– Ale byłem dzisiaj zdenerwowany, prawda?
– Nooo, byłeś.
– Ale muszę ci przyznać, że byłaś bardzo dzielna.

16.8.2016

Pierwszy ostatnio namiętnie testuje moją odporność na dysonans poznawczy.
Ogólnie wszedł w wiek, kiedy bardzo go bawi pierdzenie i robienie kupy oraz nieśmieszne przedszkolne dowcipy bez puenty (za to najlepiej z pierdzeniem właśnie). Łazi w kółko, gada bzdury i chichocze – no całkiem jak dziecko.
A potem – między jednym „kopnął go tak, że aż się sprukał! HA HA HA!” a drugim – odwraca się do mnie i zaintrygowany stwierdza:

– Mamo, a wiesz, że każdy dzień w moim życiu jest inny? No, żaden się nie powtarza, nigdy nic nie jest takie samo.

I poleciał.

7.8.2016

Odkąd pamiętam, Pierwszy spontanicznie afirmuje świat we wszystkich jego przejawach. Kiedy był w wieku Drugiej, nigdy nie usłyszałam od niego, że coś mu się nie podoba, że kogoś nie lubi. N i g d y.
„Patrz, mamo, jaki piękny widok!” wzdycha, kiedy jedziemy autem. „Och, uwielbiam taki nocny zapach!” tuli się do mnie, kiedy wychodzimy wieczorem przed blok. „Czy to nie jest miły poranek?” pyta pań z przedszkola z ławki przed salą. „Babciu, babciu, prawda, że Druga jest śliczna? No przecież jest ŚLICZNA!” woła z całych sił, kiedy kobietom ze żłobka udaje się w końcu trudna sztuka namówienia jej na rezygnację z czeskiego piłkarza na rzecz dwóch (faktycznie ślicznych) kucyków. Kiedy dowiaduje się, że na noc do Drugiej Matki, którą moje dzieci zgodnie ubóstwiają, jedzie Druga, a nie on, zamiast tupać, płakać, zasmucić się chociażby, przychodzi do mnie i oznajmia z przekonaniem, że „u Wielkiej Matki też się przecież fajnie śpi”.
Niezmiennie nas to wzrusza, ale czasem… obezwładnia.

Knajpa, TST idzie z Pierwszym do toalety. Wraca taki, że tylko unoszę brew.
– No co?
– No sika. Sika i uśmiecha się. Uśmiecha się i mówi: „jaki miły dźwięk. Jak ty sikasz, to jest inny dźwięk. Taaaak. To pewnie dlatego, że jest inny kolor”. Sika dalej. „Och, tato, ależ tu się łagodnie i łatwo sika!”

A ja myślałam, głupia, że wyciskam z życia, co się da.

28.7.2016

Idziemy na rowery wodne. Przychodzimy z przeciwległego brzegu stawu, więc napięcie buduje się powoli: widzą taflę wody, fontannę pośrodku, rowery z daleka, rowery bliżej, budkę pana, kapoki na budce. Tupią cali, czuję to w dłoniach.
– Co, Pierwszy, cieszysz się, że idziemy na rowerki?
– Nooooo… Mam w środku takie uczucie, jakbym dotknął futerka kota.

15.7.2016

– A ja miałem dzisiaj dziwny sen, wiesz? Śniło mi się, że leżałem w moim łóżku, a nad głową latało mi takie oko.
– Oko?
– No, samo oko. Ale to nie było takie normalne, okrągłe oko, tylko trójkątne takie, w kształcie trójkąta!
– [o.O] Taaak? A nie bales się?
– Nieeee, to był bardzo pzyjazny sen. Ono było takie milutkie! Miało takie malutkie rączki i na końcu położyło mi się na klatce piersiowej, o tu, i usnęło.

Nooo, to wiele wyjaśnia.

12.7.2016

Wracamy z przedszkola. Pierwszy ma nową koleżankę, z ojca prawdziwnego Włocha zrodzoną (swoją drogą, boję się pomyśleć, co ten człowiek musiał zrobić w ostatnim życiu, że go w tym zrobili prawdziwnym Włochem, a potem zesłali do mego miasta mieszkać). No więc siłą rzeczy jedziemy z Włochem i Włoszką, Hiszpanem i Hiszpanką, Francuzem, Anglikiem, Niemcem, Kanadyjczykiem, Rosjaninem, Japonką i Szwedką (gdzieś w połowie nachodzi mnie refleksja, że nie wiem, czy mu tego miasta współczuję bardziej, czy konieczności obcowania z naszym kompletnie nielogicznym językiem).
– Mamooo?
– No?
– A jak się nazywa mieszkaniec Kataru?
– ??!
– No, Katar, jest taka kraina. No wiesz, taka z biało-brązową flagą w takie o [rysuje w powietrzu ząbki]

Katarczyk i Katarka.
Flagę też sprawdziłam.

21.6.2016

Dziś w cyklu Mój Mały Lingwista odcinek pt. „Uwaga, kosmici!”

Pierwszy jest kosmitą. Wybraliśmy, jak się okazało, dobre przedszkole, w którym za bardzo go nie gwałcą, a z drugiej strony uczy się maskować – momentami zachowuje się już jak normalne dziecko. Wczoraj na przykład dostał klasycznej, drżączkowej histerii, co zamiast zmartwić, rozczuliło mnie do granic: jego ojciec-robot wpisywał się w społeczeństwo dużo dłużej, średnio to wygodne było.
Zmierzam do tego, że czasem zdarza się nam zapominać, że jest kosmitą. Na chwilę.

TST robi coś na kompie.
– Tato, w jakim języku jest to słowo?
– Po angielsku.
– A co to za słowo?
– Witness. To po polsku znaczy świadek.
– [bez namysłu] O, to ma nawet tyle samo liter.
I poleciał.

16.6.2016

W drodze do przedszkola wracamy do tematu, tym razem na spokojnie.

– Lubię być mały.
– Ja też cię lubię takiego malutkiego. Ale myślę, że jak będziesz duży, też cię będę lubić.
– Nie chciałbym być duży.
– Wiesz, ja też niekoniecznie chcę być coraz starsza, ale z drugiej strony, im jestem starsza, tym więcej się uczę, więcej mogę, więcej rozumiem… Ma to swoje zalety.
– No, wiem. Wiesz mamo, ja nie chcę być duży, bo… Nie ma w tym nic złego, wiesz? Niektórzy ludzie po prostu lubią być tym, kim są.

Wiem, Synku.

20.5.2016

Nie mieszczę go. Nie mieszczę.

Myjemy się.
– Mamo, a za rok ile będę miał lat?
– No ile?
– Pięć. A za dwa roki?
– Za dwa lata będziesz miał sześć lat.
– A za osiem lat?
– Za osiem lat będziesz miał dwanaście lat. Będziesz już taki duuuży! A ja cię lubię, jak jesteś taki malutki…
– Ja też to lubięĘĘĘĘĘ……..
Płacz. Wyjący, nieutulony. Pytam. Czekam. Znowu pytam. Zbiera się w sobie.
– Bo jakbym był taki dorosły…
[łkanie, łkanie, dzielność, łkanie]
…bo jakbym był taki dorosły, to bym nie pamiętał, kim jestem.

5.5.2016

Pierwszy bywa zaskakująco dosłowny. Nawet najbardziej wciągnięty w zabawę potrafi ni z tego ni z owego upewniać się, czy wiem, że to jest tylko na niby. Kiedy w przedszkolu pan od pierwszej pomocy zapytał dzieci, jak sprawdzić, czy Kasia oddycha, ze zdziwieniem odparł, że przecież manekiny nie oddychają.
Tak, Pierwszy bywa zaskakująco dosłowny. Co nie znaczy wcale, że jego świat pokrywa się z moim.

– Oj! Mamo, zobacz, wiatr zwiał pani czapkę. Gdybym jej ją podał, byłaby mi bardzo wdzięczna, prawda?
– Myślę, że tak, Synku.
– Dobrze, to tylko muszę dostać się jakoś do książki. To spory kłopot. Pomyślmy.

