Bajka o dzieciach.

W moim prywatnym piaskownicowym rejestrze widnieją pod „B”, jak Bliźniaczki, choć powinny pod „C”, jak Cliche, bo choćby nie wiem, jak się starały, nie mogłyby być bardziej stereotypowe. Zawsze wiem, kiedy nadchodzą, zresztą wszyscy wiedzą, pisk niesie się dobrze między blokami. Nadciągają biegiem, różową smugą, pachnąc gumą balonową identyczną z naturalnym. Są swoim lustrzanym odbiciem niemal w każdym aspekcie – jedna jest zbyt wysoka, druga za niska, jednej lakier zdziera się od góry, druga ma odrosty na tipsach; kiedy tiulowa spódniczka pierwszej jest tak rozkloszowana, że nie pozwala usiąść, druga ma rurki, które musiały jej wypączkować podczas snu: nie ma możliwości, żeby je po ludzku założyć. Obie są drobne, uwielbiają cekiny, brokat, rachityczne jasne włoski wiążą w kitki absurdalnie grubymi frotkami z helołkiti i ubierają się wyłącznie w fuksję, fiolet i złoto.

Zwykle schodzę im z drogi, bo Pierwszy nie lubi ultradźwięków, którymi się porozumiewają, ale tego dnia jakoś ciszej było, zostałam. Przywlokły jazgoczącego psa-gołębia na wysadzanej diamentami smyczy i zasiadły. To znaczy zasiadła ta, co chce wyglądać na młodszą, a w rzeczywistości nieuchronnie dobija do czterdziestki. Rozmawia przez olbrzymi telefon w narzeczu, którego nawet nie próbuję zrozumieć, coś o nim/niej, takiej suce, i że właśnie, i cukiereczku. Dużo cukiereczków i misiaczków w ogóle, ale rozdrażnionych, obuta w lakierki stópka podryguje nerwowo raz po raz.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta, która wygląda na starszą, a w rzeczywistości ma z 9 lat, podrygiwać przestaje. To znaczy lata jak wcześniej od huśtawki do huśtawki, ale już bez tej gorączkowej egzaltacji, przytomniej, czujnie nawet. Czujność jest wskazana, bo psiokotek drąc niemożebnie mordę wyrywa się z zajętej gestykulowaniem ręki spacerującej wzdłuż placu zabaw Starszej, po czym rzuca się samobójczo ku uwiązanemu przed sklepem wilczurowi, powodując po drodze zator komunikacyjny, rwetes i zamęt.

Starsza, nagle zwrócona światu, w błagalnym milczeniu stara się zatrzymać rzeczywistość trzepotem przedłużanych rzęs.

Gilbert! – oho, „Pretensjonalne imiona dla Yorków”, strona 67* – GIIILBERT, zostaw pieska! – czekam tylko na „on nic nie zrobi”, serio. I na fruwającą w powietrzu kokardkę.

Mamo, prosiłam, żebyś go pilnowała.

Nie kojarzę głosu, dopóki nie wychyla mi się zza pleców. Wprawnym ruchem owczarka zagania matkę na chodnik, przepuszcza samochód, przeprasza właściciela wilczura, bierze pod pachę surykatkę i wraca po łopatki. Coś tam napomyka o obiedzie, tacie, że czas już, ale Starsza nadal szuka rozpierzchniętych myśli, w czym ewidentnie przeszkadza jej dobiegający wciąż z głośnika smatfona damski głos. Młoda daje spokój, popycha ją tylko przed sobą, nadając kawalkadzie właściwy kierunek. Starsza natychmiast wraca do cukiereczka, wydymając wybłyszczykowane na pudrowo wargi.

Kiedy nas mijają, Młoda rzuca mi spojrzenie nasiąknięte ciężką, zrezygnowaną miłością. Kiwam głową, pocieszam ją niemo. Gdyby nie dzielące nas dwadzieścia lat i przydzielone aktualnie role społeczne, westchnęłybyśmy zgodnie i porozumiewawczo.

Siedem światów z tymi dziećmi.

TSM

*Na osiedlu mamy jednego, który wabi się Gremlin, wyprowadza go ten wytatuowany olbrzym, który w sklepie do dzika kupował bakusia. Z tego miejsca go serdecznie pozdrawiam. Olbrzyma, nie Gremlina.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s