A tak by to wyglądało…

… gdyby TSM pewnego pięknego dnia nie zeszła ze świetlanej ścieżki wiodącej ją na parnas autorów fantasy.

—————————————————————

Chwilę później przez karczmę przeszedł huragan. Drzwi otworzyły się z hukiem: wpadła przez nie zielonowłosa istota nieokreślonej płci, tratując wszystko i wszystkich, którzy stanęli jej na drodze. Klnąc soczyście obleciała wkoło całą izbę, aż wreszcie zasapana stanęła między Kamii a Larsonem. Spojrzała najpierw na dziewczynę, potem na Yartha, w końcu odwróciła się w stronę Rina; na żadnym z nich nie skupiła jednak uwagi, jej wzrok ślizgał się bezwiednie po osobach i przedmiotach, najwyraźniej nie przyzwyczajony do bezruchu. Zacisnęła na sekundę powieki, wzięła głęboki oddech – nie wiadomo – opanowując wściekłość czy tłumiąc ulgę.

– Zwolnij, dziewczyno… – Kamii westchnęła i uśmiechnęła się szeroko. Istota rzeczywiście okazała się być dziewczyną, na oko szesnastoletnią. Długie zielone włosy w totalnym nieładzie tworzyły wokół głowy coś w rodzaju welonu; odsunęła je niecierpliwie i odpowiedziała na uśmiech.

– Co się tak gapicie? – Rin i Yarth nadal stali na swoich miejscach (to znaczy Larson stał, a Rin leżał) nie bardzo rozumiejąc co się dzieje. Nagle dziewczyna dostrzegła czerwony ślad na szyi wojownika. Jednoczesna duma i zdziwienie zabłysły w szarych oczach.

– Dlaczego nie dokończyłaś? On ci przeszkodził? – pomruk groźby pod adresem Yartha zadźwięczał w jej głosie.

– Spokojnie… po prostu… rozmyśliłam się.

– Aha. – piegowata twarz rozpogodziła się na nowo: nieznajoma zmieniała nastroje równie często jak miejsce pobytu. Usiadła, oczyściwszy przedtem kawałek deski z resztek kolacji – syf… głodna jestem cholernie…

– Pozbieraj sobie coś ze stołu.

– Bardzo śmieszne, Kamii. Masz zamiar go tak trzymać w nieskończoność? – wskazała brodą na leżące bezwładnie ciało. – O co właściwie poszło?

– Ten pan myślał… – Kamii przysunęła się do Rina ze słodkim wyrazem twarzy – że dobrze byłoby wzbogacić się… – klęknęła tuż przy jego głowie pochylając się tak, by musiał patrzeć jej w oczy – na bezbronnej kobiecie. – uderzyła mocno dwoma palcami w podstawę szyi tuż obok nacięcia. Rin krzyknął.

– Błąd… – z beztroskim przekonaniem stwierdziła zielonowłosa, przeżuwając głośno znalezione gdzieś jabłko.

– To samo mu powiedziałam.

– A ten drugi?

– Jestem Larson.

– Jesien – podała mu rękę, wytartą uprzednio w przewiewne, krótkie do pół uda spodnie.

– On…

– Nie Kamii, on nie znał mojego imienia. Yarthowie nie zajmują się pospólstwem. – ostra, krótka uwaga trafiła dokładnie tam, gdzie została wymierzona. Larson nie zdążył ukryć zdziwienia.

– Jesteś…

– Nie twój interes kim jestem, Strażniku.

– Jesien…

– Kamii, daj spokój. Już będę grzeczna. – uśmiechnęła się pojednawczo – gdzież się podział ten Natan? O, proszę, proszę… pan Lepkie Rączki wstaje! – Rin posłał jej mordercze spojrzenie, chociaż w głosie Jesien nie było szyderstwa, a jedynie rozbawienie. Wracało mu czucie w kończynach, ale nie utrzymałby się na nogach, gdyby nie silne ręce Larsona i Kamii. Milcząc posępnie pozwolił, by posadzili go na krześle.

