Odruchy.

Z bólem serca muszę przyznać, że w bohaterowanie jestem strasznie słaba. Ratowanie pijanych i staruszek jeszcze jakoś mi idzie, bo dzieją się wolno – ale ogólnie mam potworne opóźnienie w fazie. Nigdy nie zdążę. Zanim sygnał dojdzie tam, gdzie powinien, jestem dwie przecznice, czterysta myśli, piętnastu ludzi dalej. Jak świat światem, kalkulowanie w byciu supermanem nie pomaga.

Zastanawiam się, czy żeby odpowiednio reagować, trzeba coś mieć, czy raczej czegoś nie mieć. Taki TST na przykład. Jedziemy, ciemno, dwójka półśpiących dzieci na pokładzie, gawędzimy o dupie Maryni. W następnej sekundzie orientuję się, że zmierzamy pod prąd w zupełnie abstrakcyjnym kierunku, po pięciu kolejnych parkujemy w poprzek trawnika, a mój rodzony mąż wybiega z samochodu trzaskając drzwiami. Pomijam fakt, że nie umiem prowadzić, nie mam odpowiednich narzędzi, nie jestem wystarczająco silna – ja tej kobiety, pchającej Opla na środku drogi szybkiego ruchu, po prostu nie zauważyłam. Tego synka, co na dyskotece spadł ze schodów dziesięć metrów ode mnie, też nie.

Ale już jak tuż przed nosem zderzyły mi się z błyskiem i piskiem i wszystkim dwie osobówki, to mogłam przecież sprawdzić, czy poza kręcącymi się wokół własnej osi i o własnych siłach kierowcami, był w kompletnie rozbitych autach ktoś jeszcze. Czy nie jechało z nimi dziecko. Mogłam zadzwonić po karetkę, kiedy dzwonili po policję, bo przecież mogli być w szoku, ludzie w szoku mówią czasem całkiem składnie.

Albo kiedy tamta durna franca tyrpnęła mnie z oburzeniem, że ja tu chichoczę, a tam facet umiera, i nie ustąpi, i łojezujezu ta dzisiejsza młodzież. Idiotka, jakby nie mogła mnie kopnąć wcześniej – widziała, że czytam ze słuchawkami na uszach, do książki się śmiałam, nie było szans, żebym się zorientowała, że dwa krzesła dalej autentycznie bladozielony koleś słania się w przejściu. Wstałam oczywiście, pomogłam mu usiąść, zapytałam, czy sobie poradzi. Po czym wysiadłam, był mój przystanek. Minutę później dotarło do mnie, że powinnam była pojechać z nim.

Do Warszawy we wtorek też powinnam była pojechać.

Mam wprawdzie te babuleńki, co mi i tak będą wdzięczne, że im pomogę z zakupami, nawet jeśli poniosę je o te sto metrów mojego rozlezienia krócej, bo się przecież, kretynka, muszę zza węgła wrócić. Mam tych żuli, co im butelki wypadnięte podaję i z błota podnoszę, bo mi głupio, żeby się człowieki tak kulały jak żuczki na plecach. Nie ma do nich kolejek, nie mają mi za złe zwłoki. Za dobre pewnie też nie. Ale to nie to samo.

Na swoje usprawiedliwienie (i pocieszenie) powiem, że wracam. Po nico najczęściej, ale jednak. Kiedy przemielę, kiedy sama siebie obsobaczę, kiedy mnie opadnie, któryś w końcu krok stawiam we właściwym kierunku. Zwykle wszystko ważne jest już ogarnięte, ale pomagam rozłożyć ostatni trójkąt, poprawiam koc, kombinuję kawę. Nie gaszę pożarów, ale jestem dobra w porządkowaniu zgliszcz.

I cały czas nie tracę nadziei, że kiedyś w odpowiednim momencie to ja po prostu wstanę i najnaturalniejszym na świecie, skupionym tonem powiem: ktoś upadł.

TSM

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Odruchy.

  1. O matko, a ja myślałam że jestem wyjątkowo upośledzona pod tym względem… Też to mam, cierpię przez to katusze ale zupełnie nie umiem sobie tego odwrócić. Zawsze reaguję za późno, robię sobie wyrzuty, wracam chociaż tam już nikt nie czeka. I kolejnym razem robię dokładnie to samo.

