Jak zrobić z siebie (szczęśliwego) durnia, czyli mój pierwszy triathlon.

Jestem koszmarnie nieruchawa.

Bardzo wcześnie stwierdziłam, że szkoda mi czasu na latanie za piłką w tę i nazad i że nawet gapienie się w ścianę przez 45 minut jest bardziej produktywne niż skakanie przez kozła, więc od kiedy tylko mogłam, miałam zwolnienie z wuefu. Lubiłam się zmęczyć, owszem, ale po swojemu – ciągnąc na przykład brzozę na ognisko. Całą, pełnowymiarową. I rąbiąc ją potem. Ze sportów mniej krasnoludzkich od zawsze umiałam tylko trzy rzeczy: pływać, jeździć na rowerze i jeździć na nartach. Uprawiałam te dyscypliny po chłopsku, bez najmniejszego wyrafinowania, siłowo, ale za to z oddaniem i poświęceniem godnym lepszej sprawy – kiedy nie wyrabiałam technicznie, pomagałało mi moje żelazne podwozie. Widzieliście kiedyś urocze toczone udka narciarek alpejskich? No właśnie.

Lata mijały i ostał mi się tylko rower: na narty zwyczajnie nie miałam (rodzicielskiej) kasy, zaś z pływaniem pożegnałam się definitywnie po przekroczeniu tak z minus dwunastu dioptrii. To może wydawać się śmieszne, ale konieczność szukania dużego drzewa, pod którym jest jakiś bardzo kolorowy parasol, przy którym jest parawan, obok którego leży twój ręcznik, w którego lewym górnym rogu zawinęłaś okulary z a  k a ż d y m  r a z e m, kiedy chcesz wejść do wody, sprawia, że nawet największa przyjemność może lekko zblednąć. Nie mówiąc o basenie, gdzie ani drzewa, ani parasoli.

Stuknęła mi trzydziestka, od dzieci na razie mam przerwę, jest parcie na fit, mój mąż biega maratony, jakoś tak myślałam, żeby się zebrać. Długo myślałam, dokładnie. Tak ogólnie. W ogóle. Że trzebaby. I tego.

Myślałabym pewnie do Wigilii bez przeszkód, gdyby przypadek nie zetknął mnie z jaworznickim triathlonem. 21. lipca pisałam na fejsie tak:

[Triathlon] zawsze wydawał mi się pociągający, być może dlatego, że zawiera w sobie dwa z trzech sportów, jakie kiedykolwiek uprawiałam [za duże słowo]. Ostatnio znalazłam taki wery rili króciutki, blisko, w ładnym miejscu. Pytam TST, czy myśli, że dałabym radę przygotować się w miesiąc. Spojrzał na mnie bystro, zastanowił się chwilę, już miał odpowiedzieć merytorycznie i twierdząco, ale nie zdążył, jakiś nagły obraz bowiem rozjaśnił mu niebieskie tęczówki i kazał zwinąć się w kłębek w spazmatycznym śmiechu.

Chciałam się obrazić, bo zna mnie przecież na tyle, żeby wiedzieć, że choć kondycji i finezji nie mam żadnej, to mulego samozaparcia wiele, kiedy wlazłszy na ścieżkę jego myśli oczyma duszy zobaczyłam to, co on zobaczył.

No więc płynę na chama te czterysta metrów dostojną żabką (bo nie umiem kraulem), w brylach przymocowanych na gumce (bo mam minus piętnaście i bez nich nie zobaczę chorągiewki w połowie dystansu). Dopływam, truchcikiem popitalam do mojego roweru, damki o trzech biegach (szerokość królewskiego siodełka 20 cm, szerokość przewygodnej kierownicy z metr lekko), którą to przejeżdżam dziesięć kilometrów po lesie, po czym z niezmąconym spokojem przebiegam ostatnie trzy, nadal w złotych trampkostrzałach of korz (bo przecież nie mam żadnych adidasów na stanie). Na mecie dostaję medal, bardzo bardzo specjalny.

Idea zaczyna być naprawdę kusząca.

Absurdalność pomysłu bawiła mnie tak bardzo, że nie umiałam go bez żalu porzucić. Ponękałam organizatorów pytaniami o limity czasowe (nie przewidzieli), wyciągnęłam rumaka z piwnicy (jeździł), kupiłam buty na przecenie w Deichmannie (trampki ostatecznie się rozleciały). Zapisałam się, nie wierząc, że to robię. Miałam równo trzy tygodnie.

Poszłam pierwszy raz od lat na basen, zrobiłam te czterysta metrów bez większego bólu, jak taran. Lubię pływać. Rower też lubię, zmachałam się wprawdzie, bo też nie pamiętam kiedy jechałam ponad 5 kilometrów na raz (tyle mam do pracy), ale dramatu nie było. Spoko. Bądźmy szczerzy, to nie tu leżał problem.

Nie znoszę biegać. Nigdy nie biegałam. NIGDY. Jest to coś kompletnie obcego mojej naturze, jak dla mnie coś w ogóle obcego naturze. Wyobraźcie sobie rączo pomykającego żubra. Zbyt dostojnie? Krowę sobie wyobraźcie. No potruchta, jak musi, ale nie hasa dla przyjemności z jednego końca pola na drugi. Jestem krową. Założyłam te lacie, założyłam krótkie portki (był środek fali upałów; z braku laku wykorzystałam ortalionowy dół od kostiumu kąpielowego), stanęłam pod blokiem i poczułam się jak debil. I pobiegłam. Niemalże.