– Już sobie poradzę. Poradzę sobie!!! – Kamii wzruszyła ramionami i przysiadła się do swojej towarzyszki. Yarth poszedł za nią. Jesien pochłaniała właśnie resztki czerstwego ciasta.

– Gdzie Natan?

– Nie wiem, zgubiłam go wczoraj koło południa.

– Przecież…

– Jest z nim Pies.

Kamii wydawała się być zaniepokojona, ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi. Po cieście przyszedł czas na kawał pieczonej kaczki rzucony gdzieś w róg stołu.

– Tyle jedzenia się tu marnuje…

Larson z przerażeniem patrzył jak niewysoka, szczupła kobietka pożera kolejne porcje resztek, nie zwracając zbytniej uwagi ani na ich wygląd, ani na smak. Nie przerywając jedzenia, cały czas rozmawiała z Kamii – właściwie mówiła do Kamii, a ta tylko coraz szerzej uśmiechała się; paplanina dziewczyny wyraźnie ją odprężała. Yarth zastanawiał się, z jakich ras pochodzili jej rodzice. Był pewny, że jedno z nich musiało być Aelem – świadczyły o tym zielone włosy i lekko brunatne zabarwienie skóry. Była mieszańcem – Aelowie byli posępni i milczący od najmłodszych lat, czego nikt nie mógł powiedzieć o Jesien. Coś niepokojącego promieniało z tej bądź co bądź prostej dziewczyny…

Rozmyślania przerwała mu nagła cisza. Rozejrzał się, po czym roześmiał z cicha. Dziewczyna zasnęła w połowie zdania. Ręka bezwładnie zwisała ze stołu, wciąż trzymając w zaciśniętej pięści kruszące się resztki czyjejś kolacji. Nawet przez sen nie przestawała mamrotać. Kamii spojrzała na niego podejrzliwie.

– To twoja sprawka?

– Skąd… byłem już przygotowany, że będzie mówić przez następny rok… kim ona jest?

– Wariatką… – mruknęła gniewnie, jednocześnie delikatnie przygładzając zwichrzoną zieloną czuprynę – a poza tym zielarką. Robi doskonałe leki i niezawodne trucizny.

– Po co jej trucizny, skoro potrafi zabić samym gadaniem?

– Nie byłbyś taki złośliwy, gdyby rozmawiała z tobą.

– Nie pała do mnie zbytnią sympatią…

– Powinieneś się przyzwyczaić, że nie wszyscy kochają Yarthów.

– Tobie jakoś moje pochodzenie nie przeszkadza…

Kamii wzruszyła ramionami.

– Zresztą… ona ma najmniej powodów, żeby cię ubóstwiać.

– Dlaczego?

–   Tego już się ode mnie nie dowiesz. Ale spróbuj się domyślić, Strażniku. A twój towarzysz? Mam nadzieję, że nie uraziłam jego męskiej dumy…

Nagła myśl przemknęła przez głowę Yartha.

– Zabiłabyś go?

– Nawet teraz nie wiem dlaczego nie poderżnęłam mu gardła zanim odwróciłam się w twoją stronę… ale nie bój się. Przeszło mi. Przynajmniej dopóki znowu nie będzie chciał dobierać się do mojej własności. – Larson uśmiechnął się pod nosem i kątem oka spojrzał na Rina. Wojownik spał równie głęboko jak Jesien.

Świtało. Przez niewielkie brudne okna sączyło się szarawe światło pierwszych godzin porannych. Większość biesiadników przewracała się właśnie na drugi bok, chociaż karczmarz już stał w pogotowiu, czekając na nowe życzenia gości i doliczając do każdego rachunku cenę zbitych kufli.

– Jeżeli chcesz się przespać…

– Nie, dzięki. Swoją drogą zastanawia mnie dlaczego jesteś dla mnie taki miły? Magowie z południa raczej nie słyną z kurtuazji.

– Uczennicy Fethoka należą się specjalne względy. – Kamii uniosła lekko brwi, po czym ukłoniła się z wdziękiem.

