O przesączaniu.

Zajęcia z tłumaczenia użytkowego. Męczą się ze stroną z glamur czy innego instajla z wygodnie podzielonym na dziesięć przepisem jak być piękną-na-wiosnę łamane na nie-dać-się-zimie. Już gdzieś przy punkcie trzecim zrozumieli, co miałam na myśli, mówiąc, że jest to specyficzna odmiana języka prawniczego, że takie teksty nie wybaczają najdrobniejszego zejścia z utartej ścieżki: za słowem jak byk oznaczającym pryszcza może kryć się co najwyżej mikroskopijna niedoskonałość; chociaż ci wychodzi plama, wpisz przebarwienia; choć w każdym innym kontekście tłuszcz byłby tłuszczem, tutaj musisz wpaść na sebum i koniec. Nikt nigdy nie kupiłby za takie miliony monet specyfiku na pospolity trądzik na czerwonym (delikatna skóra skłonna do podrażnień), przetłuszczonym ryju.

Nagle uczciwe dzierganie – przerywane heheszkami z wszechniewiedzy obecnych na sali mężczyzn, który w ewolucji kosmetycznej zatrzymali się na kremie, w najlepszym wypadku kremie na dzień – zmienia się w poważną dyskusję o wolności i estetyce języka. Oto bowiem rewelacje dotyczące nadzwyczajnego wpływu sonicznej szczoteczki do oczyszczania twarzy na fazy księżyca podpiera swoim autorytetem jakaś śliczna kobieta ze stocka, podpisana poważnie brzmiącym indyjskim nazwiskiem i swojskim imieniem Anna. W zależności od wersji dermatolog. Pani dematolog. Dermatolożka.

– Taaaa, dermatolożka!… Wymysły! Jak ta, architektka… Przecież tego się wymówić nie da. Premierka… Nie, czekajcie, to premiera było przecież, ministra! Absurdalne. To się nie powinno tak robić – to jest hiperpoprawność – polityczna chyba – no polityczna, a jaka – ale jaka hiperpoprawność – jest nauczycielka, to czemu nie – no jasne, to czemu nie marynarka – i w ogóle CZY PANI TO NIE RAZI??!

Razi, a i owszem, jak każda systemowa, odgórnie narzucana operacja na żywej tkance. Do parytetów w polityce mam stosunek ambiwalentny, ale chyba tylko dlatego, że do polityki w ogóle nie mam stosunku specjalnie – wszędzie indziej mnie mierżą. Gdybym była facetem i nie dostałabym grantu, bo weszłaby na moje miejsce jakaś baba z przydziału, trafiłby mnie szlag. Kiedy wysyłam podanie na zgniły zachód, zawsze zastanawiam się, czy już jestem wystarczająco underrepresented minority czy jednak, jak na uniwersytetach w Stanach, szukają czarnej transseksualnej karlicy o kulach. Żydówki.

Oczywiście sarkam po cichu, bo jednak jestem tą wykształconą sybarytką z Europy, której mąż siedzi w domu z dwójką dzieci, żeby ona mogła spełniać się w pracy. W nowiusieńkim gmachu ze stali i szkła, dostosowanym do potrzeb studentów wszelkich ras i gatunków, łaskawym okiem omiatam wszystkie otaczające mnie ciemnogrody. I naraz, za milion pięćdziesiątym którymś takim omiotem, dociera do mnie.

Niepełnosprawny student może dotrzeć samodzielnie w absolutnie każde miejsce w rozległym, czterokodygnacyjnym budynku. Jeśli pokochał bułeczki w barku w przyziemiu, ale woli kawę z tego na pierwszym piętrze, jest w stanie przemieścić się między nimi bez najmniejszego problemu. Dojedzie specjalną, szerszą windą do sekretariatu, szatni, dziekanatu, księgarni i poplotkować z panią z budki z monitoringu w garażu podziemnym. Nawet Sala Rady Wydziału, w zamyśle zawieszona w próżni ponad głowami maluczkich, ma wygodną łączkę, gdyby ktoś na wózku przypadkiem miał wolne popołudnie i chciał pooglądać odbywające się tam pasowania na rycerza.