Za pierwszym razem, ku własnemu niezmiernemu zdziwieniu, przebiegłam ciągiem kilometr z hakiem. Obstawiałam 300 metrów. Pełne trzy kilometry zrobiłam w niedzielę, sześć dni przed startem. Pierwszy raz w życiu. Trzy dni później zrobiłam trzy plus rower i wtedy tak naprawdę zdecydowałam, że chyba jednak faktycznie spróbuję. W czwartek pojechałam sprawdzić, czy moja miejska królowa poradzi sobie w tym lesie – wprawdzie mam ją już naście lat i objechałyśmy całe Mazury, ale raz, że dawno, dwa, że susza i piach. Dałyśmy radę i… naciągnęłam nogę. Jak w głupich komediach.

TST sikał ze śmiechu, kiedy pół czwartku i cały piątek leżałam na kanapie zawinięta w fastum i okłady (ze ścierki) z lodu (w kształcie gruszek). Zanim w czymkolwiek wystartowałam. Pełna profeska.

Wieczorem kupiłam kask, też pierwszy.

W sobotę obudziłam się ze ściśniętym żołądkiem. Na start prawie się spóźniłam, bo kupa, bo siku, bo autobus na drodze. Na miejscu zupełnie nie umiałam się znaleźć w tłumie żylastych mężczyzn „w tym roku ukończyłem ajron mana w Gdyni” i szczupłych kobiet „poznaj Kasię z naszego klubu, jest mistrzynią Polski w triathlonie”. Sprawdziłam bojki: duże, widoczne, jak popłynę przy nich, może się nie zgubię. Zostawiłam rower, adidasy za pięć dych, wzięłam oddech, zdjęłam okulary, poszłam na azymut na grupę całe szczęście oczojebnie różowych czepków. Weszłam do wody.

Nie było źle – nie tylko ja płynęłam żabką, sprawnie unikałam cudzych pięt i chyba nikomu nie podbiłam oka własną, w dodatku wydawało mi się, że słyszę pluski za sobą. Wsiadłam na rower (tu już zgodnie z przewidywaniami wśród ponad dwustu drugiego takiego nie było), zaryłam w glebę na pierwszym większym zakręcie (hamulce mam na nogi takie, nie lubią piachu), ale potem zdarzyło mi się nawet ostrzegać, że będę wyprzedzać. Dzwoneczkiem ostrzegałam, jak dama. Trzy ostatnie kilometry bardziej przeszłam, niż przebiegłam, na zmianę złośliwie przyspieszając, żeby podnieść tętno dziewczynie przede mną i gawędząc z panem z obsługi, który deptał mi po piętach na skuterku, zamykając stawkę.

Nie nawróciłam się. Na mecie nie miałam łez w oczach. Nie oprawiłam medalu. Nie będę kupować pianki i osobnych butów na rower. Nadal mnie trzepie na myśl o wieczornym dżogingu. Sprawdziłam sobie grafik startów na przyszły sezon z zupełnie nieromantycznych powodów: dwie ciąże trochę zjadły mi kręgosłup i muszę schudnąć, żeby dać mu odpocząć. Zapisuję się więc po prostu do szeroko reprezentowanego klubu „ćwiczę, żeby móc więcej jeść”, do sekcji „biegam, bo lubię browary”.

I żeby nie było – ja wiem, że to wszystko, co opisuję, jest w gruncie rzeczy straszliwie lejm. Umówmy się: ja się tak naprawdę powinnam wstydzić, że to piszę. Gdybym jako zdrowa trzydziestolatka nie zrobiła tego triathlonu przy tych dystansach i braku limitu czasowego, to oznaczałoby, że coś jest bardzo nie halo nie tyle ze mną,  ile z teorią ewolucji. Ale mam w dupie.

W ciągu trzech tygodni udało mi się zmusić ciało, żeby mnie słuchało. I, co istotniejsze, wyjść z siebie. To szalenie odżywcze: postawić się w sytuacji tak nieprawdopodobnie niemojej, że aż… właściwej.

TSM

P. S.: Dzisiaj dodatkowo okazało się o dziwo, że nie byłam ostatnia. Ani w ogólnej klasyfikacji, ani na rowerze, ani nawet w tym nieszczęsnym bieganiu (sic!). A żabką pojechałam już zupełnie wybitnie, wyprzedziłam z pięćdziesiąt osób. Byłam wcześniej dwa razy na basenie. Dwa.

Wszystko się da.

Reklamy

10 uwag do wpisu “Jak zrobić z siebie (szczęśliwego) durnia, czyli mój pierwszy triathlon.

  1. Gratulacje! 😉 ja zaliczylam runmageddon – tez nienawidze biegac, a to bieg z przeszkodami (ekstremalnymi), bloto, potoki itp. Wersja gorska (oczywiscie ciezsza) bo na bieganie po plaskim bym nie poszla, poplakalam sie prawie z nerwow na starcie, potem jak byl fragmencik biegu po plaskim. Przetrwalam i jakkolwiek bylam ostatnia, to nie najwolniejsza! Dumna i blada, a co.

  2. Dawno temu byłam noga z W-F. Znaczy, nadal bym była, tylko W-F już mnie nie obowiązuje. No i ocena z tegoż przedmiotu miała mi boleśnie zaniżyć średnią na koniec roku. Ale 1 czerwca były szkolne zawody, a za udział w zawodach dostawało się 6. Bez względu na wynik. Prosta kalkulacja – parę chwil wstydu, a potem długofalowa korzyść. Wybrałam 100 metrów, bo krótszych dystansów nie było. Powiem tak: zanim dotarłam na metę, rozeszły się już wszystkie zawodniczki i część kibiców. Ale swoje ugrałam.

  3. Och, TSM, wzruszyłaś mnie! To miłe odkrywać że nie jestem taka znowu wyjątkowa 😛 Chyba też sobie pójdę na jakiś mikro triathlon, plus dodatni 🙂 jest taki, że umiem pływać kraulem.
    I gratulacje!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s