– Dobranoc.

– Zostawiasz ją tu?

– Dziwi cię to? – odwróciła się i znikła za drzwiami.

Przez uchylone okiennice widać było fragment zaspanej ulicy. Larson spojrzał na Jesien. Nawet we śnie wszystkie mięśnie miała napięte; była gotowa do biegu. Przebiegł wzrokiem po opustoszałej izbie. Większość mężczyzn wolała spędzić resztę dnia we własnych łóżkach. Kilku milcząc zapijało kaca. Yarth zawiesił na chwilę wzrok na jednym z wolnych krzeseł. Zrozumienie przyszło nagle: to krzesło nie powinno być puste. To miejsce w przestrzeni jeszcze niedawno wypełniał człowiek. Rin zniknął.

***

Byłbyś całkiem przystojny… – mówiła do siebie, ssąc w zamyśleniu pasmo zielonych włosów – ciekawe ile… ach, zapomniałabym: Yarthowie nie mieli Początku i nie będą mieć Końca… bla bla bla… kretyni. Ten drugi wrócił przed godziną… czego ty od niego chcesz? Byłeś niespokojny, niespokojny tym bardziej, że ja ten niepokój widziałam. Nie rozumiesz mnie – pochyliła głowę, pozwalając włosom zamieść lepiący się stół – nie pozwolę ci mnie zrozumieć, Strażniku.

Za zielonkawą zasłoną czuła się bezpiecznie. Zacisnęła usta. Nie potrafiła być obiektywna i drażniło ją to o wiele bardziej niż sam obiekt rozmyślań. Wiedziała, że Larson też jej się przygląda, choć robił to dyskretniej. Przed nim na pustym stole stała niewielka butelka wina – prawdziwego, wytrawnego wina, jakiego w Latonii nie można było dostać za żadne pieniądze. Larson bawił się ważąc w rękach puchar i patrząc jak ciemnorubinowy płyn oblewa nieśpiesznie jego ścianki. Złote refleksy przebijały się przez palce, zostając na chwilę w oczach.

Tak, był przystojny. Mimo to Jesien długo udawała, że nie słyszy zaproszenia. Powtarzał je cierpliwie, dopóki dziewczyna nie podniosła się leniwie i nie usiadła naprzeciw niego. Nie siadła obok, chociaż właśnie to miejsce jej wskazywał; zbyt dobrze pamiętała uczucie chłodu, gdy wczoraj przypadkowo dotknęła jego skóry.

Bez słowa nalała wina do topornego kubka leżącego nieopodal, ale nawet pospolita glina nie potrafiła zagłuszyć głębi koloru i wielości odcieni zamkniętych dotąd w szklanej butelce. Skosztowała trunku z niekrytą przyjemnością. Był lekki, ale zarazem mocny, pachniał morzem. Zostawiał w ustach gorzki posmak. Jesien nigdy nie piła czegoś takiego.

– Jak zdołałeś to tu przemycić?

Larson uśmiechnął się, ale jego oczy nie zmieniły wyrazu.

– Smakuje ci? – za odpowiedź posłużył kolejny długi łyk. Dziewczyna poczuła w środku przyjemne ciepło, rozchodzące się szybko po całym ciele. Uśmiech Larsona rozszerzył się.

– Skąd znasz Kamii?

– Spotkałam ją na szlaku. – nie takiej odpowiedzi oczekiwał. – A ty? Czego chcesz od tego…

– Od Rina?

– Ma na imię Rin? Dziwnie… dobrze więc, do czego go potrzebujesz?

– Do niczego. – skłamał i nie zadał sobie trudu, żeby ukryć kłamstwo.

Długa chwila milczenia. Każde sączyło powoli wino, starając się przeniknąć wzajemnie własne myśli. Uśmiech nie schodził z ust, a im był szerszy, tym mniej sobie ufali. Larson za każdym razem dolewał Jesien szybciej niż zdążyła zaprotestować.

