TST + TSM = krzesło

Jest sezon weselny. W moich ukochanych chłodnych porankach sierpnia czuć już nadejście jesieni, ale przecież nic a nic nie ujmuje im to z letniości. Grzesiakowa pisze ładnie, płynnie i bez zwachy, tak jak się pisać powinno o rzeczach ważnych i prostych. Niemal dokładnie w naszą rocznicę nasi najbliżsi idą za rękę bardzo zielonym kobiercem z nomen omen Przyjaciółmi w tle; ja płaczę, za siebie, za nich.

Gdyby mi kiedyś w samobójczym zrywie przyszła ochota udzielać porad matrymonialnych, z piedestału własnego doświadczenia musiałabym oznajmić, że pitu pitu dzieci, zainteresowania, cele, chęci, wspólna wybrukowana miłością przeszłość – ślub należy brać z kimś, kto jest w stanie powiedzieć ci skrojony na miarę Komplement.

Wcześniej też wprawdzie były momenty. No bo jak wyjaśnić na przykład, że – choć nic tego nie zapowiadało, żaden fragment rozmowy, żaden ambient wieczoru – wiedziałam dokładnie, po co nagle wysiadamy z tego autobusu w połowie drogi, pośrodku niczego, z perspektywą godzinnego nocnego spaceru w jedną stronę. Skąd niby ta pewność, od czubków boleśnie żółtych butów po czubek obciętej na jeża głowy, że teraz ktoś mi się oświadczy, bo to właśnie, w tym śniegu, w tym syfie, w tych tiulach, jest moment na oświadczyny? Dlaczego już wtedy, na tym asfaltowym zimnie – mimo tego, że byliśmy tak absurdalnie szczeniaccy, że od razu wiedzieliśmy, że nie powiemy rodzicom, bo nikt nie potraktuje nas poważnie, a i Przyjaciołom powiedzieliśmy z duszą na ramieniu trochę, po długich przygotowaniach, żeby znieść łagodnie ich łaskawe niedowierzanie – po prostu czułam, że to ma sens? Pół roku później dostałam pierścionek zaręczynowy z zegarkiem; po pięciu latach – w tym samym miejscu, w którym w zeszłą sobotę otwieraliśmy ramiona do Walking on the broken glass – wspominaliśmy z rozrzewnieniem potęgowanym zimną wódką gorącą przemowę Pani z Łańcuchem; następne sześć, aż do teraz, też nie w kij dmuchał.

Ale jednak co Komplement, to Komplement.

Ty, a ja kim dla ciebie jestem? – zagaduję kiedyś z przekąsem po czyjejś opowieści o czyjejś opowieści o targającym serce wyznaniu miłości. Niespodzianie TST zamyśla się na dłużej, zupełnie jakby rzeczywiście chciał mi szczerze odpowiedzieć na to pichackie pytanie.

Nie wiem w sumie. Nie jesteś nikim właściwie, bo ja już w ogóle nie myślę o tobie jako o drugim człowieku. W sensie ja do ciebie podchodzę trochę tak, no wiesz, jak do kanapy, do mebla no.

W pierwszym odruchu zapowietrzam się z leksza, nawet mimo wyrabianej latami odporności na jego specyficzny urok. A potem przychodzi zrozumienie.

Problemy z cyklu a-co-powie-mój-mąż nigdy mnie nie dotyczyły. Nie dlatego, że nie obchodzi mnie, co mówi – obchodzi mnie bardzo, to w końcu mądry człowiek jest, najostrzej inteligentny, jakiego znam. Nie przyszłoby mi do głowy, że powinnam do niego dostosowywać swoje zachowanie, tak jak jemu by nie przyszło, że powinien tego oczekiwać. Nie zabieramy sobie tlenu, nie tylko zresztą dlatego, że nie dręczy nas taka potrzeba – kiedy jedno zaczyna czuć się z jakiegoś powodu przyduszane, po prostu natychmiast bardzo gwałtownie daje o tym znać. To odruch, nieprzeparty instynkt, układ samozachowawczy pieczołowicie pielęgnowanej miłości własnej.

Nie przeszkadzamy sobie w życiu. Nie musimy uważać na słowa. Nie wstrzymujemy oddechów, nie stajemy na palcach. Nie czytamy maili, nie sprawdzamy komórek. Płodzimy dzieci, dzielimy smutki i mnożymy przyjemności, projektujemy łóżka i planujemy przyszłość, ale wszystko to bez jakiegoś specjalnego zadęcia. Choć, kiedy trzeba, w ciągu sekundy stajemy się nieprzezroczyści, przez większość czasu rzeczywiście traktujemy się – może i wstyd przyznać – jak powietrze.

Spróbuj żyć bez powietrza.

TSM

Advertisements

4 uwagi do wpisu “TST + TSM = krzesło

  1. Powietrze nie przydusza, bez powietrza nie można żyć 🙂
    Mnie czasem dusi nie-bycie powietrzem, a może bycie… życiem? Jakbym była stworzona do bycia różnorodną chwilówką i potrzebowała być od czasu do czasu każdą z nich, ale teraz najbardziej… nieżyciem.
    Przechodniem? Takim co lojalnie wraca do bazy, nigdy naprawdę nie opuszcza, ale jednak. Tort jest duży, starczy dla każdego, czemu do licha…
    To wina totalności

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s