Pomyślmy.

czapka

28.4.2016

Znowu wpis bardziej dla mnie, niż dla Was, ale NO PRZECIEŻ NIE MOGĘ Z TYM DZIECKIEM.

Pierwszy właśnie skończył cztery lata. Czyta od roku z hakiem, ostatnio już całkiem w głowie, luz, przyzwyczailiśmy się. Dla równowagi motorycznie zawsze był nie bardzo: jest wprawdzie ewidentnie lepiej, ale nadal jego kolorowanki trudno odróżnić od tych Drugiej. Wedle mojej wiedzy więc przeliterować umie „absolutnie najniezwyklejszy”, za to napisać – w najlepszym wypadku „tata”.

Ta.

Zostawiłam listę zakupów na blacie. Wracam. Paczę.

– Pierwszy, to ty to napisałeś??!! [a kto, kuźwa, Druga? Pan Bob?]
– Nooo… Tylko tu, widzisz, E mi troche nie wyszło, za to O i L to mi najbardziej wyszło.

o.O
!!!

mleko

21.4.2016

Po ostatnim rzuconym w stronę balkonu „dziękuję za miłe spotkanie!” (który czterolatek tak mówi? kto W OGÓLE tak mówi?!) wracamy autem do domu. Przy wyjeździe z osiedla Pierwszy odwraca się w foteliku, macha i rzuca w przestrzeń:
– Dobranoc, Babciu! Słodkich snów!
Nas nieco dławi na przednich siedzeniach, więc mały czuje na sobie ciężar obowiązku wytłumaczenia młodszej siostrze świata.
– Widzisz, Druga, babcia nie może mnie usłyszeć; to niemożliwe, bo jest już za daleko. Ale może, no wiesz, poczuje tak.

Na pewno, Synku.

18.4.2016

Montessori, Waldorff, ekologiczne ciuchcie do samodzielnego heblowania: wszystko można. Ale nie ma się co oszukiwać, Moi Drodzy. Dzieci uczą się, obserwując dorosłych. Bez przerwy, godzinami. Bez próby. Bez możliwości cofnięcia taśmy.
To najbardziej trywialna i najbardziej przerażająca prawda dotycząca macierzyństwa. Zwykle jak o tym pomyślę – a dla własnego zdrowia psychicznego nie myślę zbyt często – włosy stają mi dęba. Ale czasem, czasem to jestem z nas tak masakrycznie dumna, że aż nie wstawię tu żadnej dystansującej puenty.

Ranek, dzieciaki gramolą się na łóżko. TST źle wstaje, patrzy tępo w ścianę, jest jeszcze zupełnie gdzie indziej i ewidentnie chciałby tam pozostać.
– Tatooo, a czemu nic nie mówisz?
Jestem w wybitnie łaskawym nastroju – zamiast go wyśmiać, postanawiam dać mu parę minut na wygonienie fumorów.
– Oj, tata chyba zgubił głos! Albo mu ktoś go ukradł!
Pierwszy patrzy z fascynacją to na mnie, to na TST. Oddajemy się długim dociekaniom, gdzie ostatnio słyszeliśmy słodkie pienia mojego męża („a może jest w lodówce?”, „a może mu się zaplątał w ręcznik po kąpieli?”). Pierwszy wydaje się być coraz bardziej zaniepokojony.
– Mamo, ale jak tata zgubił głos, to jak on będzie z tobą rozmawiał przy śniadaniu?

4.4.2016

Dziś w cyklu #tylkopodnieśbrew korepetycje z historii sztuki.

Pierwszy wraca z tatą z przedszkola. Mży, otwierają parasol, na parasolu „Pocałunek” Klimta. Młody pyta, co to. TST z radością wskakuje na secesyjnego konika i tak płyną sobie do domu na giętych liniach, organicznych motywach, austriackich kawiarniach, nieusiedzialnych krzesłach, Gaudim i Wyspiańskim. Pierwszy słucha uważnie, dopytuje, w końcu milknie. Trawi.
– Tatooo?
– No?
– A jak miał na drugie imię Gustaw Klimt?
– ?!?!?!
– Chyba Maciek, prawda? Taaaak. Gustaw Maciek Klimt.

3.4.2016

Ej, dobra, wiem, że dzisiaj inne Ważne Rzeczy i że w sumie co Was to obchodzi, ale MNIE OBCHODZI, więc trudno.

Mamy takie zabawki do kąpieli z pianki: moczy się je, przykleja się do kafelkow i buduje osiedla; są bloki i domki i drzewa i dachy i w ogóle. Wiszą sobie w siatce.

Pierwszy się myje, coś tam dodaje, pyta o jakąś liczbę – czyta już zupełnie płynnie, więc przerzucił się na cyferki, dużo liczymy ostatnio. Nagle fiksuje sie na jednym klocku, trybi, trybi i pyta:
– Mamo, a ile to jest pięć razy po trzy?

No przecież masakra.

blok

29.3.2016

Po myciu, Pierwszy na moim podołku, gadamy o dupie Maryni. Ni z tego ni z owego milknie i zaczyna się uważnie przyglądać mojej szyi – każe mi odchylić głowę, zafrapowany wodzi palcem, etc. Po jakimś czasie kończy badanie i jak gdyby nigdy nic rozgląda się za gaciami od piżamy.
– Fajne masz te skrzela.

Czasem to chyba wolę, żeby nic nie mówił.

28.3.2016

Pierwszy gania się po domu z Drugą. W pewnym momencie za ostro wchodzi w zakręt, potyka się na za długich dresach, wywija w powietrzu przepięknego podwójnego tulupa ze szczupakiem i całym impetem swoich 16 kilogramów wali w panele, kończąc wślizgiem główką w kanapę.
Zbiera się z trudem, oszołomiony, nie bardzo wie, co się stało. Próbujemy zagadywać, ale czujnie, rozpłacze się, nie rozpłacze, bo jednak przyrypał dość grubo.
Cisza się przedłuża, napięcie rośnie, małego znosi w lewo.
Kiedy w końcu zbieram się z krzesła, żeby go pożałować, nagle drżąco wyciąga ręce na boki, ugina kolana, po czym prostuje się:

– TADAAAAM!

2.3.2016

Skupiony do granic Pierwszy układa jakieś wielopiętrowe, przeczące prawu grawitacji misterne konstrukcje z klocków. Druga, zafascynowana, stara się nie oddychać – zachodzi tylko z każdej możliwej strony, ale nie za blisko, żeby nie wzbudzić „mamooo!” kończącego zabawę. Mały odgania się od niej jak od muchy.
Obserwuję całość z rosnącym zaciekawieniem, bowiem jestem absolutnie przekonana, że przekraczanie po raz tysięczny skłębionych stert resoraków, misiów i przeżutego musli musi się skończyć katastrofą. I kończy. Druga za którymś wychyleniem traci równowagę w kaczych nóżkach i paca dokładnie w środek zamko-garażo-parkingo-wieży. Nie ma czego zbierać.
Pierwszy wciąga powietrze ze świstem i rzuca siostrze takie spojrzenie, że ta odruchowo cofa się dwa kroki, choć zwykle w odczytywaniu przekazów niewerbalnych jest mocno średnia. Ciśnienie rośnie – syn mój wstaje, zaciska pięści, robi się czerwony na twarzy, Druga truchleje. W końcu tupie kreskówkowo i krzyczy (Pierwszy! krzyczy!):
– TY SIĘ JESZCZE MUSISZ WIELE NAUCZYĆ!!!

I wyszedł.

28.2.2016

W cyklu Mój Mały Lingwista dziś odcinek pt. „Nagły Atak Refleksji”:

Pierwszy bawi się klockami: buduje garaże i gada do siebie. Mruczenie nabiera stanowczej barwy, najwyraźniej lekko się ze sobą sprzecza.
– … to naprawdę dziwne. – udaje mi się w końcu podsłuchać.
– Co jest dziwne, Synku? Klocek? Nie chce się zmieścić?
– Nie. Słowo żurawina. Składa się z „żuraw” i… – wykonuje jakieś nader skomplikowane obliczenia na palcach obu rąk – „wina”. To bez sensu.