W końcu przestali słyszeć cokolwiek poza dźwiękiem płynu uderzającego o ścianki naczynia. Patrzyli na siebie zachłannie, z fascynacją. Granica przebiegała wzdłuż stołu: nie zamierzali jej przekraczać, bo z tej perspektywy wydawali się sobie jeszcze ciekawsi. Po pewnym czasie jednak oczy Jesien zaczęły mętnieć. Z każdym następnym łykiem jej opór słabnął. Larson natychmiast otrząsnął się z odrętwienia. Zdziwiony sobą odrzucił na plecy warkocz i rozejrzał się. W kącie siedział niski, grubiutki człowieczek i mówił coś do siebie. Oprócz niego nie było nikogo, nawet karczmarz ulotnił się gdzieś poza pole widzenia.

– Co cię łączy z Kamii? – nadał głosowi łagodny, proszący ton, ale z twarzy zmył uśmiech. Już go nie potrzebował.

– Szukamy… łączy nas… postać pewnej… dziewczynki. – Strażnik wydawał się być zaskoczony. Zastanawiał się, czy nie przesadził z winem: Jesien najwyraźniej bredziła.

– Jakiej dziewczynki? – już zadając to pytanie czuł, że coś go omija. Zbyt daleko pozwolił odpłynąć myślom, by teraz mógł je swobodnie przywołać.

– Tak, tak… dziewczynka… – Jesien wstała niepewnie; trzymając się stołu jedną ręką, drugą chwyciła butelkę. Chwilę po tym zatoczyła się i z impetem usiadła tuż koło Yartha. Zaskoczony odsunął się.

– A Natan? Kim jest Natan?

– Co?

– Na – tan.

– Natan…

– Kim jest?

– Kto?… – nagle przytuliła się do Larsona przymykając oczy. Westchnął zrezygnowany. Jesien majaczyła cichutko, pozwalając sobie odejść coraz głębiej w sen. Odruchowo objął ją i usadowił wygodniej na ławie. Zrobił to z taką delikatnością i wyczuciem, że można było pomyśleć, że w życiu zajmował się tylko opieką nad pijanymi kobietami. Niespodziewanie poczuł na policzku ciepły oddech i usłyszał szept:

– Zdradzę ci tajemnicę, Strażniku… – mówiła niewyraźnie, a Larson nie miał nadziei na usłyszenie czegokolwiek sensownego, ale nie przerywał jej. Dotyk gładkiej skóry sprawiał mu przyjemność. – po moich przodkach… odziedziczyłam… specyficzną cechę… – w głosie dziewczyny zadźwięczała nowa nuta, chociaż nadal szumiał alkoholem. Larson nie zwrócił na nią uwagi. – nawet najlepiej zaprawione wino… – stężała – nie działa na mnie zupełnie. – Wstała lekko, zrzucając z siebie ramię mężczyzny.

– Taki duży, a taki naiwny. – Wyszła śmiejąc się dźwięcznie, jej śmiech odbijał się echem jeszcze długą chwilę później. Za drzwiami karczmy szybko straciła humor. Słodycz zwycięstwa skutecznie zakłócał figiel spłatany przez nieposłuszny umysł. Jesien nie mogła pozbyć się uczucia przyjemności, gdy Larson ją objął, tak jak nie mogła zdusić zapachu ciała, które pod wpływem niepojętego zaklęcia z zimnego i twardego stało się ciepłe i miękkie. Nie spojrzała mu w twarz, bo obawiała się, że nie zobaczy w niej żalu; choć sama nigdy by się do tego nie przyznała.

Otrzepała się jak pod strumieniem lodowatej wody. Uliczka prowadziła prosto na zachód, więc ciągle jeszcze mogła dostrzec złoto-czerwone brzegi chmur, mimo że słońce zaszło już dość dawno. Z północy nadchodziła burza, niosąc ostry zapach mokrej ziemi.

Idiota – chciała pomyśleć.

Idiotka – pomyślało jej się samo.

———————————–

Także wiecie 😀

TSM

Reklamy

2 uwagi do wpisu “A tak by to wyglądało…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s