Ziemia.

Jeden rzut oka wystarcza, żebym się do reszty uspokoiła. W sam raz. Tak jak myśleliśmy – koktail, nie bal. Panie poprawiają toalety, panowie ściskają dłonie – od razu widać, komu trzeba, a komu warto. Z wrodzoną bezczelnością śmiertelnie poważnie odbieramy należne nam skinienia na-wszelki-wypadek. Nie pamiętam, kiedy szelmowskie pięciolatki w nas miały takie używanie.

Elektryczne światło odbite w złoceniach kolumn nabiera przyjemnego odcienia. Panie premierze. Panie senatorze.

Ściągam łopatki, sukienka ładnie spływa mi z ramienia. Jestem u siebie.

 

Ściągam łopatki. Wiem, że leżąca przede mną sosna jest sucha jak pieprz, ale jednak to kawal drzewa. Oceniam dźwignię, podciągam lekko. Przymierzam. Kopię mocno i w punkt; pień łamie się z cudownym, właściwym, cichym trzaskiem: dokładnie tam, gdzie chcę. Pierwszy wpieprza trzecią kiełbasę, przez ogień widzę jego nos umazany w keczupie.

***

I jak?

– W porządku. Musiałem ich trochę utrzymać, bo w pewnym momencie zaczynali się rozłazić w szwach, no, wiesz, jak zwykle, blaza, bla bla bla, ale potem fajnie wyszło. Ciekawi ludzie całkiem, XXX szczególnie, aż się zdziwiłem, powiem ci.

Jest bardzo zmęczony, wrócił po intensywnych 15 godzinach, ale jeszcze nakręca go energia wieczoru. Nastawia zmywarkę, ja prasuję. Gadamy.

Druga popłakuje, posikała się. Wyciąganie z łóżeczka, dramaty, rozespania. Siedzi na toalecie; wynurza się na sekundę, żeby zanurkować z jego do moich ramion – on musi iść, bo tylko on wie, gdzie są odpowiednie suche majteczki. W paski. Z kokardką.

XXX jest na krótkiej liście kandydatów do Nobla.

***

Wracam z kolacji z Ważnym Gościem zza Oceanu, pelna żurku, kaczki i malin. Uśmiecham się na wspomnienie zaciekawionego obrzydzenia, z jakim sprawdzał widelcem konsystencję kluski śląskiej.

Pies skacze na mnie w drzwiach, niemal przewraca suszarkę na pranie. Brzegiem świadomości zauważam, że tyłek prawie mu zarósł, że nie da się już dojrzeć dziur po szwach. Mimowolnie głaskam go z czułością większą niż mu się należy za głośne szczekanie pod drzwiami śpiących Posapków.

 

Zastanawiam się czasem, jak to jest, że to wszystko nas nie upija, choć ostatnio naprawdę byłoby się czym zachłysnąć, szczególnie, że tak daleko nam do letniości przecież. Jak to jest, że z taką łatwością wracam po tygodniu w średniowiecznej Hiszpanii, skąd wcale donikąd specjalnie nie tęskniłam, do tych moich 50 metrów żelbetonowej ściany z widokiem na Pcim?

Ale wiecie, ja mam Dom. Mieszkam w Domu.

TSM

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Ziemia.

  1. Szelmowskie pięciolatki, ładniutkie 😉
    To dobrze, że szelmowskie pięciolatki żyją i wiedzą gdzie ich miejsce. Uziemienie to też dobra spraweczka, byle nie odjechać za bardzo w żadną ze stron. Równowaga w Kosmosie musi być zachowana, czasem wystarczy figlarny błysk w oku i już żadna mina nie jest śmiertelna 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s