Maryśka: prana.

Jeśli pamiętasz – opisz, gdzie i jak mieszkali Twoja babcia i dziadek ze strony mamy. Pamiętasz, jacy byli?

Słyszę ją, jak chucha.

Siedzimy (właściwie dwie stoją, dwie siedzą) w maleńkiej kuchni przy dosuniętym do ściany przedpotopowym drewnianym stole pokrytym ceratą. Stół ma dwie szuflady ledwo chodzące po prowadnicach z listewek, jedną z przyborami do szycia, drugą ze wszystkim (w każdym porządnym domu jest przynajmniej jedna szuflada ze wszystkim, ale nie o tym dzisiaj). Jest potwornie gorąco od pieca, najchętniej siedziałabym w samym staniku, mimo to Wielka Matka jak zawsze ma na głowie półprzezroczystą reklamówkę, uszy przy uszach.

Maryśka chucha; to chuchanie podnosi mi wszystkie włosy na ciele, nie mogę się kompletnie skupić na tym, co mówi moja ciotka skulona pod jej rękami. Wykręcona pod masakrycznie dziwnym kątem nie jestem w stanie dojrzeć jej pomarszczonych ust, ale wiem, że są ściągnięte w ciasny dzióbek. Nie mogę zmienić pozycji, bowiem w szklanej miseczce jest sporo mieszanki, a Wielka Matka, jeszcze nie przewidując majaczących na horyzoncie (i potylicy) niedoborów, nabiera farbę na szczoteczkę do zębów szczodrze i z dezynwolturą. Jeden nieostrożny oddech, kaszlnięcie, nie daj boże czyjś krzyk z pokoju i nie doczyszczę ucha do przyszłego piątku. A nie, sorry, dzisiaj ciemny mahoń – do soboty.

Nasza para obejmuje prowadzenie, przechodzimy na czubek, mogę się chwilowo wyprostować.  Babcia w maksymalnym skupieniu pojedynczymi pociągnięciami stara się połapać wszystkie rzadkie włosy na ciotcynej skroni, wściekle ruda paciaja zaczyna ciemnieć. To właśnie to skupienie sprawia, że zaczyna zupełnie nieświadomie zdobywać eweresty pracy nad oddechem: wdech nosem, wydech ustami, przeciągły, ze zwiniętych w tutkę warg. W jakiś pierwotny sposób nie mogę znieść tego dźwięku.

Żeby przestała choć na chwilę, naciągam ją po raz setny na opowieść o tym, jak to kiedyś nie było takich cudów i przywracała kruczość swojej naturalnej czerni przy pomocy farby drukarskiej pozyskanej ze zmiętych gazet – zanim od niechybnej ołowicy ostatecznie uratował ją (nomen omen) Swarzkopf, razem z koleżankami oddawała się również  przelotnej fascynacji efektywnością pasty Buwi. Pitolimy, przystając na kolejnych obowiązkowych stacjach (Wielka Matka znów kupiła za ciemną farbę, będzie jak taka wrona; ciotka nie domalowała Babci nad uchem, a przecież mówiła; Stary Ojciec ma nie wchodzić, bo matka w siatce przeciwprzeciągowej na głowie jest aseksualna; Dziadek ma mi nie lać wiśniówki; jak mogę nie chcieć herbaty; co to za kolor żeś se wymyśliła, nie wiem, czy ci złapie), aż w końcu wyszczerbiony minutnik daje znać, że te pomalowane mogą iść się umyć i pokazać światu nowe, piękne, bez śladu siwizny.

Opowiedz mi, Babciu jest starannie wydane: duże, albumowe, w twardej, niebłyszczącej oprawie. Świetnie dobrane zdjęcia w środku ilustrują mi dobitnie, jak bardzo jestem stara: za pięć setek z Waryńskim kupowałam herbatniki Bebe w sklepiku szkolnym, za metalową tarę do prania wytachaną ze strychu zarobiłam pierwsze większe pieniądze na skupie złomu, 4 tony węgla na zimę wrzucałam z bratem do kotłowni tymi ręcami. Mimo tego, o ile dla mojej matki frania, klasy łączone i VHS to całkiem żywa rzeczywistość, o tyle dla mnie – już tylko zacierające się wspomnienia z dzieciństwa. Jestem świadoma, że dla Pierwszego i Drugiej będą czystą abstrakcją, niezrozumiałą bez (zgrabnie tutaj podanych) didaskaliów.

Książka, bardzo prosta w zamyśle, ma przeprowadzić starszych przez ich własne wspomnienia, zachęcić do spisania wyimków: z domu, ze szkoły, z pracy, z pierwszego spotkania z miłością życia. Na początku irytowała mnie szczegółowość i jakaś taka infantylność pytań – co zwykle jadłaś, w co się lubiłaś bawić, ile pieniędzy zarabiałaś miesięcznie. Potem zdałam sobie sprawę, że to przepiękne preteksty.

Oczywiście mogłabym o Maryśce powiedzieć, że mi śpiewała za bajtla (śpiewała), że była ciepła (bywała), że robiła na drutach, szydełku, pomidorową i fuki (wszystko prawda). Ale Pierwszy i Druga, jeśli kiedyś zapytają, dowiedzą się innych rzeczy. Że była jedyną znaną mi nie z legend osobą, która smarowała się smalcem, żeby się bardziej zbrązowić. Że z uporem maniaka opalała wnętrze dłoni, unosząc je w geście, którym przedszkolaki jak świat światem pokazują, że świeci słońce. Że szukała absurdalnych sposobności, żeby w niedzielę po kościele przyjść do nas i zostać pochwaloną za nową garsonkę/sukienkę/żakiet/korale pod kolor butów. Że obracała się wtedy pociesznie wokół własnej osi jak mały bączek, jak pięcioletnia księżniczka podszczypując rąbek spódnicy dwoma palcami.

Że tak nieznośnie chuchała, kiedy była maksymalnie skoncentrowana. Całkiem jak ich babcia. Całkiem jak ja będę za dwadzieścia lat, taki los widać.

Ja im to powiem, oni zapomną. Ale jak im zapiszę, to kto wie. Kto wie, ile obrazków, których nie znam, mogłaby zapisać Wielka Matka – dowiem się w przyszłym roku, jeśli pokona lenistwo, może ona sama też się dowie. Bo, choć to straszny banał, to naprawdę dobry prezent.

Nie że na Gwiazdkę. Na zawsze.

TSM

Reklamy

5 uwag do wpisu “Maryśka: prana.

  1. hmm, pomysł ciekawy, ale nie dla mnie. nawet jak coś się kołacze po mógzu, to nie daje się przełożyć na język pisany.
    Ale właśnie zwróciłaś uwagę na coś istotnego – kiedyś świat wolniej się zmieniał, i istniał pomost między doświadczeniami międzypokoleniowymi. Teraz przepaści w doświadczeniach i sposobie myślenia są zauważalne między ludzmi rózniącymi się o 10 lat. I nie mając jeszcze nawet 35 lat czuję się staro…
    A co będzie niedługo?
    mam wrażenie, że obecnie takim pomostem są chyba już tylko stare filmy, bo pokazują jak się żyło bez komputerów, bez komórek…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s