O kolażach.

No więc jadę tym autobusem. Jest dziewiąta rano może, może jeszcze nie ma. Wchodzą. Idą w moją stronę. Nie wierzę; mimowolnie drugim spojrzeniem upewniam się, że NAPRAWDĘ łączy ich coś więcej niż czasoprzestrzeń siemianowickiego przystanku.

Zbliżają się spokojnie, w zwolnionym tempie, rozbujanym krokiem doświadczonych bosmanów komunikacji miejskiej. Siedzę na końcu, pośrodku na samej górze – na siedzeniu, które zajmuję tylko wtedy, gdy wstanę wyjątkowo dobrze, gdy pewnie trzymam w ręku wodze dnia. Bezczelnie wybijają mnie z rytmu, jestem skonfundowana, jestem zaciekawiona.

On ma twarz w kolorze, który dobrze wygląda tylko na bardzo drogich meblach. Jego skórą można by obijać ręcznie rzeźbione krzesła: taka jest błyszcząca, gruba, sztywna, choć rysy zmiękcza mu już trzymane w ręku tyskie. Płynie w granatowym ortalionie, wyprostowany jak struna, żylasty, bez wieku. Z daleka widzę, że cuchnie.

Ona ma włosy spięte w kucyk i dopasowane dżinsy. Idzie lekko, rześko, sprężyście, strasznie przyjemnie porannie. Gdzieś pracuje. Kimś zarządza. Nigdy nie będzie filmową menedżerką ze słuchawką za uchem zarabiającą kokosy, ale doceniają ją w tym, co robi. Jest jedną z kobiet, na widok których wstydliwie chowam za plecak odrosty na hybrydach

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że osądzam. Że przecież każdy może mieć gorszy dzień, a ja tak zaraz z opinią, ze zdaniem. Napisałam wtedy, że

ja sobie zawsze obserwowanych ludzi gdzieś w sobie umieszczam, jakoś klasyfikuję. To trochę jakbym szkicowała – mam te kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt pojedynczych kresek, które, częściowo na siebie zachodząc, dają mi jakiś obraz rzeczywistości. Można to nazwać ocenianiem, można nie: dla obserwowanych kompletnie nie ma to znaczenia, bo moje notatki prawie nigdy nie wychodzą poza mnie.

Nie mam wyrzutów sumienia specjalnie, bo w ten sposób najefektywniej się uczę, jednocześnie nikogo nie krzywdząc. Jeśli wiem, jak zabawnie wygląda sfoszony, wydymający wargi prezes banku – a wygląda nader zabawnie – szybciej sama sobie ściągam wodze, kiedy zapędzę się za daleko w absurdy. Czy go w ten sposób oceniam? Raczej robię mu zdjęcie.

Czasem Wam później te zdjęcia pokazuję.

Ci dwoje są straszliwie charakterystyczni, typowi, nie wychodzą za linię. Mogę wokół każdego z nich opleść mnóstwo historii, z tych takich co zawsze – i wiem, że przypisałabym im właściwe, jestem dobra w te klocki, serio. Każdemu z nich z osobna.

Problem leży w tym, że jadą całkowicie razem.

Ona mu mówi, że świetnie wygląda, a mógłby jeszcze lepiej. Że widać, że wreszcie znalazł jakąś przystań, coś swojego. On jej, żeby powiedziała pani Andzi, że dziś nie zapłaci za spanie, bo nie był na robocie, ale w niedzielę zapłaci. Ona, że wie, pamięta. Chwilę zastanawiają się, czy wysiąść ze mną, czy jednak jechać do końca. Wysiadają. Mijają mnie chmurą słodkich perfum i moczu wymieszanego z przetrawioną wódką. On wyrzuca pustą butelkę. Ona z eleganckiej torby podaje mu pełną.

Żeby się zmieścili na jednym obrazku, potrzebny byłby dramat, gruby pędzel. Że oto litościwa córka i upadły ojciec. Natchniona wolontariuszka z mopsu i podopieczny na dobrej (?) drodze. Złożeni na ołtarzu lepszego jutra, nawzajem się ubogacający.

Boże, jak oni by się z tego śmiali.

 

Jestem z tych, którzy co poniedziałek chcieliby narysować siebie zupełnie na nowo. Nie tak trochę: całkiem, z rozmachem. Od pierwszego żyć zdrowiej, chudnąć, karmić dzieci bez cukru, przygotowywać zajęcia tydzień przed czasem. Wieszam sobie na lodówce piękne tabelki, żebym mogła z dumą odhaczać, jak to godzinę dziennie poświęciłam na doktorat, godzinę na tłumaczenie, a godzinę na literaturę algierską. Oglądam kolekcję fit lidla i boleję nad tym, że nie mam żadnej koszulki, która kolorystycznie pasowałaby mi do butów.