  2. Ludziska się dzielą na takich, co są szybkie w ruchach, albo szybkie w mowie, albo tu i tu (pierdzielone wzorce metra), albo wcale. Ja bym typował, TSM, że odszczeknąć się umiesz, a jakże, to dla równowagi w przyrodzie – ja zawsze dojrzę bezradną kobitę przy rozkraczonym seicento, za to celna riposta idzie do mnie jakiś wiek i zawsze ją sprzedaję mieszaninie tlenu z azotem wokół mnie, bo interlokutor już dawno jest na Wyspach Hula-Gula. C’est la vie 🙂
    Wpis, jak zwykle, ładniutki. Jak zwykle do pomyślenia.

  3. no to witam w klubie 🙂
    Ja to nie dość, że z opóźnieniem zauważam sytuację (- o ile w ogóle zauważę), to jeszcze nie potrafię się narzucić z pomocą.
    (Także w rodzinie, zanim skojarzę, że żona ma więcej toreb z zakupami, albo cięższe, to jesteśmy w połowie drogi z parkingu. A ona też nie powie, że chce pomocy, nie poczeka aż skutecznie pierdolnę drzwiami od samochodu, tylko pędzi do domu…)
    Pamiętam jak kiedyś przewróciła się dziewczyna z jakimś porażeniem czy czymś takim. Zauważyłem to chyba tylko dlatego, że chwilę wcześniej spojrzałem, że dziwnie chodzi. No to na parę sekund po prostu stanąłem i nie mogłem się ruszyć – sparaliżował mnie konflikt decyzyjny. Iść dalej, bo się spieszę do sądu, czy ruszyć na pomoc i czy ona w ogóle potrzebuje tej pomocy. W końcu zdecydowałem się podejść, ale jeszcze siłą rozpędu zrobiłem dwa kroki w stronę sądu, zanim skierowałem się w jej stronę. No i pytam:
    – Pomóc ci?
    – Głupie pytanie…

    No ale skąd miałem wiedzieć, czy ona nie będzie chciała wstać o własnych siłach, żeby np. udowodnić sobie, że może sobie poradzić?

    I tak mam ciągle. Ogólnie rodzina to wie, że ja pomagam chętnie (zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc w sprawach w których się orientuję, jak grzebanie w komputerze), ale trzeba mnie o pomoc poprosić.

    Wyjątkiem jest sytuacja, gdy widzę, że ktoś ma problem z samochodem, bo przeszedlem ich tyle, że jak widzę kogoś z podniesioną maską, to jakoś to zauważam i sam podchodzę i pytam. Zwłaszcza zimą, jak ludzie mają problem z odpaleniem wozu 🙂

    I dlatego ważne jest np. przećwiczenie udzielania pierwszej pomocy, a nie tylko suche opowiedzenie na szkoleniach np. bhp czy prawa jazdy ile uciśnięć ile wdechów i jak odróżnić krwawienie z tętnicy od krwawienia z żyły. Bo przećwiczenie rozwiązania ułatwia dostrzeżenie problemu i przyspieszają decyzje 🙂

    @Agata – ja też myślałem, że jestem jedyny taki niedorobiony. Miło wiedzieć (no w pewnym sensie;) ) że są też inni tacy jak ja 🙂

    @LP to ja jestem z tych co wcale. W dyskusji też po fakcie przychodzą mi do głowy najlepsze riposty. Dlatego tak lubię internet, bo dyskusje na forach trwają nawet kilka dni, więc jest czas 🙂

    ps. jak ostatnio czytałem „Bazar złych snów” Kinga, to mocno mnie trafiło opowiadanie „Ten autobus to inny świat”. Jeśli idzie o podejmowanie decyzji przez bohatera i czas potrzebny na ich podjęcie to jakbym siebie widział 😦

  4. Mój życiowy z jednej strony słyszy niesłyszalne i zbiega sprawdzić czy matka się nie potknęła i nie leży plackiem, a z drugiej strony nie widzi tego co stoi obok i reaguje dopiero jak mu gwizdnę…Ale jest w tym pewna wdzięczność, nie sposób zachować nadczujności kiedy już *400 myśli do przodu i 15 ludzi dalej* i chociaż pamięć, spostrzegawczość i zaradność ma nadludzką, to zdarza mu się tych bardziej codziennych zajść nie dostrzegać, nawet gdy stoi naprzeciwko.
    Grunt, że pojawia się tam, gdzie dzieje się naprawdę poważnie i on jako jedyny wie wówczas wszystko najlepiej 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s