Ma łączkę, bo musi. Po latach bicia piany i kampanii społecznych jest teraz, dla świętego spokoju, że musi. I architekt projektuje tak, żeby była. Pewnie przy pierwszej płakał, że zaburza. Pewnie przy dziesiątej klął w żywe kamienie, że po co, ilu tych na wózku będzie do tego kibla z podpórką, dwóch? Przy naszej, setnej, po prostu dodał centymetry.

Na początku faktycznie było dwóch, dwie konkretnie, teraz nikt ich nie liczy. Nie żeby jako grupa jakoś specjalnie ubogacali: jedni są upierdliwi, drudzy nijacy, kilku wybitnych. Jak wszędzie. To chyba najlepsze, co mogło się stać: przywykliśmy do siebie. Wszyscy. Na samym początku chłopak na wózku, który zwrócił się do mnie z żądaniem podzielenia mu egzaminu na dwie części, prawie mnie opluł, kiedy powiedziałam, że nie widzę potrzeby, bo na moje, to on jest chory na nogi, a nie na głowę. Dziś nikomu nie wpadłoby do głowy zapytać – wystarczyło pięć lat i ustawą wymagany podjazd.

I teraz uwaga, bo nie tu jest puenta.

Jest JEDNO miejsce, gdzie nijak nie dojedziesz wózkiem – to właśnie dotarło do mnie, kiedy milion pięćdziesiąty szósty raz dumałam nad swoim położeniem w drabinie bytów i zrzekaniem się wolności jednostki na rzecz społecznego dobra. Z trzech stron otaczają je schody, nie ma platformy, zjazdu, głupich rynienek, teleportu, nic.

Oszklona fancy portierka. Klucze do sal.

Możesz się u nas wygodnie uczyć. Możesz dostać dyplom, doktora nawet, a co tam, postępowi jesteśmy, nie będziemy cię ograniczać. Nikomu po prostu nie wpadło do głowy, że mógłbyś chcieć czegoś więcej.

W rozporządzeniu o studentach było.

TSM

Reklamy

3 uwagi do wpisu “O przesączaniu.

  1. Czytam cały tekst z coraz większym niedowierzaniem, bo przecież te opisy wydają się być tak bliskie mojej codzienności. Oczywiście, nie wierzę, że chodzi o mój (od blisko trzech lat) wydział, bo byłby to zbyt dziwny zbieg okoliczności. Nawet zawieszona w próżni Sala Rady Wydziału nie przekonuje mnie całkowicie, bo jak to? Autorka mojego ulubionego bloga może być kimś, kogo może widuję na codzień? Niemożliwe. A jednak. Dopiero ta portiernia, którą mijam, może nie codziennie, (bo przecież zawsze wchodzę jednymi z drzwi bocznych, żeby dotrzeć do sali z numerem, który został wybrany poza wszelką logiką) ale przynajmniej kilka razy w tygodniu, przekonuje mnie, że da się to miejsce opisać tak, żeby miało duszę.
    Komentarzem właściwym niech będzie to, że przecież panie na portierni są bardzo miłe i po klucz do sali może udać się pomocny student, za pozwoleniem tego hipotecznego wykładowcy, który po schodach nie wejdzie.
    I to wcale nie jest tak, że studenci czytają po nocach blogi, zamiast spać, albo uczyć się do zaczynającej się po weekendzie sesji. Gdzie tam.
    Żałuję tylko, że nie miałam takich zajęć 🙂

    • Cóż, tak musiało być, ten mój fejm mnie kiedyś zabije;> Najgorzej, jak autorka mojego ulubionego bloga jest kimś, kogo nie znoszę na co dzień, więc może i lepiej, że tych zajęć nie mamy;>

      P.S.: Numery sal rulez absolutnie ;]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s