#tylkopodnieśbrew

26.2.2016

Debiutujemy w roli Goszczących Przedszkolnego Kolegę. Kolega (z tych, którzy za zamkniętymi za psem drzwiami sypialni mogliby domyślać się skrzydła dla służby) wita się bardzo grzecznie, wyraża życzliwe zainteresowanie lepioną drżącą ręką babeczką, jest nieźle. Chłopcy idą do pokoju. Potem do kuchni, połączonej z „salonem”. Potem znów do pokoju. Kolega w celach praktycznych zwiedza łazienkę. To tyle, całe 50 metrów.
Kiedy za pomocą niebywałych erystyczno-cukierniczych wygibasów staram się utrzymać Drugą na smyczy, słyszę Pierwszego:
– Widzisz, Jakub, jaki mam p i ę k n y dom? Piękny, prawda?
– Prawda.
– I jest taki wygodny! I pełen zabawek.

No nie mów.

14.2.2016

Pierwszy i Druga od zawsze uwielbiają balony. Dziś Walentynki, my na rynku w stolycy, świąteczni i rozpasani jak rzadko, serca za 5 złotych idealnie wpisują się w klimat. Idziemy.
– Mamo,a jak te balony lecą tak wysoko wysoko do nieba, to one zostają tam na zawsze? – już to „zawsze” ma jakiś dziwny posmak, ale niech tam.
Okazuje się, że Pierwszy chce balon wypuścić. Natychmiast po kupieniu. Nie, nie chce go trochę potrzymać sobie. Nie, nie chce z nim iść kawałek. Tak, wie, że go nie będziemy mogli złapać. Musi tu, do nieba. No jak musi.
Czerwone serduszko wznosi się powoli, pogoda piękna, leci spokojnie. Patrzymy z przyjemnością. A zobacz jak wysoko. Tak, wysoko. A zobacz, jeszcze widać. Tak, widać. A zobacz, dalej niż najdalsze ptaki. Tak, ptaki.
To nic nie szkodzi.
Niesamowicie porusza mnie, jak świadomie Pierwszy sam siebie próbuje przekonać: on nawet udaje, że się uśmiecha; wygląda wtedy jak żaba.
Potem jest dramat, wycie, nieukojony ból. Potem, opuchnięci i mokrzy, idziemy po drugi balonik. Jak się okazuje ani ten sam, ani taki sam, ani nawet zamiast.
– Proszę Pani, ja poproszę balonik. Ja mój balonik [haust] wypuściłem, a ten [haust] a ten [haust] a ten będę miał na pamiątkę.

8.2.2016

Dziś w cyklu Mój Mały Lingwista odcinek pt. „Odkryj Potęgę Suchara”.

Śniadamy. Dzieci przezachwycone, bo TST wrócił z zagranicznej podróży służbowej i znowu mogą odliczyć do czterech, mniejsze liczby z rana przeszkadzają im w spokojnym trawieniu serka. Pitolimy, trochę opowiada o karabinach na ulicach, trochę o tym, co to jest kruasant, trochę udaje, że mówi po francusku, trochę zapobiega dżemowym katastrofom – uroczy standard.
Kończymy pomału, Pierwszy odkłada łyżeczkę.
– Paaa, ryżu! – rzuca w przestrzeń i dumny z siebie oddala się nader rozchichotanym kłusem.

3.2.2016

– Ooo, no widzisz, Pierwszy, Zuzia będzie Elsą, Filip Spidermanem, a ty, kim będziesz? Za co chciałbyś się przebrać?
– Ja to najbardziej chciałbym się przebrać za… takie… hm… za… mamo, jaką to ma nazwę, bo zapomniało mi się?
– Zamek błyskawiczny, Synku.

1.2.2016

Tulenie po myciu, naraz oddech łamie się Pierwszemu w charakterystyczny sposób zwiastujący nagłą burzę. Ordynuję trzy głębokie wdechy. Stara się jak może, balansujemy na cienkiej krawędzi – na razie łzy, wycie na naprężonej smyczy.
– Nie martw się [haust] mamo [haust] ja się zaraz [rozdzierający haust] uspokoję.
– Powiesz mi, co się stało?
[kręci głową, chyba pierwszy raz w życiu]
– Nie powiesz mi?
– Nic się [haust, otarcie łez, haust] nie stało. To zaraz przejdzie.
– Tak się po prostu zasmuciłeś?
[kiwa głową]
– Chcesz, żebym cię przytuliła?
– Nie [spokojniejsze westchnienie] nie potrzeba przytulenia.

„Droga mamo, doznałem właśnie niespodziewanego ścisku serca, czasem tak się zdarza, ale nie przejmuj się, nie wynikał on z żadnej zewnętrznej przyczyny, której mogłabyś zaradzić, nie był też na tyle intensywny, żeby konieczna była twoja interwencja. Oj kochanie, no jak skąd, w kwietniu kończę cztery lata, to już chyba najwyższy czas, by nauczyć się oceniać wagę własnych uniesień, nie sądzisz? Poproszę szczoteczkę.”

Dżizas.

18.1.2016

Kobity z przedszkola oddają mi dziś syna bardziej rozczulone niż zwykle. Podnoszę brew, pytam co tam.

A, no, bardzo ładnie zjadł, grzeczny, wierszyk na dzień babci już umie, tego.

Przez pół dnia zastanawiał się, jak to jest być kartką.

4.1.2016

W poniedziałki Pierwszy ma w przedszkolu Show and Tell: może wziąć z domu jedną zabawkę i opowiada o niej grupie. Ma to w założeniu osładzać maluchom gorzki powrót do kieratu po łikendzie z mamusią i spełnia swoje zadanie – dzieciaki strasznie to lubią. Pierwszy cały tydzień obmyśla, co zabierze ze sobą, ktore z wypasionych autek aktualnie najbardziej kocha, które nowe klocki są ultrasuper, etc.

Problem w tym, że w poniedziałek rano zwykle serce wygrywa z rozumem. Z zasady nie ingerujemy, choć czasem zastanawiamy się luźno, co o nas myślą panie z przedszkola, kiedy widzą te wszystkie obite resoraki bez kółek (przywlókł ze szpitala kiedyś), wyliniałe pieski wymagające natychmiastowego prania od miesiąca (nie, mamo, on nie jest brudny, zobacz, wcale się nie lepi), mikroskopijne samochody z chinskiej podróby jajka niespodzianki (najgorszy plastik ever) i pojedyncze duplo (żeby chociaż figurki brał…). Po dzisiejszym Show and Tell przestaliśmy się zastanawiać.

Nasz pies rozgryzł letko nogę Filemonowi, odsłaniając milutkie, smyrające wnętrze. Najwyraźniej cudowniejsze niż jakikolwiek z tryliona prezentów okołochoinkowych.

Poznajcie Watkę.

watka

2.1.2016

TST jest pracującym głównie po angielsku filozofem. Ja też sporo pracuję z angielskim, ale całkowicie biernym, filozofką zaś jestem raczej chłopskiego nurtu, bywam więc idealnym celem do robienia sobie ze mnie jaj.

TST bawi się z Pierwszym samochodzikami, małego naszło. Leci standardowa wiązanka: a jak jest złoty, a jak jest ile, a to small auto jest green, a jak było jasny, a czy się mówi many very, etc. W pewnym momencie, w tym samym ciągu, tym samym tonem pada pytanie, poktórym w powietrzu zawisa sekunda zaskoczonej ciszy: miód na moje uszy, kocyk na skołatane nerwy, jasny dowód na to, że macierzyństwo ma sens.

– Tatoo, a jak jest po angielsku „jakie kolory aut są sokowe”?

Bardzo dobrze, młody padawanie, pomścij te wszystkie złośliwości na temat matczynej pronunciation, pomścij bez litości;>

22.12.2015

Z cyklu Mój Mały Lingwista:

– Mamo, jak jest po angielsku dwadzieścia?
– Twenty.
– A szesnaście?
– Sixteen.
– A czternaście?
– Fourteen.
– A tenteen to jest po angielsku dziesiętnaście.

