Narzędnik.

Jadę autobusem z Drugą. Na którymś przystanku robi się zamieszanie, kierowca podjeżdża na dwa razy, drze się do kogoś przez otwarte okno. Zerkam, na chodniku stoi kobieta z facetem na wózku, oboje na oko w okolicy zażywnej sześćdziesiątki. Autobusiarz, starszy mężczyzna z nadciśnieniem, skacze jak ping-pong, cały się zapala, dyszy, on obniży, on podjedzie dalej, kobita mówi, że i tak nie da rady, bo ona nawet na krawężnik nie daje, on że spoko, przecież klapa jest, wybiega, zachodzi, widzę w jego wzroku, że tak jak ja nigdy nie widział jej w użyciu. Całe szczęście nie ma ludzi. Podważamy razem, o dziwo działa. Kobieta wciąga wózek na raty, z widocznym trudem, mężczyzna pozostaje całkowicie bierny, dłonie na kolanach, pusty wzrok. Kloc o ładnych rysach dansingowego wodzireja.

Nie jest niepełnosprawny umysłowo, to widać na pierwszy rzut oka. Na udar zbyt symetryczny. Zauważam zaczepioną o oparcie kulę – czyli bywa, że chodzi. Druga wskazuje na niego palcem (wskazywanie palcem to jej główne zajęcie ostatnio), on odwskazowywuje, uśmiecha się, po chwili tej szalenie zajmującej zabawy śmieją się oboje. Czyli bywa, że się śmieje. Potem okazuje się jeszcze, że bywa, że mówi, bywa, że umie się przytrzymać, bywa, że ma chochliki w oczach.

———————————————

Widziałam to wielokrotnie u ludzi po wylewach, po wypadkach. Niekiedy to oni zapuszczają korzenie. Nie mogąc znieść niemocy, pampersa, unieruchomienia w ciele pokrywają się korą, drewnieją, mimo wysiłku rodzin – szarpiących, krzyczących, błagających, walczących – obojętnieją. Zaczynają szeptać, bełkotać, w końcu milkną. Czasem odmawiają jedzenia i usychają. Czasem nie odmawiają niczego i na długie lata stapiają się z meblościanką.

Przy Pierwszym, jak już na bardzo szybko i bardzo powierzchownie odżałowaliśmy nobla, wnuki, rowerek na czterech-a-potem-dwóch kółkach i pierwsze kroki, jak już obcięliśmy zaczynając od zewnątrz wszystkie te zbędne przydatki do dzisiaj, bardzo niewiele nam zostało. Jądro, chciałoby się rzec, ale to zdecydowanie brzmi zbyt dumnie, zbyt „zawieram w sobie wszystko, co ważne”. Ni huhu. Został nam krzywy skrawek gdzieś z tego boku kartki, gdzie nie ma żadnego rysunku, kawałek nic, coś, czego trudno było się chwycić nawet dwoma palcami, a chcieliśmy czterema co najmniej, bośmy se to dziecko w sumie razem robili.

Oprócz rachunku możemy nie mieć dla własnego zdrowia psychicznego musieliśmy równie pobieżnie a w miarę dokładnie przeliczyć słupek nie chcemy. Albo chociaż byłoby nam bardzo żal, bo chcieć to my sobie mogliśmy. Patrzyliśmy na tego nieobecnego, szpitalnie zdziczałego noworodka, który reagował na nasze przymilania się dokładnie nijak i wyszło nam, że najsmutniej by było, gdyby Pierwszy był tak bardzo nie bardzo, że nie bylibyśmy w stanie zobaczyć w nim dziecka. W sensie podlewalibyśmy go, przycinali, wystawiali do słońca, bo  ładne, kochali, owszem, ale tak jak kochałam kiedyś (z wzajemnością) sukulenta wyhodowanego z ziarenka. Niech już nie biega, nie chodzi, niech leży nawet – mówiliśmy sobie – ale rili, Wielki Złośliwcze, niech rozumie dowcipy. Durne chociaż. Takie, że ktoś na grabie wlazł. Niech go te wróble za oknem jarają.

Po jakimś czasie okazało się, że wróble spoko, ale to my nie mamy czasu na dziecko. Takie prawdziwne w sensie. Takie co się z nim bawisz, kiedy ci się żywnie podoba, które śpi, bo chce, a nie, bo jest fizycznie wykończone. To też nic niezwykłego. Po takim wylewie też zdarza się przecież, że pieluchy nie może znieść żona. Że mąż musi wyłączyć w sobie męża, żeby nie zwariować. Że wdraża się system koniecznych zabiegów pielęgnacyjnych, rehabilitacji, konsultacji, że dba się o tę swoją drugą połówkę tak, jak się powinno, tylko jakby przestaje się ją pytać o zdanie. Odmawia się jej prawa do zmęczenia, gorszego dnia, końcówki odcinka. Że się zakłada klapki na oczy, bo trzeba iść do przodu, ciągnąć do przodu, przestać się zastanawiać.

