Pocztówka ze środy: upał.

No i wiesz, tak jednym okiem rano spojrzałam – Druga Matka z przejęciem relacjonuje mi do słuchawki – ale to bardzo ciekawy program był, wiesz, tak pani doktor mówiła, tak mądrze mówiła, wiesz, no bo teraz taka pogoda właśnie, i te dzieci się pod tą pieluszką odparzają, wiesz, a Druga ma właśnie takie zaczerwienienia, pokazywali, bo to się myśli, że można, bo sucho, ale to i ta maść taka, ale mówiłaś, ze masz, tak? No i mówiła, żeby wietrzyć i że to może być nawet takie zakażenie, wiesz, nazwę podała, nie pamiętam. O to to, może. No. Ciekawy, tak właśnie spojrzałam dzisiaj.

Mogłam jej powiedzieć, że czytałam o tym. W prasie. Czarno na białym napisali, na ekranie powiedzieli. Bo że ja, od trzech lat bez przerwy z jedną ręką w pampersie, albo że ona, mać trzem rosłym chłopom, to inny kaliber jednak, inna waga.

A jeszcze ta pogoda taka. Niepewna.

No bo jakby nie było, ciepło dopiero od wczoraj. I to od razu tak, nienormalne. Więc trzeba uważać, nie, nie można ufać takiej pogodzie, fakt, że termometr wskazuje 28 stopni jeszcze nic nie znaczy. Niektórzy pocą się w wiatrówkach, inni nie zdjęli bluzy, co bardziej odważne kobiety trzymają marynarki w garści. Na wszelki wypadek. Będą się przyzwyczajali tak ze dwa dni jeszcze; za cztery się ochłodzi.

Wtedy najbardziej przygotowane będą matki wózkom. Te dwie, co stoją ze mną na przystanku na przykład. Jedna w sukience, druga w krótkim topie. Dziecko sukienkowej ma pod dżinsami grube rajstopy. Dziecko tej na ramiączkach jest w welurowych śpiochach i bawi się kocykiem. Z polaru. Najwyraźniej niemowlaki rozgotowują rodzicom mózgi bardziej niż temperatura; mam wrażenie, ze pocę się za siebie i za nie.

Dostojny Profesor Zza Oceanu, którego pojechałam pożegnać, co chwilę gubi wątek, nie kończy zdań, wzdycha. Po raz piętnasty zaczyna, że nam dziękuje, że cudownie, że nowe doświadczenia, że zaskoczony, ale werwy wystarcza mu gdzieś do drugiego przecinka. Na jego szczęście my rozpuszczamy się już przy pierwszym – tylko Druga, skupiona, rozparta jak basza, przeżuwając wolno na zmianę chrupek ryżowy i swoją bosą stopę, wydaje się nadążać. Peszy go to niezmiernie.

Wracamy inną linią, siedzę. Dookoła mnie na odsłoniętych ramionach, szyjach i łydkach kwitną czerwcowe maki komunikacji miejskiej, wszystkie te podkarmione gorącem i potem atopowe zapalenia skóry, egzemy, łuszczyce i grzyby. Ze stoickim spokojem i ciekawością badacza po raz tysięczny przyglądam się wzorzystej (żeby nie było widać) tapicerce.  Pan obok mnie też się przygląda, ale bardziej nerwowo. Zabłąkał się tu, niewygodnie mu, krawat go mierzi prawie tak samo jak za drogi garnitur. Obojętnym wzrokiem jego podrygiwania obserwuje fioletowowłosa dziewczynka przebrana za czarno-białą czarodziejkę z księżyca. Nie wiem, co tu robią, zasoby energetyczne zużywam na oddychanie.

Piwny ulepek o smaku gruszki i chili zagryzany chipsami o smaku ogórka i jogurtu sprawia, że niemal nie czuję, jak twarde krzesło wbija mi się w tyłek i potrzeba nabycia porządnych mebli balkonowych nie zakłóca kontemplacji. Opieram pięty o barierkę, ktoś na cały głos śpiewa Kobranockę, jak zwykle bez szacunku dla sepleniącego oryginału, drąc się wyraźnie „nie dziwisz”, kiedy wszak powinno być „nie dziwis”. Miasto usypia spokojnie, miarowo, długimi haustami.

Ciepło.

TSM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s