O.o

20.12.2015

-Tato, a ja najbardziej ze świata to bym chciał być motylem.
– Motylem? A co byś robił?
– Nie wiem.
– A co byś jadł? Co jedzą motyle?
– Nie wiem. [poważny] Tego to chyba nikt nie wie, tato.
– No ale pomyśl tak sobie, co mogą jeść motyle? Jak ci się wydaje, co byś jadł, gdybyś był motylem?
Myśli.
– Chmury. Przez słomkę.

Najlepiej.

9.12.2015

– Mamo, a wiesz, kto to jest Ajronmen? To jest taki jakby atleta.

Tuwim : Marvel 1:0

5.12.2015

Ekstra dzień, pogoda jak dzwon, wszystkie dziadki zaliczone, premikołaje rozdane, spacery, bajery, cukier w każdej kostce, czekolada w każdej kieszeni, tego. Padamy, myjemy się, tulamy ręcznikowo.
– A wiesz, że ja cię synku strasznie kocham strasznie strasznie najbardziej na świecie?
– Wiem.
Smutnieje, zapowietrza się. Alert.
– Co się stało? Powiesz mi?
– Powiem, tylko się troszkę uspokoję.
Czekam, odruchowo szukam punktu zaczepienia, no ni huhu.
– Już lepiej?
– Troszeczkę. Mamo, a ty byś nie chciała, żebym ja umarł?
Ewidentnie czeka na odpowiedź.
– Oczywiście, że bym nie chciała. Bardzo bym nie chciała.
Ryk.
Po jakimś czasie dochodzi do siebie na tyle, że mogę zadać pytanie.
– Bardzo bym nie chciała, żebyś umarł. Skąd ci to przyszło do głowy, kochanie?
– Po prostu chciałem wiedzieć.

No spoko.

18.11.2015

Wchodzę do domu po pracy. TST siedzi po turecku na blacie w kuchni, pije kawę i patrzy przez okno.
– Cześć.
– Cześć. Ty! Pokażę ci coś.
– No?
– Pierwszyyy!
Mały wychyla się z pokoju.
– Co, tato?
– Powiedz mamie, gdzie ja jestem.
– Tata jest w swoim sanktuarium. – odpowiada bez wahania i z pełnym przekonaniem moje trzyipółletnie dziecko, po czym wraca do klocków.

Wspominałam już, że nie spodziewamy się zbyt wielu kolegów w szkole?;>

6.11.2015

Piję kawę, klikam, dzieci bawią się w coś u siebie. Słyszę nagłą ciszę, robię surykatkę, następuje niespodziewany wybuch samonapędzającego się chichotu. Ba! Chichotu! Oni się DŁAWIĄ ze śmiechu!
Zaglądam.
Tarzają się po podłodze, czerwoni, autentycznie spłakani. Po jakimś czasie Pierwszy uspokaja się na tyle, że jest w stanie podejść do Drugiej. Mówi jej coś na ucho, po czym z niepowstrzymanej radości podskakuje kilka razy w miejscu i nurkuje w górze pluszaków. Druga, w którejmalutkim ciałku emocje się jeszcze za bardzo nie mieszczą, rozrzuca wszystko, co ma w zasięgu – fruwają klocki, książeczki, lalki, ręce i nogi. Oboje rechoczą jak pomyleni.
Cała scena powtarza się ze trzy razy, na więcej nie mają siły. Leżą pokotem tam, gdzie padli. Dyszą. Postanawiam dać spokój, kolejnego ataku śmiechu mogliby nie przeżyć.

Kilka godzin później pytam Pierwszego, co to było takiego zabawnego, co mówił siostrze. Rozpromienia się.
– Stary sznur.

#tylkopodnieśbrew

4.11.2015

Myjemy się, Pierwszy ni z tego ni z owego odwraca się do mnie pełen słońca.
– Ale fajny dzień mieliśmy dziś, prawdaaaa?
– Nooo – przytakuję nieco skonsternowana – fajny.
– Najlepszy ze świata!
Akurat ja miałam dyżur, przewijam taśmę. Noo, bajki były, przedtem kolacja, chleb z szynką i pomidorki koktailowe, bez szaleństw. Wcześniej chwila zabawy w nic. Jeszcze wcześniej u dzielnicowej lekarki był z TST, bo cherla. Zanim lekarka, jadł obiad, taaa, zupa z gwoździa i kartofle z mięsem, żadne pizze. Przed obiadem robienie obiadu, Druga spała, on czytał na kanapie, trzeba by nowe książeczki kupić swoją drogą. Przedtem byliśmy we trójkę w supermarkecie kupić mięso do kartofli z mięsem. Wziął dychę, którą dostał od babci, wybrał sobie resoraka, zjedli suchego gofra, jak zawsze. A rano? No, śniadanie, serek wiejski, miód, pitolenie, bajki.
Może to autko?
– A czemu był taki fajny?
– Nooo… bo tak się złożyło po prostu. – wychodzi z łazienki – Szczęśliwie tak.

W sumie.

2.11.2015

TST pochodzi z domu, w którym używało się wyłącznie słów ze słownika, a w toalecie dla znudzonych leżał Kopaliński. Nasza najbliższa przyjaciółka do dziś mu wypomina, że kiedy wieki temu bieżył jej na pomoc, usłyszawszy przeraźliwe PAJĄK-TAM-ZABIJ-WEŹ-JUŻ!!!, stanął wpół kroku i wypowiedział pamiętne „ale ale, najpierw ustalmy fakty – pająk czy pajęczak?”
U mnie w domu zawsze królował idiolekt Wielkiej Matki i świat w przybliżeniu. Pi razy oko taki.

Biedny Pierwszy miksuje schedę ze swadą, co ma robić.

– Boroczku ty, pół nocy cherlałeś, nie wyspałeś się pewnie, co?
– Nie cherlałem, babciu.
– Jak nie cherlałeś? Babcia słyszała. Strasznie się tłukłeś, męczyło cię.
– Ja nie cherlałem wcale.
– Cherlałeś, cherlałeś, tylko może nie pamiętasz, twoja mama mówiła, że się nie budziłeś.
– Babciu, ja nie cherlałem. Mój kaszel jest suchy.

28.10.2015

Idziemy sobie brzegiem miejscowej prawierzeki, zachodzące słońce, podświetlone chmury, płonące klony, ogólnie – baja. Pierwszy w nastroju mocno refleksyjnym.
– Jaka piękna jesień, mamo!
– Wspaniała, prawda, Synku?
– No, ultrafajna [TST uczył go ostatnio przedrostków, nie pytajcie]
– Mamo, a co jest przed jesienią?
– Lato.
– A przed latem?
– Wiosna.
– A przed wiosną?
– Zima.
– A przed zimą?
– Jesień.
– Aha. Jesień. Taaaak… I tak czas sobie płynie.
– …?
– W takim jakby tunelu.

W przedszkolu mówią na niego Filozof.

27.10.2015

Z cyklu „mnie to jara, bo jestem pieprznięta”:

– Tato, jak jest sypialnia po angielsku?
– Sleeping room.
– To lnia jest room po angielsku?

Mój Mały Lingwista ❤

21.10.2015

Oglądamy z Pierwszym Franklina. Jego kumpel ślimak ma marzenie, żeby latać, ale kto to widział, żeby ślimaki latały, ale Franklin w niego wierzy, ale potem mniej, ale jeszcze potem tata Franklina mu klaruje, że jak się mocno naprawdę mocno chce, to każde marzenie się spełni i w końcu mały ślimak z nagle zmaterializowaną panią ślimak – pilotką bombowca (dżender!) szczęśliwi szybują w niebo ku zachodowi, na pohybel niedowiarkom. Spoko.
– A wiesz, o czym ja marzę?
O, tego jeszcze nie grali, nadstawiam ucha.
– Nie wiem. O czym?
– Nie wiem. Ja muszę się zastanowić, o czym marzę.
Wychodzi.
Temat wraca pod prysznicem.
– Mamo, a wiesz, o czym ja marzę?
– No, o czym?
– Tak najbardziej ze świata to marzę o tym, żebym umiał zawiązać sznurowadła. O tym właśnie marzę. I zapinać zamki. Takie trudne zamki.

Prrr, szalony.

