Tupnij nóżką i fufnij.

Tramwaj.

Pi razy oko czterdziestoletnia Marzena w pełnym rynsztunku (trzewiczki na kaczuszce, watowany płaszczyk, czapka z zalotną cyrkonią) podróżuje ze swoją pociechą lat z pięć, ubraną pod kolor. Siedzą sobie statecznie na krzesełkach jedna za drugą, omawiają przedszkolne nowości, poprawiają szaliczki, no serce roście, macierzyństwo prosto z okładki Pani Domu. Wsiada Staruszka.

Kochanie, słoneczko, dziubeczku, ptysiu-misiu, zejdź pani.

Ptyś-miś wrasta w plastikowe wytłoczenia fotela.

KOCHANIE, zejdź Pani  n a t y c h m i a s t! – Marzena się zapowietrza w tak charakterystyczny sposób, że od razu widzę na horyzoncie Marzenkę, już ją namierzam, już nie mogę powstrzymać paskudnego uśmiechu, nie daję rady.

Nie!

Następuje nieuchronna eskalacja pisku, mała ryczy na swoim miejscu, Marzenka (już Marzenka, już w pełnej krasie) uderza nerwowo w wytartą podłogę i podpiera się łokciami pod boki (naprawdę!), jest wzburzona, jest dotknięta, jest  o b r a ż o n a. W końcu obie, naburmuszone, odwracają się do okna z zadartymi noskami. Staruszka jak stała, tak stoi.

I nie dostaniesz cukierka!

Och! Jakie piękne! Gdybym była tylko odrobinę bardziej bezczelna, zaczęłabym bić brawo.

Co poradzę, że niezmiernie mnie to bawi?

Bywa, że zmieniają się dekoracje: nie tramwaj a centrum handlowe, nie Marzenka tylko lekko łysiejący Pawełek w modnych pomarańczowych gaciach albo w ogóle niemodny Mareczek, dziecko dwa lata starsze lub dwa lata młodsze. Niezmiennie jednak w kulminacyjnym momencie mam ochotę wziąć liniał, huknąć, porozstawiać ich po kątach i odesłać z uwagą w dzienniczku do domów. Wszystkich.

Za każdym razem zaskakuje mnie to tak samo: ci ludzie są na te dzieciaki autentycznie źli. Oni się boczą zupełnie na serio, oni by tego trzylatka najchętniej puścili drugą stroną ulicy, bo tak ich uraził, ale nie wypada, więc lezą, nabzdyczeni, z rękami w kieszeniach, prychając jak niedorobione surykatki, cali okrągli z pogniewania. Oglądani z boku są przekomiczni, zawsze i w każdej konfiguracji.

I’ve been there, done that. Zaćmiło mnie raz, naczytałam się, mądrzejsi pisali, co ja tam się znam. Pierwszy wylał wodę o jeden raz za dużo, mnie trafił szlag, zupełnie na wierzchu był, wczuwać się w siebie nie musiałam za mocno, żeby to wiedzieć. Zaczęłam więc, na środku całe szczęście pustego pokoju, wyrzucać mu, że ja tu się tak tego staram, że co on sobie, że w ogóle niemalże FOCH. Spojrzał na mnie zdziwiony. Spojrzałam na siebie zdziwiona. Roześmiałam się w głos. Przecież to jest dwulatek, kretynko. Nad wiek poważny i dojrzały, ale i tak będzie potrzebował jeszcze z dziesięciu lat najmniej, żeby dorosnąć do twojej złości. Bycie złym na młode nie ma najmniejszego sensu, jest do granic absurdalne, bo najzwyczajniej w świecie nie funkcjonujemy na tych samych płaszczyznach. Owszem, irytują mnie czasem potwornie, drę się po nich pewnie nawet zbyt często, bywam rozsierdzona do zaciśniętych pięści – ale tak, jak jestem wściekła na deszcz, że trzeci dzień leje, na psa, że się ubłocony ryje na łóżko albo na autobus, że mi uciekł sprzed nosa. Żadna z tych rzeczy nie jest w stanie mnie dotknąć. Nie powinna być.

Od czasu do czasu zdarza się, że ktoś mi sugeruje, że moje niespecjalnie partnerskie podejście do dzieci jest lekceważące, że ich nie szanuję. Otóż, słoneczka moje najsłodsze, zdradzę Wam teraz tajemnicę. Dąsanie się na dzieci nie dodaje im powagi, splendoru ani punktów doświadczenia. Dąsanie się na dzieci jest głupie.

