W wigilię święta, które teraz jest moje.

Rodzicielstwo to nic innego jak kostium, jeden z wielu. Niektórym ludziom od razu pasuje idealnie, inni muszą go trochę rozchodzić, dosztukować po bokach, przerobić. Wielka Matka i Stary Ojciec swojego czasu wyglądali w nim świetnie, umieli go nosić z fasonem. Chciałabym, żeby mój leżał na mnie tak dobrze, jak na nich wtedy, żeby z równym niewymuszeniem pasował do aktualnych dziecięcych kreacji Pierwszego i Drugiej. Ale najbardziej chciałabym umieć jak oni w odpowiednim momencie go zdjąć – zanim w przykrótkich rękawach i za ciasnych nogawkach zacznę wyglądać jak debil.

Znam fantastycznych ludzi, którzy panicznie bali się tego przeobrażenia w następnego człowieka, bo uniform rodzica opinał ich tak ciasno i długo, że myśleli, że zrósł się ze skórą. Kompletnie nie wiedzieli, co mają pod nim, niektórzy wątpili, że mają cokolwiek. Do końca wypierali fakt, że z tego też powoli, ale nieubłaganie muszą wyrosnąć, bo od świata wszyscy tyjemy w doświadczeniach. Łatali co się dało, ale w końcu i tak w najmniej spodziewanym momencie puszczały im szwy i nagle stawali nago pośrodku życia, na chybcika szukając dla siebie nowej roli. Jakiejkolwiek, nie mieli czasu przymierzać.

Moi rodzice przebierali się pomału, ale bez ociągania. Niepostrzeżenie jedne spodnie zastępowali innymi, rozluźniali szaliki, zmieniali kroje. Czasem im pomagaliśmy, zniecierpliwieni zastojem, czasem zmiana była gwałtowniejsza i wymagała od nas chwili na przyzwyczajenie. Dziś musiałabym specjalnie doszukiwać się zostawionych na pamiątkę broszek czy bransoletek z tamtego zestawu, na co dzień widzę w nich tylko/aż dwójkę śmiesznych, bliskich mi ludzi. Oni nie mieszczą się w rodzicu, ja przerosłam dziecko; to fantastycznie ważne, bo dzięki temu nie jesteśmy im – temu pędrakowi we mnie i temu przewodnikowi w nich – już w stanie zaszkodzić.

Jutro będę podziwiać przed lustrem siebie w odświętnie wyprasowanym własnym matkowaniu, nowiusieńkim, nonszalancko rozpiętym, nigdzie jeszcze nieuwierającym, niezmechaconym. Wiem, że za parę lat wciąż będę w nim chodzić z przyjemnością, ale już tylko po domu, jak w rozciągniętym dresie. A potem któregoś dnia je zdejmę, starannie złożę i wcisnę do pudła, w którym trzymam dżinsowe szorty nie-wierzę-że-się-w-nie-kiedyś-mieściłam, krwiście taftową kreację ze studniówki i ślubną sukienkę. Mam nadzieję zrobić to bez specjalnego żalu.

Wszystko ma swój czas. W tej chwili jest twój, Taka Sobie, ale jednak, teraz bardziej niż kiedykolwiek, Matko.

Najlepszego.

TSM

*zdjęcie: lodz-24.pl

Reklamy

7 uwag do wpisu “W wigilię święta, które teraz jest moje.

  1. Jak zawsze wyśmienicie się czyta. Odnajduję. Moje przebranie jest chyba trochę przyduże. Ale improwizuję. Staram się. Być naj

  2. Hej 🙂 No, no, no 🙂 Posiadasz wielki talent, jestem pod ogromnym wrazeniem, nie wiedzialem, ze ktos może pisac az tak dobrze 🙂 Mysle, ze to jest forma daru, naprawdę 🙂 Niektorzy maja smykałkę do biznesu, czy interesów, a inni właśnie do pisania 🙂 Naprawde wielkie brawa. Mam nadzieje, ze nie zamierzasz w najblizszym czasie konczyc swojej przygody z pisaniem, ponieważ bez Twojego bloga zrobiłoby się pusto :p

  3. Jak zwykle samo sedno sprawy.Przyznaję że ten tekst budzi we mnie lęk.Przmijanie chociaż potrzebne i naturalne czasem mnie doluje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s