O kolorach.

Po tygodniu bardzo wszystko inkluziw wróciłam na ojczyzny łono. W markecie spotykam koleżankę, pyta jak tam. Opowiadam z taką dawką entuzjazmu, na jaką pozwala mi wyłażąca coraz sprawniej z wózka Druga. Koleżanka kiwa głową, ochy, achy, pozycja otwarta, uprzejme dociekania, ogólnie funkcja fatyczna na piątkę – widzę jednak, że czeka na koniec, że ma przygotowaną jakąś kwestię. Pozwalam.

– No tylko teraz ten bolesny powrót do szarej rzeczywistości

W tym rytualnym westchnieniu był cały ból siedzenia po 8 godzin w robocie (ona akurat pracuje inaczej), gdzie jest się zatrudnionym na śmieciówce (ma etat), po to, by zarobić na kolejną ratę z kredytu na trzydzieści lat (nie musiała brać). Był cały kurz i znój egzystencji (bo życiem tego przecież nie można nazwać) na zielonej – ha ha – wyspie. Był kierat, syzyfowa praca, beznadzieja do pierwszego.

Noż serio nigdy się nie przyzwyczaję.

Żeby było jasne: oczywiście nie miałabym nic przeciwko, żeby do końca życia codziennie wieczorem ktoś na moich oczach przygotowywał specjalnie dla mnie – wybraną wcześniej z pięciu różnych – rybę z grilla. Albo żeby moim jedynym zmartwieniem przy obiedzie było to, że zjadłam za dużo cielęciny i ośmiornica mi się nie zmieści. Ale nic nie poradzę na to, że wróciliśmy akurat wtedy, gdy nasze pomidory zaczynają być tak cudowne, że mogłabym odżywiać się wyłącznie nimi, z chlebem, masłem i cebulą, of korz. Owszem, bardzo bawiły mnie fancy minideserki w minisalatereczkach z minicrunchy na dnie. Co nie zmienia faktu, że autentycznie krzyknęłam z radości, bo pierwszego dnia po przyjeździe czekały na mnie na ladzie osiedlowego sklepu leśne jagody, których jeszcze w tym roku nie było, a które uwielbiam.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że chciałby umieć, jak my, cieszyć się z małych rzeczy. Zajechało koelizmem, skręciło mi żołądek: zaraz zobaczyłam siebie w pozycji kwiatu lotosu, ekstatycznie wznoszącą oczy ku niebu, kontemplującą z nieobecnym uśmiechem jehowitki każde napotkane źdźbło trawy. Dżizas krajst, ja po prostu lubię pomidory i jagody.  Nietrzeźwa przyjemność, którą czuję, sącząc pinacoladę na moim balkonie, w niczym nie umniejsza absolutnej cudowności raczenia się nią na tarasie, który widzicie na zdjęciu; z drugiej strony wspomnienie tamtego tarasu nie sprawia, że ta made by Biedronka wypijana w moim pięćdziesięciotysięcznym, kompletnie bezpłciowym mieście staje się mniej słodka.

Kiedy urodził się Pierwszy, jednym z naszych ulubionych czarnych pocieszeń było to, że przynajmniej w końcu wszyscy się od nas odwalą. Że wreszcie będziemy mogli zupełnie jawnie i bez zażenowania cieszyć się tą kawą rano, ciastkiem, burżujskimi wypadami na łikend, na które nas nie stać, upajającą jakością szperakowych spodni, mierzoną na dotyk (to ja), nader ciekawym wzorem zawirowań na zupie (to TST) – że dostaniemy od świata dyspensę na zadowolenie, bo przecież (szeptem, proszę państwa, szeptem) mamy chore dziecko. Nigdy z tego asa w rękawie nie skorzystaliśmy, ale jak tak słucham ludzi wokół siebie, tych właśnie, co czasem uciekają z tej szarej rzeczywistości, żeby przez chwilę sobie porzygać tęczą, a potem już tylko rzygać, to stwierdzam, że nawet on na długo by nam nie wystarczył.

Cóż, najwyraźniej to nie jest kraj dla pieprzonych Pollyann. Jaka szkoda, że przez ich upośledzenie nigdy to do nich nie dotrze;>

TSM

Reklamy

7 uwag do wpisu “O kolorach.

  1. No serio muszę przyznać, że czytając prawie każdy Twój wpis mam ochotę krzyknąć: „Dobrze prawi!”.
    Dużo podróżuję. Na tyle na ile starcza mi z pensji. W zasadzie całe pieniądze i wolny czas idą na jeżdżenie. Podróżowałem z wieloma znajomymi i zawsze kurwica mnie strzelała jak słyszałem o tej „szarej albo brudnej rzeczywistości”. Szczyt osiągnęła moja koleżanka, która po powrocie z Afryki do swojego mieszkania z rodzicami i wysokiego stanowiska w jednej z łódzkich redakcji opłaciła całodniowym płaczem w poduszkę. Tak tęskniła „za luksusem”.
    Każdego takiego człowieka wysyłałbym do wioski albańskiej na tydzień bez możliwości powrotu wcześniej. Chociaż i to pewnie by nie poskutkowało.

  2. Każdy ma taką rzeczywistość, jak ja widzi. Jak chcą się w szarym gumnie taplac – proszę bardzo, dla każdego starczy :p Nie zmieniaj się Pollyanno, tak jest fajnie. Tylko uważaj, ludzie szczęśliwi nie zawsze są lubiani.

  3. A ja sobie myślę, że to nie chodzi o „luksus”, jaki mamy na miejscu. W tym kontekście nie jest ważne, czy wysoka czy niska pensja, etat czy śmieciówka, własny dom czy wynajmowana klitka. Trzeba lubić swoje życie, swoich ludzi, swój czas, żeby chcieć wracać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s