18.10.2015

Pierwszy wsiada na jeździk, bardzo sprawnie wyjeżdża z parkingu pod półką z książkami, mija mnie.
– Gdzie jedziesz?
– Aaaaaa, do Tajlandii na chwilę.
– Ooo, to daleko bardzo!
– Nie, zaraz będę.
– A po co jedziesz do tej Tajlandii?
– Muszę kupić dwie drabinki strażackie.

#tylkopodnieśbrew

16.10.2015

Czytamy. Pierwszą ostatnią bajkę, drugą ostatnią bajkę, trzecią ostatnią bajkę, tylko do ósmej/dziewiątej/dziewiętnastej strony. Koniec, fajrant, gardło mi wysiada. Pierwszy przeciąga, jak może, w końcu rozumie, że już nawet nie ciut-ciut-ciutek, ale nie ma w nim zgody. Rozgląda się bezradnie w poszukiwaniu sprzymierzeńca, miota się troszeczku, czekam. W końcu podejmuje rozpaczliwą decyzję, wypina do przodu wątłą pierś, rośnie tak gdzieś z dobre dwa centymetry i bierze ode mnie książeczkę. Przypomina mi galion, tę rzeźbę na rufie dawnych żaglowców.

– To ja sobie sam poczytam. Ha!

HA!

Jest coś bardzo szlachetnego w sposobie, w jaki (wy)rzuca mi wyzwanie.

Oczywiście rozsypuje się potem, przełamuje w płacz i w moje ramiona lawiną, ale tego wyciągniętego jak struna, po sam czubek głowy napiętego HA! nikt nam już nie odbierze.

5.10.2015

– Mamo, a wiesz, co to jest stado?
– No?
– Stado to jest garść ptaków.

21.9.2015

Wstaliśmy za późno, z trzech Thomasów odwiecznym prawem przynależnych po śniadaniu zdrobiły się dwa. Choć zwykle Pierwszy przyjmuje tego rodzaju przeciwności losu ze spokojem starca, czasem, jak dziś, postanawia pobyć chwilę trzylatkiem. Oczywiście żadne histerie nie wchodzą w grę, wychodzimy bez obsuwów, ale jest ewidentnie nabucony i w dodatku, co jest ewenementem absolutnym, co dwa-trzy schody wzdycha i cicho jękoli w przestrzeń. Wkraczam.
– Smutno ci?
– No, smutno.
– Czy jest coś, co mogę zrobić, żeby nie było ci smutno?
– Nooo, możesz mnie na przykład pocieszyć.
– Jak mogę cię pocieszyć?
– Nooo, możesz mi na przykład powiedzieć coś.
– No dobra, to poczekaj.
Schodzę niżej, zawiązuję nasze spojrzenia na supełek i wytaczam ciężkie działa.
– Kocham cię, Synku.
– Nooo, to było bardzo… miłe.
Miłe, phi.
– Ale pocieszyło cię to?
– Nooo, pocieszyłem się. Troszkę. Troszkę się pocieszyłem.
– A jak mogę cię bardziej pocieszyć? Co mogę zrobić, żebyś się rozchmurzył tak całkiem?
– Nooo… Możesz mi na przykład powiedzieć słowo… [myśli] [rozpromienia się] CYFRA. To jest bardzo ładne słowo.

Zadziałało.

14.9.2015

Myjemy się.

– Mamo, a kiedy kupiliście tę naszą pralkę Bosch? [sprzęty u nas w domu nigdy nie są bezimienne]
– Oj dawno, Synku, jak ciebie jeszcze nie było na świecie.

RYK.

Wycie, zawodzenie, spazmy, nawet bez zwyczajowej ostrzegawczej podkówki. Nauczona doświadczeniem, tulę, aż sam się uspokoi – Pierwszy praktycznie nigdy nie płacze bez powodu, potrzebuje tylko czasu na jego nazwanie. No to czekam.
Ostatnie zanoszące się hausty, łzy jak grochy.

– Mamo, ja coś ci powiem.
[oho, dojrzał, poukładał się, znalazł słowa]
– No, powiedz mi.
– Ja się tak zasmuciłem, bo jak mnie jeszcze nie było…
[tłumione nadludzkim wysiłkiem woli łkanie]
…jak mnie nie było…
…poczekaj mamo, najpierw sobie te łezki zdejmę…
…jak mnie nie było…

…to ja za tobą tęskniłem.

Czasem nie wyrabiam z tym dzieckiem, serio.

7.9.2015

Pierwszy wyciągnął dziś spod szafki okokonione kurzem fancy półbuty z grupy szalenie-podobaly-się-mamusi-więc-synuś-miał-je-na-nogach-raz.
– Mamusiu, jak dawno nie widzieliśmy tych butów! Mogę je założyć?
– Jasne, Synku. – Haha, oto moda zatriumfuje raz drugi i ostatni, bo już są na styk. A nie, zapomniałam, nie zatriumfuje, bowiem dziś mamy ałfit „dziecko z ochronki, ale za to wszystko wybrało i ubrało się samo i w związku z tym nie da się rozebrać”.
Wychodzimy, Pierwszy świergocze. Przez dwa i pół piętra mówi wyłącznie o butach, sznurówkach, długości, nieciśnięciu, odpowiedniości do zmiennej pogody. Przy wózku proponuje, żebyśmy kupili Drugiej identyczne, bo przecież są cudowne. Nie wychodzimy z klatki, dopóki mu nie obiecam, że jutro moze w nich iść do przedszkola.
W końcu ruszamy. Chwila napiętej ciszy. Widzę, że przelewa się przez siebie, szuka. Znalazł.
– Mamo, TE BUTY MNIE CIESZĄ!
– To świetnie, Synku! – mój entuzjazm robi się ostrożny, jak zawsze, kiedy Pierwszy zaczyna udowadniać mi, że nie mam pojęcia, co to znaczy entuzjazm.
– Mamo, TE BUTY SPRAWIAJĄ MI TYLE RADOŚCI, ŻE JA SIĘ OD TEGO ŚMIEJĘ!
I poturlał się przede mną chodnikiem, odrzucając głowę do tyłu w niepohamowanych kaskadach.

25.8.2015

Robię śniadanie, dwie małe jasne planetki orbitują wokół moich nóg po dosyć zagadkowych i zbyt często zbieżnych trajektoriach. Nagle kątem oka w okolicach bieguna tej większej dostrzegam sporą czarną plamkę.
– Czekaj, Pierwszy, masz tu coś. Pokaż.
Kleszcz. Wyrywam, ale pęsetę mam zjechaną, a franca z tych dużych, głęboko wpity – nóżki i głowa zostają w skórze. Myślę o macherkach z mojej przychodni. Wzdycham.
– Pierwszy, przed przedszkolem pojedziemy jeszcze do szpitala, panidoktor ci musi wyjąć resztki tego robaka.
Pyta, czy będzie bolało. Mówię, że może trochę kłuć, może będzie trzeba przeciąć skórę, ale ogólnie nie powinno być źle.
– Aha.
Jemy, jedziemy. W am-bu-la-to-rium pe-dia-try-cz-nym („to naprawdę długa nazwa, mamo”) zgodnie z przewidywaniami wiek raczej XIX niż XXI, w sensie usiądź synku na leżance pod lampą, a ja ci tu tą igiełką. Pierwszy siedzi, kobita dłubie. Pół minuty. Minutę. Dwie. Kobita podnosi brew. Trzy. Pierwszy majta nogami.
– Proszę paniiii? Ja pani coś powiem, dobrze?
Igła profilaktycznie zastyga, ale Pierwszy nie wykonuje najmniejszego ruchu mogącego świadczyć o tym, że chciałby podnieść głowę. Lekarka wraca do dłubania.
– Słucham, kochanie.
– A dziś u nas w domu pachniało ogórkiem kiszonym.

O.o

11.8.2015

Moje dziecko działa czasem jak plansza „za chwilę dalszy ciąg programu” – kompletnie nie wiem, jak go przyszyć do rzeczywistości.

