Zuzka: prosto.

Wyjmuję ze skrzynki niepodbity, niepodpisany list. Wypada z niego lizak, taki za 10 groszy – socjotechnika dosyć prymitywna, ale widać skuteczna, a w każdym razie szeroko stosowana: przy tegorocznych wyborach skompletowałam breloczek-latarkę, żeton do biedropodobnych koszyków i odblaski sztuk trzy. Przelatuję w głowie wszelkie możliwe nadarzające się lub byłe okazje, ale nie mam pojęcia, do czego mogą zachęcać tym razem. Biorę ulotkę.

No tak, Giełda. To już.

O ile jednorazowymi akcjami pomocowymi wyhaftowany jest niejednorodnie cały kalendarz, sezon na długotrwałe cierpienie zaczyna się w grudniu i trwa do ostatniego PIT-a. Z ukrytych latem legowisk wychodzą pobite psy, schorowani ludzie, nierokujące dzieci. Te ostatnie dzielą się zwykle na te, co ganiały za piłką i mają nadzieję, że znowu będą ganiać, oraz na te, które nigdy nie ganiały, ale nadzieję mają rodzice. Na coś. Na operację, nowy lek, eksperymentalną terapię. Często na cud. Cuda kosztują.

Maluchy są zawsze dzielne i radosne, jak rówieśnicy interesują się samolotami i chcą zostać fryzjerką. Dorośli walczą, nie ustają w wysiłkach, kochają bez granic. Już na pierwszy rzut oka widać, kto ma w znajomych grafika, który ładnie podrasuje tęczówki, lekko powiększy oczka, sfotografuje tak, żeby było widać, ale żeby nie raziło. Kupuje się lizaki i przeprasza za zaśmiecanie skrzynki, zaciąga się zaocznie mikrodługi wdzięczności. Reguły Giełdy są bezlitosne: w kastingu na najbardziej chwytającą za serce drogę krzyżową niemowlaki zawsze będą miały fory przed przykutymi do łóżek kioskarkami w średnim wieku, matki dzieciom wychodzą lepiej niż samotni starcy, choć i ci nie są tak całkiem na końcu kolejki. Odbierająca oddech świadomość, że nie da się pomóc wszystkim, prowadzi często do błędnego wniosku, że gwoli sprawiedliwości dziejowej nie należy pomagać nikomu.

Nie da się pomóc każdemu. Ja chcę pomóc Zuzce.

Nie dlatego, że z godnością znosi postawienie na tym pieprzonym heroicznym piedestale Matek Niepełnosprawnych Dzieci, na którym jakoś nikt z własnej woli stać nie chce, choć taki piękny. Wiecie, jak jest na piedestałach? Nie można się schować, każdy się na ciebie lipi, samotność jest, przeciągi są i pizga. Nie ma jak pogadać. Się milknie się, bo co tu mówić, za to dużo się wzdycha. Świra można dostać. A Zuzka jak na złość póki co nie dostaje, nie mości się w roli, pokazuje środkowy palec. W tytule jej bloga zmieniła „jest o dziewczynce” na dużo bardziej zgodne z prawdą „miało być”. Kiedy to zobaczyłam, pisnęłam z radości.

W wyborze nie kieruje mną też poczucie winy wynikłe z wyciągniecia losu tuż obok, choć przecież mogłoby. Bo wiecie, Pierwszy, odpukać, wyszedł. Te początki, ta Vojta, ta niepewność, ten wózek – znam je autopsji, ale, odpukać, już mnie nie dotyczą, a zapewniam Was, to gorzej niż jakby nigdy nie dotyczyły. Do tego Druga, zdrowa, odpukać, jak koń, niemalże dokładnie w wieku Emilki. I siedź tu na tej kanapie, rozmawiaj, o(d)powiadaj. Zastanawiaj się, jak i kiedy zaprosić do siebie, wyczuwaj, czy już się na tyle zabliźniło, że udźwignie przez łikend widok drącej mordę, latającej w kółko dziewczynki, która mogła być jej. Czy ty znajdziesz słowa, jeśli nie udźwignie, bo przecież ten pęcherz też trzeba będzie prędzej czy później oczyścić, w sumie dlaczego nie przy twoim kuchennym blacie.

Wtedy przychodzi babcia Emilki i razem radzą, że co ona taka cicha i skupiona dziś, w refleksyjnym nastroju taka. Szturchają ją pociesznie, rozczulająco; czekasz tylko na no, powiedz ten wierszyk, przecież tak ładnie zawsze mówiłaś. Jest w nich obu najpierwsza, najczystsza duma, w Emilce zaś najtypowsze dziecięce na tę dumę wyrypanie, a ty rozumiesz, że głupia jesteś i masz wszy, że świat tutaj toczy się dobrze.

Napisałam, że chcę pomóc Zuzce, bo sama Pyśka w zasadzie niczego nie potrzebuje, nie da się o nią troszczyć bardziej, głębiej, szerzej. Jest otoczona wieloludzką poduszką sensownej, zwyczajnej, codziennej miłości, mięciutką, bez przyciężkiego wkładu bohaterstwa i wyrzeczeń. Pomóc – przez Allegro lub bezpośrednio przez  konto Fundacji – trzeba jej Matce i jej Ojcu, żeby nadal mogli mieć tę rzadką odwagę nie wiedzieć, nie chcieć, protestować; żeby mieli odwagę żyć. Nie: żyć pomimo, nie: żyć z piętnem, nie: żyć dla – żeby mieli odwagę wciąż żyć po prostu, pracować, wyjeżdżać, pić piwo. 

Niezwykłość Zuzki, to, co mnie (i innych, tych, którzy zostawiają komentarze pod jej postami, na jej fejsie) do niej przyciąga, nie wynika bowiem wcale z męstwa jakiegoś niebywałego czy wybitnej odporności. Jest nietuzinkowa, bo głośno, być może półświadomie, daje sobie margines. 

Nigdy nie podziękowałam lekarce za te dodatkowe 5 minut, które poświęciła na odzyskanie naszego dziecka.

Tak kończy post o tym, że lekarz ma prawo odstąpić od resuscytacji noworodka po 10 minutach. Kiedy go publikowała, Mała miała grubo ponad rok. Napisałam do niej wtedy, że bardzo się cieszę, że po tym roku jednak jej wychodzi, że chciałaby podziękować. Sam fakt, że mogłam to napisać, to jedno, jej odpowiedź, to drugie:

Nooo. Trochę mi zeszło, nie?

Wcale nie, Misia. Dokładnie tyle, ile trzeba.

TSM

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Zuzka: prosto.

  1. Pingback: Grudzień | Z perspektywy brzucha

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s