No więc myśmy szli tą Vojtą, cztery razy dziennie, codziennie, rozbieranie, darcie, ubieranie, dwa razy w tygodniu u rehabilitanta, w międzyczasie robiąc milion Bardzo Ważnych Badań u Bardzo Ważnych Profesorów. Pierwszy gdzieś się w tym gubił, zostawały mu rączki, nóżki, odruch Babińskiego, napięcie wentralne.

Zwykle ćwiczenia znosił dobrze, a sądząc po odgłosach z poczekalni u naszego magika, fantastycznie. Nie trzeba było go po nich uspokajać, nie wył specjalnie, czasem trochę się podarł, tak bardziej ze złości nawet, i tyle. Któregoś dnia byliśmy w dole sinusoidy, zmęczeni, na autopilocie. Tamtego przedpołudnia ćwiczył TST, ja coś czytałam. Woła mnie. Patrz, mówi. Łapie dziecko, a mały w ryk. Przeciągły, żałosny, skomlący. TST ćwiczy drugą stronę, no bo trzeba, patrzę, nie ma reakcji. Zmiana chwytu, 30 sekund. Spokojne, znane na pamięć ruchy. Pierwszy tylko wyje jednostajnie – nagle orientuję się, że to nie prośba o pomoc czy litość, to najczystsze „a odwalcie wy się wszyscy ode mnie”. W następnej serii TST puszcza go zanim wskazówka dojdzie do tej szóstki czy ósemki. To nie ma sensu, mówi. Patrz. Patrzę. Za okno też patrzę. Ciepło. Słońce.

Tego dnia nie ćwiczyliśmy już w ogóle. Pojechaliśmy nad jezioro. Zeżarliśmy tonę lodów. To paradoksalne, że to właśnie ta znienawidzona (przez ogół, myśmy do niej specjalnie nic nie mieli oprócz znużenia) i zmechanizowana do granic Vojta sprawiła, że zobaczyliśmy w naszym synku człowieka. Który nie tyle, że cierpi katusze – który najnormalniej w świecie źle wstał. Któremu się nie chce. Który też ma dość. To było niesamowite odkrycie i wielka ulga.

————————————————————

Rozochocony dobrym uczynkiem kierowca pyta mnie przez pół autobusu, gdzie wysiadam, to on mi też obniży, a co. Odkrzykuję, że nie trzeba, że jeśli tylko blisko krawężnika podjedzie, to dam sobie radę.

– No, z takim lekkim to łatwo – mówi kobieta a z tym… – wzdycha, nieznacznie przewraca oczami w stronę mężczyzny, na powrót otępiałego.

Patrzę na nich oboje i myślę, szczerze, bez cienia drugiego dna, jakie to szczęście, dla wszystkich, że w języku polskim „ten” i „to” w liczbie pojedynczej odmieniają się prawie tak samo.

TSM

Reklamy

17 uwag do wpisu “Narzędnik.

      • dobra, chciałaś to masz – w koncu mam pytanie w temacie, a nawet w dwóch. 😉

        Bo teraz mocno mnie to zastanawia – jak już mam zgrubną orientację przez co przechodziliście z Juniorem, jak pisałaś wcześniej, ze wózek to nie było coś z czym trzeba się pogodzić, tylko marzenie, że dziecko będzie wreszcie mobilne – jak sobie przypomniałem ten tekst:
        https://takasobiematka.wordpress.com/2014/06/28/odwaga/

        Jakim cudem zmajstrowanie Drugiej nie wymagało odwagi? No, może nie podczas samego aktu, ale planując, myśląc o przyszłości…

        Myśmy swojego dzieciaka też zaplanowali, ale cholernie sie baliśmy podczas ciąży, czy nie będzie miał jakiejś wady genetycznej, i odetchneliśmy z ulgą po badaniach prenatalnych. Za to problemem okazał sie poród – teraz to sie sami śmiejemy, ze mały chciał popełnic samobójstwo, jak sie zorientował do jakiego kraju trafił ;). w duzym skrócie: złapał zapalenie płuc, owinął szyję pępowiną i na koniec próbował zadławić się smółką – potem pobyt w szpitalu dziecięcym, potem tez rehabilitacja, ale lajtowa – Bobathem… plus jeszcze kilka (relatywnych) drobiazgów, choc wkurwiających…