Siedzę, klikam, dzieciaki śpią. Słyszę otwieranie drzwi, tuptaki, Pierwszy staje przede mną, trochę oślepiony lampą. Pewnie chce wody, czasem tak ma.
– Mamusiu, mam dla ciebie niespodziankę.
Aha, to to. Autko. Czasem mu się uwidzi tak.
– Jaką niespodziankę, synku?
– Mam dla ciebie takie bardzo, bardzo, ale to bardzo śmieszne słówko.
– Jakie słówko?
– Pampanek.
Stoi i aż drży z cichutkiego (bo przecież jest noc) chichotu.
– Pampanek?
– Tak, pampanek.
– No, to naprawdę zabawne słowo. Dziękuję, Synku. To była bardzo miła niespodzianka.
– Proszę bardzo, mamusiu.
Wycofuje się, zamyka za sobą drzwi do pokoju. Przez ścianę słyszę jeszcze, jak śmieje się do siebie gramoląc się pod kołdrę.

31.7.2015

Pierwszy jest dziwny od urodzenia: był dziwnym niemowlęciem, dziwnym dwulatkiem, teraz jest dziwnym trzylatkiem. Wiedzą o tym panie z przedszkola, sprzedawczynie ze sklepu, osiedlowi robotnicy. Nam czasem już już się wydaje, że się przyzwyczailiśmy, no bo ileż można. Yhy, jasne.
———————-

Pisze coś na kompie, ostatnio jego ulubiona zabawa jak już wyczerpie limit bajek. Napisał. Mówi, że napisał. Podchodzę pochwalić, liczę na MAMA TATA SIOSTRA BRAT, ewentualnie TRAKTOR na przykład. Pusty dokument w wordzie, biała kartka, jedno słowo jebitną trzydziestką tajms niu roman.

NONSENS.

———————–
Ja naprawdę nie wiem, jak to o nas świadczy.

28.7.2015

Wczesne popołudnie, parno i ciężko. Druga bawi się w łóżeczku, ja przysypiam na kanapie, Pierwszy zapycha spaghetti z pesto. Z lekka tylko zamlaskana, błogosławiona cisza.

– Mamo, podejdź tu do mnie obok i ja ci powiem coś na ucho.
– Co chcesz mi powiedzieć, Synku?
– Tu do mnie obok blisko chodź, po cichutku ci powiem.

Zwlekam się, pochylam. Zapach bazylii wierci mi w nosie.

– A ja nie chcę, żebyśmy umarli.

Tężeję.

Wciągam powietrze, na chybcika wybieram słowa do pierwszej, może najważniejszej (z dziećmi nigdy nic nie wiadomo) rozmowy o tym, że śmierć jest wpisana w codzienność, jak śpiący pies i pierwsze kroki Drugiej. Dotyk ciepłej łapki na policzku budzi mnie ze stuporu.

Łapka ta odsuwa mnie łagodnie acz stanowczo. Przeszkadzam jej, durna, w łowieniu makaronu.

8.7.2015

Balkon, zabawy w mikrobaseniku z biedry. Pierwszy miętosi dmuchanego motylka dołączonego do zestawu.
-Tato, a mogę go wyrzuć przez barierkę?
Dziecko moje jest metodyczne i rozważne, zawsze grzecznie anonsuje chęć zniszczenia czegoś, jesteśmy przyzwyczajeni.
– Nie, Synku.
– Ale ja chciałbym.
– Ale nie możesz.
Następuje kilka wymian w tym stylu.
– Ale ja wyrzucę sobie.
– Nie możesz tego zrobić. Jeśli wyrzucisz tę zabawkę przez balkon, będę musiał cię ukarać.
– Jak?
– Będziesz musiał iść do swojego pokoju i już się nie będziemy tu tak razem fajnie bawić. No i nie będzie bajki wieczorem.
Pierwszy myśli intensywnie. Trzy razy upewnia się, co się stanie i że tylko to.
– To nie jest jakaś straszna kara.
Wyrzuca zabawkę, po czym bez zbędnych słów oddaje autko Drugiej, idzie do siebie i zamyka drzwi.

Niebywałą sztuką musi być buntować się w zgodzie ze swoją – taką – naturą.

5.7.2015

Z cyklu „dobre dziecko i własną kupą się pobawi”.

Ranek. Pierwszy przytupuje do mnie tak podniecony, że ledwo mieści się w sobie.
– Mamo, mamo, a czy zagrasz ze mną w moją nową ulubioną grę?!
– A jak się w nią gra?
– Pokażę ci.
Biegniemy do pokoju. Moje na co dzień niezbyt ruchawe dziecko staje na środku dywanu przodem do okna, zastyga na sekundę, po czym odprawia niesamowity, porażająco bezsensowny taniec świętego Wita – skacze, wije się, podbiega, śmieje się w głos, wyciąga ręce, kręci się, skłania, kopie w powietrze, krzyczy.
– Mamo, mamo, zagraj ze mną!
– A jak się nazywa ta gra? – idę na twardziela.
– Ganianie paproszków!
Idiotka.
Z jednej strony niedokładnie zasuniętych przed upałem rolet wpada szeroki strumień skondensowanego światła, w którym jak na dłoni widać, że powinniśmy częściej odkurzać. Nie rozumiem, jak mogłam wcześniej nie zauważyć, że mój syn brodzi w brokacie, że każdym najmniejszym ruchem wzbudza w nim świetliste wiry.
Tańczymy, aż z zachwytu zupełnie brakuje nam tchu.

3.7.2015

Jak tak z boku spojrzeć, to chowam syna na potwornego lebiegę.

Z natury jest spokojny, ostrożny i raczej bojaźliwy, ruchowo wciąż goni rówieśników (jeśli weźmie przykład z mamusi, nigdy nie dogoni;>), a do tego to całe zatulanie, analizowanie nieskumań, nazywanie zawahań, żadnych twardzieli, bądź dzielny, już nie płacz, żadnych zmuszań i przekroczeń na siłę. No dramat.

A jednak.

Spacer. Pierwszy potyka się na prostej drodze, mocno ryje gołymi kolanami w ostry szuter. Odruchowo tsykam, zerkam z wyrzutem na TST, który trzyma go za rękę. Mały wstaje z widocznym trudem.

– Nie martw się, mamusiu, to zaraz przejdzie. Zaraz to sobie schowamy – pieczołowicie naciąga bermudy, żeby nogawka dokładnie przykryła juchę – o tak.

Serioznie, nie wiem, skąd się urwało to dziecko.

26.6.2015

Trzeba Wam wiedzieć, że są takie dni, kiedy miłość się ze mnie ciurkiem wylewa i musi na głos przy tym.

– Kocham cię najbardziej na świecie! – dyszę wtedy egzaltowanym szeptem w trzyletnie ucho – i tatę kocham, i Drugą… A ty kogoś kochasz?
– No… Drugą kocham, bo jest taka mięciutka. I ciebie kocham. I tatę. No i siebie kocham, oczywiście.

Nie zginiesz, Synku.

3.6.2015

Tak na co dzień to te moje małe chwasty się plenią po swojemu. Od do, of korz, ale raczej w stylu angielskim, francuskie ogrody nigdy mnie nie bawiły.

Tym bardziej niesamowite jest, jak nami przesiąkają.
—————————–
Kiedyś pisałam:
„Po omacku biorę na ręce moje gotowe do podboju świata dziecko, idziemy do kuchni, odsłaniamy rolety. ‚Zobacz, Druga, świta, to czerwone to świt. Chodź, trzeba się przywitać. <Dzień dobry, Nowy Dniu> się mówi. Nauczysz się jeszcze.’ „

Robię tak. To znaczy nie pamiętam od kiedy staram się zawsze mówić dzień dobry. I dobranoc. Oczywiście do siebie, półniemo, bez happeningu jakiegokolwiek.

Pierwszy wstaje dzisiaj, wyspany, radosny. W piżamach lipimy się przez balkon na bezchmurne niebo i jaskółki.
– Jaki piękny dzień!
– No, piękny, Synku.
– Mamo, a jak się mówi „dzień dobry” dzieniu?
– Dniu byś chciał powiedzieć dzień dobry?
– No.
– No po prostu, „dzień dobry Nowy Dniu” się mówi.
– Dzień dobry, Nowy Dniu!