Nigdy nie wpadłabym na to, że właśnie ich potrzebowałam: tej łagodnej swobody z jaką każde z nich pozostawało na swoim miejscu. Dzięki nim przestałam się łudzić, że kiedyś mi się uda. Nie uda mi się. Bo jestem leniwa, bo nie do końca wiem, co konkretnie chciałabym wygumować, wreszcie: bo lubię ten poplątany palimpsest, z którego przy odrobinie dobrej woli można mnie wyczytać, a nie za bardzo jest w nim miejsce na bioekofitkażdegotygodniabrandnewme. Bo wcale nie trzeba.

Ostatnio dużo robię. Nie siedzę na fejsie. Gotuję obiady. Prawie codziennie biegam, choć nie znoszę, pływam, choć nic nie widzę, wyciągnęłam rower. Piekę domową granolę, którą później zjadam na fancy warstwowe śniadanie z jogurtem bardzo naturalnym i dżemem Wielkiej Matki. Pocę się, żeby z jednego kawałka schabu wykroić kotlety, żurawinowe roladki do chleba i jeszcze trochę mielonego. Kiszę buraki na barszcz. Oddaję nikomu niepotrzebne sylabusy na czas. Dostaję medale. Naskrobałam nieco doktoratu. Pranie prasuję, jak wyschnie. W środę posadzę na balkonie poziomki.

Absolutnie nic z tego do mnie nie pasuje. Pasuje do mnie z tego absolutnie wszystko.

Czuję się trochę, jakbym była Pierwszym: siedzę nad wydrukiem siebie, otoczona naklejkami, watkami i papierem kolorowym, wystawiam końcówkę języka, tu wytnę, tam wytargam, przykleję na chama brokatowym klejem i czarną taśmą izolacyjną. I co? I pięknie będzie. Nic się nie musi zgadzać. O, proszę:

Piję na balkonie prosecco z syropem bazyliowym.

Brzmi, nie? I smakuje.

Balkon jest w tebeesie, pęczek bazylii kosztuje trzypięćdziesiąt (cytryna i cukier były na stanie), a niczego sobie wytrawne bąbelki sprzedają w promocji w biedrze. Jestem w dresie, pan naprzeciwko drapie się z namysłem po gołym brzuchu.

Tylko od Was zależy, jak połączycie obrazki.

TSM

*zdjęcie: http://pixers.pl/blog/3834/kolaz-kosobudzkiej

Advertisements

6 uwag do wpisu “O kolażach.

  1. „Naskrobałam nieco doktoratu.”
    Gratuluję. Ale powiem Ci, że z perspektywy czasu, to że nie dostałęm sie na doktorat uważam za jeden z najszczęśliwszych przypadków w moim życiu 🙂

  2. tak, tak, a jednak nie. obraz siebie będzie się tworzyć wciąż na nowo. teraz tak to widzisz, później wpadniesz w marazm i obrazki ułoży za ciebie ktoś inny. ale tak, tak można i trzeba z tym, że słowa nie zbudują rzeczywistości, one kreują nową jakość lub bylejakość, zależnie od autorstwa

    • Jasne.
      Przy czym nie chodzi o sprawczość – raczej o odkrycie (szalony Kolumb, ja wiem), wdrożenie takie oczywistej prawdy, że nie musi być do końca. Bo ja mam zawsze piekne skończone wizje dopięte na ostatni guzik, z których nic nie wychodzi, bo są zbyt szeroko zakrojone, a ja nie jestem robotem. Zaczęłam ni z tego ni z owego robić ich pół. Nic się nie zgrywa, ale mam o pół więcej 😉

  3. Pisze się „kolarze”. Oni mają najkolorowsze koszulki i bardzo fit 🙂 A gdzieś czytałem o takim jednym, że sobie sprawność wyrabiał, bo jak wymyślił historyjkę, to leciał do obiektu i się pytał, czy dobrze wymyślił. To jakieś wywiadowczo-kontrwywiadowcze ćwiczenie z profilowania. Tylko wysokie kompetencje społeczne trza mieć i wzrost wysoki, albowiem wyobrażam sobie, że nie trafiwszy fabułą można takoż w papę zarobić 😛 Rób, rób, TSM, dobre i pół! Zrealizowanej wizji w sensie. Ty, oni w tym autobusie to powinni Ci założyć honorowy kącik pracy twórczej. I reklamę bloga powiesić 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s