        I myslimy tez o drugim dziecku, ale przygody z pierwszym nas mocno odstraszają.
        Ludzie nam mówią, że tak źle nie będzie, że „tyle przeszlismy z pierwszym, że na pewno teraz będzie ok…”. A nas gnębi myśl, że wcale nie musi. Że prawidłowości statystyczne są tylko statystyczne. To nie reguła od której nie ma wyjątków… W końcu prawo Murphy’ego mówi, że jak cos się może spieprzyć to się spieprzy, czego mieliśmy przykład na zywo…

        I nawet nie tyle się boimy o siebie, czy damy radę, ale o niego/nią, o to, że możemy juz na starcie spieprzyć życie komuś kto nawet tego życia nie zna i jest tak od nas zależny, a my możemy nie byc w stanie uchronić go przed problemami od nas niezależnymi… Bo przecież nikt gwarancji nie da, że „wszystko będzie ok”. Bo przecież nawet badania prenatalne, to tylko zabawa prawdopodobieństwem…

        • Hmm… Zawsze wiedzieliśmy, że chcemy mieć więcej niż jedno dziecko. Jak się okazało, co się okazało, był oczywiście moment, kiedy wizję rodzeństwa odwiesiliśmy na kołek, ale też głównie ze względów technicznych – z dzieckiem całkowicie leżącym moglibyśmy drugiego, nawet stojącego, w naszym małym mieszkanku po prostu nie zmieścić: łóżko przeciwodleżynowe, inne cuda wianki, nie było szans. Ciśnienia nie było, i tak musiałam odczekać po cesarce, stwierdziliśmy, że zobaczymy, jak się potoczy. Potoczyło się lepiej niż ktokolwiek odważył się prorokować. Między Pierwszym a Drugą są prawie równo dwa lata różnicy. Kiedy braliśmy się za nią;>, Pierwszy wprawdzie jeszcze nie chodził, ale już stał, jako tako siedział, wygaszaliśmy Vojtę pomału – ogólnie wiedzieliśmy już, że mieliśmy szczęście, że nam się, na tyle na ile mogło w tych warunkach, usrało. Druga po prostu w naturalny sposób wróciła na tapetę (na tapet ponoć, ale nie umiem się przemóc;).

          Pierwszy nie ma wady genetycznej, tylko takie… coś, nagłe, nikt nie wie skąd. Przez całą ciążę był zdrowy. Ryzyko pojawienia się czegoś przy Drugiej było więc jakby liczone od początku, jak dla każdego innego dziecka. Gdyby miał chorobę dziedziczną o podłożu genetycznym, pewnie zastanawialibyśmy się dłużej. Pisałam, że Druga nie wymagała od nas odwagi, bo tak było. Taką mamy konstrukcję psychiczną, nie zatrzymywaliśmy się nad tym specjalnie. W pierwszym losowaniu wylosowaliśmy trochę krzywo, ale w sumie wyszło fajne dziecko, daliśmy jakoś radę, spróbujmy jeszcze raz. Obiecaliśmy sobie tylko, że jak Druga też wyjdzie gdzieś nie tego, to już trzeciego nie robimy 😉 Poza tym cała historia z Pierwszym paradoksalnie działała relaksująco – wiedzieliśmy już, że może stać się WSZYSTKO. Że jakbyś nie spinał pośladów, zdrowo nie jadł, dbał o siebie, odmawiał paciorki i inne takie, to i tak nie przewidzisz. Nie ma co się szarpać, chcesz, to zamykaj oczy, wkładaj rękę, wyjmuj kulkę. W końcu tych bezproblemowych jest ponoć więcej 🙂

          Co zabawne, już jak Druga miała z pół roku, Wielkiej Matce wypsnęło się przypadkiem, że oni z teściami w czasie ciąży to całe konsylia robili za naszymi plecami, że jak to, że to nieodpowiedzialne, że co będzie, jak ona też chora… Co za durne pytanie, co będzie. Nikt nie wie, co będzie. Każde może urodzić się chore. Gorzej, że nie każde może być tak cudowne jak Pierwszy ;D

          • dzięki 🙂
            o tym, że Pierwszy jest całkiem ok, to juz wiem z tekstów poprzednich, o wadach genetycznych to wspomniałem w kontekście siebie – że cholernie się tego obawialem (bo i się u nas tak złożyło, że żona doszla do wieku, gdzie badania prenatalne robi sie za darmo), a trzepnęło nas z półobrotu tam gdzie się tego kompletnie nie spodziewalismy.
            i dlatego teraz tkwi w nas w sumie jeszcze większa obawa, że wszystkie potencjalne problemy liczą się od początku i tylko prawdopodobieństwo nam rośnie.

            Widzę, że w żonie trwa wewnętrzna walka, między potrzebą powiększenia rodziny, a obawą, że teraz może być gorzej, bo w sumie to mieliśmy szczęście.