Tak jest dobrze.

23.5.2015

Samochodowa monomania Pierwszego ciągnie się już czas jakiś. Na cokolwiek, co nie ma czterech kółek, zwraca uwagę tylko z wrodzonej uprzejmości. No, ładna żyrafa, mamusiu, a to mazda, ciekawy ten ptaszek, tak macha, a to volkswagen. Nie mamy pojęcia, skąd mu się to wzięło, jego ojciec grubo po dwudziestce dowiedział się, że diesle jeżdżą na ropę.
————-
Składanie słów z liter idzie mu już na tyle sprawnie, że zaczął też je w końcu samoistnie rozkładać, ćwiczymy więc pisanie. Na kompie, bo motorycznie ogarnia na razie O. Dyktuję mu różne słowa, imiona nasze, krótkie zdania, on literuje i klika. W końcu mówię, żeby sam coś napisał, tak od siebie.

No to napisał.

HONDA

20.5.2015

Dałam dzisiaj Pierwszemu prawdziwą gumę do żucia do spróbowania, miętową, nigdy nie jadł nic miętowego. Nie podeszło, wypluł. Mlaska. Idzie do pokoju. Mlaska. Wraca.

– Mamooo… A ta guma to smakowała zimnym powietrzem. To dziwne.

Zaiste.

27.4.2015

Moje starsze dziecko zwykle wie dokładnie, czego mu potrzeba i jest stałe w swoich zmiennych upodobaniach. Od kilku miesięcy na przykład to ja opowiadam mu bajkę na dobranoc. To znaczy, kiedy TST jest sam, to luz, nie ma dramatu, ale jak ma do wyboru, to pada na mnie.

Najpierw przez kilka tygodni musiałam opowiadać zawsze tę samą wymyśloną na kolanie historię o wyścigówce lamborghini Franku, który wpadł do rowu. Potem bez ostrzeżenia przeszliśmy na tryb „każdego wieczoru inna bajka na zadany temat”. Spoko, przeżyłam, sens nie był punktowany.

Następnie ni z tego ni z owego zostałam poproszona o zaśpiewanie zamiast bajki kolędy. „Przybieżeli” konkretniej. No więc co wieczór przez trzy tygodnie melorecytowałam szeptem (bo Druga), że chwała na wysokości.

Od przedwczoraj Pierwszy tożsamo przybieżeli śpiewa sobie sam. To znaczy ja przysiadam koło łóżka jak zwykle, opowiesz mi bajkę, nie lepiej kolędę, to niech będzie przybieżeli. Zaczynam, po Betlejem syn stwierdza, że nie, to może on mi pokaże, jedzie w leciutko przyspieszonym tempie dwie zwrotki z refrenem, po czym mówi dobranoc i odwraca się do ściany.

‪#‎tylkopodnieśbrew‬

22.4.2015

Niech będzie, że mam nienormalne dziecko, a sama jestem aspołeczna. Że się nie znam. Mam, jestem, no nie.

Ale na miłość.

Robię Pierwszemu zdjęcia do dowodu. Wchodzi sam, wita się, pyta, gdzie usiąść – ergo, ogarnięty, mówi, rozumie po polsku. Babka (młoda, z rozmowy wyszło, że ma dzieci) ni z tego ni z owego zaczyna go łaskotać, robić miny, a bo paszka, pod bródką, z lewa, z prawa, z dołu. Non stop bełkocze bez sensu. Patrzę na nią. Patrzę na Pierwszego. Pierwszy patrzy na mnie. Musimy oboje wyglądać na mocno opóźnionych umysłowo.

– Bo żeby tak warg nie zaciskał, bo nie może na zdjęciu tak mieć. – desperacko zwraca się do mnie teatralnym szeptem, jednocześnie niemal wyjmując mu oko paluszkiem-ciepluszkiem.
– Pierwszy, nie zaciskaj tak warg, normalnie usta zrób.

Sprawa twarzy została ogarnięta. Idzie do aparatu.

– No, jak ci powiem, to tylko patrz na mnie. Tu na buzię mi popatrzysz, taką ładną buzię mam, widzisz, słoneczko.

Kłóciłabym się, ale niech jej. Coś tam mierzy, ustawia, w końcu daje znak. I chowa się za blendą. Pierwszy jest posłuszny, więc schyla się, żeby dojrzeć choć kawałek tej ładnej buzi. Kobita wzdycha, podchodzi, ustawia na nowo, po czym zabawa w akuku powtarza się drugi raz. I trzeci. Tłumaczę małemu po cichu, żeby już nie szukał pani, tylko po prostu patrzył mniej więcej w obiektyw, bo przecież nie wyjdziemy. Odwracam się i dębieję, bo ta w międzyczasie wyczarowała grzechotkę i dawaj potrząsać, dawaj podrygiwać. Moje dziecko rzuca mi niemą prośbę o pomoc w przetworzeniu, ale ni chuchu, synku, matce też się skończyły moce przerobowe.

Trwamy w zgodnym stuporze. Flesz.

Pierwszy wygląda jak seryjny morderca.

21.4.2015

Pierwszy ogólnie daje radę, ale czasem mnie po prostu rozwala.

Leżę półprzytomna, poranną wachtę obejmuje TST. Słyszę Drugą, czajnik na mleko, rolety, tego. Słyszę otwierające się drzwi pokoju Pierwszego, szaleńczą szarżę bosych stóp po kafelkach, nagłe zatrzymanie niemal z upadkiem.

– Tato, TATOoO!
– Co synku?
– Jaki piękny poranek!

No, już z leksza nie ma wyjścia;>

14.4.2015

Dwa tygodnie przed swoimi trzecimi urodzinami Pierwszy pojął ideę czytania. To znaczy czytać zaczął, ja wiem, tak z niecałe pół roku temu może (już pisałam kiedyś, jest bardzo wrażliwy na dźwięki, więc z usłyszeniem głosek nie ma problemu), słowa pojedyncze różne, głównie ostatnio nazwy modeli samochodów (;>), ale dziś rano, czekając na obiecaną wodę z soczkiem, z nudów sam sobie przeczytał polecenie z Zagadek z Czuczu.

– P-o-k-a-ż o-w-o-c-e. Pokaż owoce. No tu są przecież. Maaaaamoooo, chciałbym wooooodęęęęęęę…. Co się stało, mamo?

Nic, Synku. Zupełnie.
^____________________________^

25.3.2015

Od czasu do czasu TST testuje, na co można już sobie pozwolić z naszym niespełna trzylatkiem. Ostatnio postanowił zostawić go samego w mieszkaniu, na 20-30 sekund, ale jednak.

– Pierwszy, ja teraz na chwilkę zejdę na dół i zaraz wrócę, a ty się tu baw, dobrze?
– Dobrze. Tylko, tatooo?
– No?
– Trzymaj się poręczy, żebyś nie upadł. I załóż czapkę.

23.3.2015

Moja infekcja jest bohaterem dynamicznym, przemieściła się na uszy, średnio słyszę. Czasem to dobrze, na przykład wtedy, kiedy muszę inhalować Drugą, znowu świszczącą, czego rzeczona nie znosi.

Siedzimy więc tak sobie, pośród wzgórz zabawek, resztek owocków, zwałów smarków, ogólnego totalnego rozpiżdżaju: ona drąc się wniebogłosy, ja zakładając jej nenufarowego nelsona. Pies tupie w tę i we w tę, najwyraźniej szukając celu w życiu, TST od pół godziny stara się dokończyć służbowego maila. W środek tego cyrku wbiega nagle cherlający Pierwszy, nagusieńki jak go panboczek stworzył.

– Synkuuuuuuuuuuuuu – zawodzę – dlaczego się rozebrałeś?!
– Mamo, no, bo ja będę goły i będę cieszył się słońcem!

Kapitanie, mój Kapitanie.

14.3.2015

Wykupiliśmy burżujskie (prawie) wakacje w Grecji. Od czasu do czasu wspominamy Pierwszemu, że a to samolot, a to morze, a to kamyczki, a to szaszłyk, żeby się nie zdziwił był.

