Dziegieć.

Szlak do Biedry. Pierwszy tłumaczy mi coś po raz setny, skutecznie zagłuszany przez Drugą, która z braku innych środków wyrazu inwestuje głównie w decybele. Samochody, utrefione babcie, czapka spadła, gdzie mam portfel, nie, nie bierzemy koszyka, nie, dziękuję.

… moją córkę.

Zatrzymuję się.

To pana córka? – pytam, może głupio, ale zwykle z niewyraźnymi zdjęciami niepełnosprawnych dzieci stoją jacyś anonimowi ludzie z jakiejś anonimowej fundacji Słoneczko, Kwiatuszek czy Pajacyk.

– Moja, moje dziecko.

Obiecuję wrócić po zakupach.

Obserwuję go chwilę przez szklane drzwi. Wysoki, chodzący prosto, zgrabny, ubrany schludnie, niespecjalnie biednie, ale i niebogato, zadbany taką dbałością codzienną – ktoś się o niego troszczy. Automatycznie staje mi przed oczami tamten facet. Zapycham dzieci bułą, podchodzę. Zagajam. Nie ma górnych jedynek i dwójek, trochę sepleni.

…no i cewnikowana jest, rehabilitujemy, w szkole codziennie, ona do takiej z oddziałami chodzi, ale to w szkole, to o wie pani roztrzaść, to my i prywatnie, ale czucia dalej nie ma, pod siebie robi… no i ma takie, tego, wie pani…

Wiem, on też ma. – wskazuję oczami na zajętego gołębiem Pierwszego. Tym razem on się zatrzymuje.

On?!

No. Myśmy tylko więcej szczęścia mieli.

Patrzy z niedowierzaniem. Rozluźnia się, pęka, wypada z roli. Wycinki z gazet trzęsą mu się w rękach.

Tak, bo widzi pani, tu tego, zamknęli, a oni sobie zamki budują, pieprzony zus, niech ich wszystkich, żeby człowiek nie mógł godnie, żona osiemset złotych, a ci tylko mercedesy… – mimowolnie robię dwa kroki w tył, bo ja nie z takich, ale skąd on w sumie może to wiedzieć. Patrzę na niego ze współczuciem pomieszanym z ciekawością, ale bez zawstydzenia. Nie czuję się ani winna, ani dumna, że urodziłam się w takiej, a nie innej rodzinie, że to i to umiem, że zarabiam tyle i tyle, nie przerzucając cegieł. Nie ma we mnie nic z Robin Hooda, nie chcę, żeby ktoś mi coś dawał, nie pozwolę, żeby mi ktoś zabierał.

Coś nie gra. Po pewnym czasie przestaję go słuchać już zupełnie, i tak wiem, co mówi; skupiam się na szukaniu tej jednej nuty, która go odróżnia, która sprawia, że nie mogę odejść – …a tu człowiek jak ten żebrak, na ulicy, jak żebrak, wie pani… – I nagle, w jednym błysku na granicy świadomości, rozumiem.

Zanim zdążę pomyśleć, jestem z nim i pluję ze swadą na skurwiały kraj, na grandę, paranoję, kumoterstwo i złodziei. Nie wiadomo kiedy wypływa mi na twarz znajomy skądinąd grymas zatysiącdwieścietosięniedażyć – mości się chwilę, nieprzyzwyczajonam, ale daję radę.  Przekonany, całymi litrami oblewa mnie swoją goryczą, charka prymitywnie i kompletnie bez sensu w system, w państwo, w tuska. Upewniam go w tym, utwierdzam. Ze zdjęć uśmiecha się do nas szeroko dwunastoletnia dziewczynka, która nigdy nie wstanie.

W cokolwiek, w cokolwiek niech ten żal wylewa, byle nie w nią.

TSM

Reklamy

6 uwag do wpisu “Dziegieć.

  1. Może dzięki Twojemu uchu wylał się wtedy. Ulało się i wyschło choć na moment to rozżalenie.
    I ta susza czułością przywitała ją, czekającą w niepionie.
    Pielisz swój niby tylko ogródek, a dzięki Tobie kwiatów wokół pełna łąka.
    Tak sobie czasem myślę, że jesteś trzepotem motylich skrzydeł.
    A nie motylą nogą 😉

  2. A ja trafiłam do Ciebie wczoraj i spędziłam pół wieczoru, czytając. Dobrze, że jeszcze trochę mi zostało na dzisiaj. Zakochałam się w Tobie, ale wiem, że takich jak ja masz na pęczki, więc przycupnę sobie cicho w kąciku i będę Cię podziwiać z daleka, dobra?:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s