Stary Ojciec: Dodgson.

Mam takie grubsze naście lat, nie wiem, szesnaście może. Ktoś mnie szantażuje emocjonalnie w sposób najprymitywniejszy i najskuteczniejszy z możliwych: nieświadomie, z autentycznej potrzeby. Trochę piję, bardzo płaczę, wymiotuję strachem i migreną w objęciach, którym mogę ufać na ślepo. Uspokajam się, ale nie do zaśnięcia. W końcu idę do ojca, otwiera oko, o nic nie pyta, mówi tylko: „chodź, córuś”. Wtulam się, jakbym miała sześć lat, niknę, jakbym miała trzy.

Odkąd pamiętam Stary Ojciec był od spraw ostatecznych, tych, których inni dorośli po prostu nie rozumieli. Był wielki, wyrysowywał sobą jakąś ramę, stanowił rusztowanie zupełnie innego typu niż Wielka Matka. Potem, ni z tego ni z owego, zaczął karleć. Nie mam pojęcia, od czego się zaczęło, kiedy dokładnie spojrzałam na niego inaczej. Nim się obejrzałam, stałam pośrodku niczego.

Wyobrażaliście sobie kiedyś, jak smakują te wszystkie ciastka i dekokty z Alicji w Krainie Czarów? Na początku są w sumie ok. Słodkawe, mają wprawdzie gdzieś na dnie gorzką nutę trucizny, ale jak je gryziesz pierwszy, łykasz drugi raz, masz takie przekonanie, że panujesz nad przyrodzeniem, odkrywasz swoją prawdę, realny rozmiar rzeczy. W nadmiarze – a ciężko przestać – wywołują mdłości.

Długo nie mogłam znieść dysonansu. Teraz, kiedy robi coś, po czym zaczyna nagle maleć, umiem już zdążyć zjeść coś odpowiedniego, zanim do reszty stracę perspektywę. Zawsze noszę po kieszeniach okruszki, awaryjny zestaw uspokajających zastrzyków z rozsądku, odpryski wspomnień. Bardzo staram się huśtać tylko z takim wychyleniem, z którego jeszcze widać całego człowieka.

Zastanawiałam się, jak to jest, że z Wielką Matką tak nie mam, mimo całej jej śmieszności. Wyszło mi, że Staremu Ojcu w moim układzie współrzędnych przypadła rola wertykalna. Niezbędna i niewdzięczna. Żeby się nie rozlać, nie rozleźć, trzeba aspirować, dorównywać, przeskakiwać poprzeczki, przewyższać pokładane nadzieje, piąć się, sięgać gwiazd. Pierwszy i Druga też będą, i dobrze. Byle nie po mnie, względem mnie, dla mnie, przeze mnie. Ja chcę być jak ziemia: z większości punktów widzenia taka sama, nudna, płaska, czasem irytująco błotnista i wyboista, twarda. Podstawowa. Chciałabym, żeby się mną kompletnie nie przejmowali – chciałabym stanowić wygodny punkt odbicia do skoku – chciałabym, żeby w razie czego upadali w moje na wylot znane kamieniste ramiona. Chciałabym, żeby nie czuli, że ciążą ku mnie.

Rośnijcie sobie, dzieci, rośnijcie w swoim tempie. Spróbuję nie usuwać się spod nóg.

TSM

Reklamy

5 uwag do wpisu “Stary Ojciec: Dodgson.

  1. Dokładnie wczoraj naszły mnie takie myśli, kiedy wracałam z mężem i córką z weekendu u rodziców. Świat się może zawalić, relacje z rodzeństwem mogą być parszywe, życie trudne i pogmatwane, ale żebym tylko miała pewność, że rodzice są mocni ze sobą i dla siebie, że nie muszę się o nich martwić. Mój mąż tak ma, ja nie. Myślę, że dzięki temu jest silniejszy, pewny, stały. Chciałabym, żeby nasze dzieci też tak miały.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s