Poczekalnia w przyszpitalnej poradni. Mrowie małych dzieci, żelki, chrupki, soczki, atmosfera pikniku. Pięcioletnia dziewczynka z gatunku lekko przemądrzałych starych maleńkich bardzo chce zwrócić na siebie uwagę mojego syna, bezskutecznie, bo przecież żelki, chrupki i soczki. W końcu wytacza największe działa.

– A jak my wyjdziemy od pana doktora, to pojedziemy do makdonalda!
– A my na Kretę.

No.

17.2.2015

– Druga, powiedz guuuu… No powiedz: guuuu-u…
– Ba-ba.
– Nie mów ba! Za mała jesteś jeszcze na mówienie ba. Powiedz guuu…

12.2.2015

Mówili mi dobre ludzie, że dzieci bywają delikatne i wrażliwe. Ostrzegali, że potrafią zaskoczyć, że się nie będę spodziewać. Że nie mają żadnych hamulców, że poczucie normalności i wstydu nabywa się z wiekiem. Byłam przygotowywana.

Kiedy więc wtulony we mnie Pierwszy przez pół godziny na zmianę głośno wyje i cichutko pochlipuje słuchając José Gonzaleza, ograniczam się do pytania co jakiś czas, czy aby na pewno nie wyłączyć. W końcu, było nie było, to ładna muzyka jest.

8.2.2015

Śniadamy we trójkę. Jak zwykle rano rozstrzygamy rozpalające cały świat kwestie (dziś: czy ludzie z asp mają prawo nadymać się, kiedy słyszą, że coś jest napisane ładną czcionką, kiedy przecież to jest FONT), Pierwszy żuje. Nagle, jeszcze z bułą w zębach, wyrzuca ręce do góry i krzyczy:
– UWIELBIAM WAS!

^_________________________^

7.2.2015

Mój syn (2 lat i 9 miesięcy) jest (nad)wrażliwy na dźwięki, więc kiedy moja córka (8 miesięcy) odstawia drama queen przed zaśnięciem w ciągu dnia, zwykle wychodzi do siebie do pokoju, zamykając za sobą wszystkie możliwe drzwi. Bywa, że w oczekiwaniu na moje przyjście zdarzy mu się samemu zasnąć.
Kiedy dziś położyłam Drugą i usłyszałam ciszę, postanowiłam dać mu jeszcze kilka minut. Fejsik, srejsik, nadal nic. Po cichutku wchodzę do pokoju, żeby go doopatulić (sam się rozbiera, wchodzi do łóżeczka i się przykrywa, ale kołdry jeszcze do końca nie opanował). Ku mojemu zdziwieniu, Pierwszy w całkowitym milczeniu siedzi wyprostowany na łóżeczku i skupiony patrzy w okno (z jego perspektywy widać dach bloku naprzeciwko i niebo). Staję. Mija minuta, dwie. W końcu pytam, co robi.
– Ptaszki latają, mamusiu – odpowiada całkiem przytomnie – w tamtą stronę, albo w tamtą, albo tam. Ale tam mniej.

Czy to dziecko może być bardziej creepy?

4.2.2015

– Mamusiu, ty się nie denerwuj. Usiądź sobie wygodnie na kanapie, pobaw się spokojnie z Drugą, o, tu masz motylka, proszę mamusiu. A ja tu sobie poszkudzę.

Mówisz?

26.1.2015

– Co narysowałeś, synku?
[bardzo skupiony]
– To Magija, mamusiu.
[dreszcz]
– Magię narysowałeś?
[poważny]
– Nieee, MAGIJA, nie magia.
[dreszcz dreszcz. Aleister Crowley w domu może i ma swoje zalety, ale thelemici raczej nie odkurzają. Ryzykuję.]
– A co to jest magija, synku?
– To jest takie coś, co się wkłada w przyprawy.

Aaaaa.

Glutaminian : Transcendencja 1:0

12.1.2015

– Wszystkiego najlepszego, tatusiu!
– O! A z jakiej to okazji?
– No z okazji śniadania.

Zapomniałabym.

4.1.2015

Siekam.
– Mamusiu, co to te małe grzybki?
– Pieczarki, synku.
[międli]
[międli międli]
Pieczarki to jest piękna nazwa.

No pacz.

2.1.2015

Wychodzimy, pizga jak w kieleckiem. Pierwszy przystaje.
– Wiatr jest.
– Tak, kochanie, wieje.
– Bardzo wieje.
– Masz rację, bardzo bardzo, zobacz, jak się drzewa ruszają.
– [nagle zachwycony tak bardzo, że aż uroczysty] Mamusiu, ja UWIELBIAM wiatr!
Uwielbiaj, Synku. Dużo uwielbiaj.

17.12.2014

Pierwszy zrywa się z czarnego rana i chce odwiązać kolejny woreczek. Mówię mu z łazienki, żeby poszedł z tatą.

– Nie, mamusiu, ja chcę z tobą.

– Ze mną?

– Tak, z tobą. Bo ty jesteś najlepszą… przyjaciółką jesteś. Tak.

2014-12-01 08.52.03

25.11.2014

[Bardzo często zapominam, że dziecko w pewnym wieku można nauczyć absolutnie wszystkiego, że jest mu totalnie wszystko jedno, czy najpierw tradycyjny bębenek, gitara i cymbałki, a dopiero potem waltornia, czy odwrotnie.
Całe szczęście mam pod ręką Takiego Sobie Tatę, który bimba na to, że nasze dzieci nie będą miały prawdopodobnie zbyt wielu kolegów w szkole.]

– Mamo, mamo, to jest pani.
– Jaka pani, synku?
– No pani… eeee… westalka [jeszcze myślałam, że się przesłyszałam] Ona pilnuje płomienia!

2014-11-25 18.26.32

24.11.2014

Mamo, mamo, zobacz! Balon z papugą! Balon z papugą!

[dobra, balon jest, gondola jest, ktoś widzi papugę?]

2014-11-25 18.28.09

22.11.2014

Barłożymy sobotnio. Dla Pierwszego, bardzo przejętego wtachiwaniem całego swojego dobytku do nas na łóżko (dziś w zestawie dwa resoraki, podłużny klocek, miś panda i Kocyczek of korz), leżąca Druga wydaje się być niejakim zaskoczeniem.

– Ooo! Dzień dobry Rybeńko! Wyspałaś się?- Druga wdzięczy się z zachwytem – To ja sobie tu siądę [jest na etapie komentowania każdego swojego ruchu] i porozmawiamy tak sobie tu [mości się] Nooo, to powiedz „guuu”.

19.11.2014

Pisałam kiedyś, że panie w przedszkolu patrzą na nas podejrzliwie, zastanawiając się, czym my temu biednemu tresowanemu dziecku pierzemy mózg. Dzisiaj kolejna z kulminacji.

Dzieci opowiadają, jak rodzice mówią do nich w domu (chodziło o różne formy imion). Dochodzi do Pierwszego:

– A na ciebie, jak mamusia mówi?
– No… Kochanie moje.

10.11.2014

Mamo, zobacz! To tata domek, to mama domek, a to dzieci domki. Mamo! One jadą na… one jadą na… dzieci domki jadą na lawecie!

2014-11-09 11.10.55

2.11.2014

Mamo, zobacz! To jest taki wagonik… taki… taki…

Jaki, Synku?

No taki pszczółkowy!

psz

20.10.2014

Zobacz mamooo… to jest taki… mały las. Dla żyrafy i dla pieska.zyrafa

29.07.2014

Tadam tadaaaam! Junior dziś pierwszy raz w życiu nie zesztywniał na amen i łaskawie nasikał do nocnika. Rozdzwoniły się telefony, chwila została unieśmiertelniona piosenką, dumny ojciec ukradkiem uronił łzę, matka przyjmowała kwiaty.

Zaraz potem zadzwoniła koleżanka, mówiąc, że to samo stało się u niej w domu jakiś czas temu i że teraz to już z górki.
Jej syn ma 8 miesięcy.

Eh eh.

4 uwagi do wpisu “Pierwszy

  1. Pingback: #kaloshki 2 - Kaloshka.comKaloshka.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s