            No niby wiem, że życie to jest ciągła gra i ciągłe ryzyko, ale jakoś inaczej odbieram ryzykowanie na własny rachunek, a inaczej – ryzykowanie własnym dzieckiem i ta obawa tkwi we mnie i uwiera jak jakaś zadra.

            ps. a propos cudownych dzieci – czy ja mam wrażenie, że dzieci, które swoje przeszły za młodu, to żyją intensywniej czy tylko moje ma ADHD?
            Bo mój się cholernie spieszy, zeby sie usamodzielnić. Szybko zaczął raczkować, szybko zaczął chodzić, nie daje nam chwili odpoczynku (ale może w tym pędzie do samodzielnosci szybko tez pójdzie na swoje?) 😉
            I wszystko go cieszy. Za wyjątkiem konieczności pozostawania w bezruchu.:)

          • Ja wspomniałam, bo to jednak różnica – nie wiem, czy wynik wyszedłby nam inaczej, ale wada genetyczna to jednak inna zmienna.

            Widzisz, myśmy przy Drugiej nie widzieli „ryzykowania własnym dzieckiem”, bo… jej jeszcze nie było. Z tego samego powodu nie mogliśmy „spieprzyć jej życia”, co by się nie działo. Jej potencjalna choroba zagrażała dobrostanowi naszemu, Pierwszego, psa nawet – ale nie jej. Ona żyje (i jeszcze długo będzie) w ramach, jakie jej wyznaczymy, tak, jak ją udźwigniemy i tylko tak.

            Co od ps, może i tak jest, przy czym należałoby przyjąć, że Pierwszy nie żyje intensywniej, tylko intensywniej… kontempluje;P

          • ok, rozumiem i zazdroszczę, to zdecydowanie kwestia innej konstrukcji psychicznej. 🙂

            Wasze podejście przypomina mi epikureizm (i najbardziej znany cytat Epikura):)

            My natomiast po prostu nie potrafimy niemartwić się na zapas.
            Ja tuż po urodzeniu się małego, oprócz naszych codziennych zmartwień martwiłem się m.in. tym co będzie jak juz będzie nastolatkiem. Przeszło mi jak już przekroczyłem jakąś swoją granicę wytrzymałości. Natomiast teraz to mam drugi powód do zamartwiania się potencjalną przyszłością, więc mózg mi szaleje używając resztki mocy nie wykorzystane na oddychanie i chodzenie jednocześnie 🙂

          • Dzięki za komplement. Ja akurat uważam, że prowadzenie wewnętrznej walki jest głupie, bo obojętnie kto wygra, to zawsze jestem przegranym 😉
            Ale coż mogę na to poradzić, że niemal wszystko co robię (za wyjątkiem podstawowych czynności) jest efektem wewnętrzych rozważań i rozterek. Potrafię 5 minut stac przed chłodnią z masłem szukając najsensowniejszego wyboru.

            I zastanawiam sie skąd swoją pewność wziął nasz syn. Bo nie po nas. A on wie, że chce iść „tam” i zrobi wszystko, żeby tam trafić. On wie, że chce poprzestawiać słoki i puszki na półkach, i będzie próbował nawet kilka razy dziennie, bo kiedyś nie zdążymy zareagować 😉

  1. W sumie nie bardzo wiem jak się mam odnieść do tego, co napisałas. Bo bardzo często też nie wiem jak zachować się wobec osób, które potrzebują pomocy. Niektóre bowiem sa takie, że jej potzrebują, ale wstydza się prosić. A inne sa takie, ze jak się im pomoże to sa jeszcze złe, że się uważa, że same sobie nie dadza rady, a przecież jeszcze są w stanie sobie jakiś radzić…

  2. Hmmm… niestety najlepiej ja tak uważam być sobą. Tzn zainteresować się kiedy trzeba ale bez zbytniej nachalności czy pretensonlizmu. Czasami ludzie już maja dość utrudnień i nie chce im się walczyć i krzyczeć a taka niby z pozoru zwykła uczynnośc może pomoć czy nie dobijać kogoś …

  3. Mam podobne rozterki jak przedmówcy. Lubię innym pomagać ,ale też nie lubię być nachalny. Często jest tak, że po prostu podchodzę i spokojnie bez nachalności pytam czy pomóc. Wielu ludzi wstydzi się poprosić o pomoc i rozumiem to. Ale właśnie ktoś kto dostrzega sytuację powinien się spytać czy ktoś pomocy nie potrzebuje.

  4. Cóż mogę napisać na temat twojego postu, jestem tak wrażliwym człowiekiem, że ile kroć widzę takie niepełnosprawne, nieszczęśliwe osoby jak ta, o której napisałaś i jak sobie pomyślę, jak ciężko mają w życiu, to łezka mi się zbiera w oku. Tak samo teraz gdy przeczytałem co napisałaś. Szkoda zarówno tego człowieka, jak i jego najbliższych…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s