Rzekłam;>

TSM

*zdjęcie: dzieci.pl

Reklamy

10 uwag do wpisu “Tupnij nóżką i fufnij.

  1. To ja się przyznam, że czasem dochodzi do takiego stanu, że na swoją prawie czterolatkę też bywam zwyczajnie zła. Można by to też nazwać fochem, bo mam ochotę powiedzieć „A rób co chcesz!” i wyjść z pokoju, sklepu, czy gdzie tam jesteśmy. Nie trwa to oczywiście jakoś super długo, bo dochodzę do tego samego wniosku co ty, czyli przecież to dziecko i wracam do bardziej racjonalnego trybu postępowania. Przy czym ja już jakoś daleka jestem od oceniania innych zachowań rodziców wobec dzieci jeśli tylko nie niosą za sobą przemocy. Każdy z nas jest człowiekiem, ma gorsze dni itd.

    • Widzisz, ja sobie zawsze obserwowanych ludzi gdzieś w sobie umieszczam, jakoś klasyfikuję. To trochę jakbym szkicowała – mam te kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt pojedynczych kresek, które, częściowo na siebie zachodząc, dają mi jakiś obraz rzeczywistości. Można to nazwać ocenianiem, można nie: dla obserwowanych kompletnie nie ma to znaczenia, bo moje notatki prawie nigdy nie wychodzą poza mnie.
      Nie mam wyrzutów sumienia specjalnie, bo w ten sposób najszybciej się uczę, jednocześnie nikogo nie krzywdząc. Jeśli wiem, jak zabawnie wygląda sfoszony, wydymający wargi prezes banku – a wygląda nader zabawnie – szybciej sama sobie ściągam wodze, kiedy zapędzę się za daleko w absurdy. Czy go w ten sposób oceniam? Raczej robię mu zdjęcie.
      Czasem Wam później te zdjęcia pokazuję.

  2. Bardzo dobrze napisałaś. Dzieci często nie rozumieją naszej złości na nich i reagują również złością. Robiłam podobnie ale potem zrozumiałam, że faktycznie dąsanie na dzieci jest bez sensu. Często zbrojenie czegoś było powodem do krzyku i kłótni. Teraz już wiem, że to głupie. Moje dzieci też są mądrzejsze bo wiedzą, że jak coś zbroją to mama im wytłumaczy i najwyżej da małą karę. Ale nie ma krzyku a to najważniejsze. I zauważyłam, że taki sposób powoduje iż moje dzieci są o wiele bardziej mądrzejsze.

  3. Ja też jakoś tak bardziej filtruję emocje dzieci przez zdrowy (albo przynajmniej własny) rozsądek. Ale znam ludzi, którzy dogłębnie i na poważnie przeżywają dziecięce „Nie kocham cię”, albo nie widza, że obrażając się na dziecko za jakieś niefortunne sformułowanie robią mu większą przykrość, niż ono im. Ale u mnie to wynika z doświadczenia, moja własna rodzicielka jest królową focha i wiem, że ja własnym dzieciom nic takiego fundować nie będę.

  4. Majac 14 lat przeczytalam ksiazke o wychowaniu dzieci. Bardzo mnie to interesowalo , bo nie zawsze podobalo mi sie jak moi rodzice postepowali. To co mi utkwilo najbardziej / zawsze staralam sie to robic przy moich Dzieciach/ ze Dzieci wychowuje sie w domu , a nie na ulicy , w sklepie czy w autobusie itd. Moje Dzieci zachwywali sie zawsze poprawnie i nie musialam im møwic co maja robic. Bylam i jestem z nich dumna. Bylam dosyc wymagajaca matka. Bylo mi bardzo milo gdy moje dzieci bylo chwalone ze sa tak dobrze wychowane.Dodam ze wychowywalam moje Dzieci sama.

    • Teria brzmo niezle, ale co zrobic, jak dziecko broi na ulicy?
      Przeciez zanim dojdziecie do domu, to dzieciak nawet ne bedzie pamietal za co go opieprzasz…

  5. No i tu mnie masz. Ja się właśnie obraziłam, że ona znowu jeść nie chce. Szkoda że lusterka nie miałam, bo faktycznie mogło to wyglądać dość komicznie. I ten dialog:
    – dziecko! (Zawsze mowie dziecko do niej jak zła jestem) przecież to dobre. Dlaczego ty jeść nie chcesz. Wykonczysz mnie.
    -bu
    – no bu. Bu..nie am cierpliwości do ciebie. Chcesz wykończyć matkę?
    – uśmiech. Ten jeden z najszerszych
    – zwariuje…

    Kurtyną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s