Jazgot.

Lubię ten moment, kiedy staję przed grupą obcych i przez chwilę mierzymy się wzrokiem. Próbują zgadnąć, z kim mają do czynienia, jeżą się, zawsze odrobinę się jeżą, jak bardzo nie udawaliby zblazowanych. To atawizm. Biorę głęboki wdech, jakbym chciała ich do siebie przysunąć trochę, wchłonąć kawałek dzielącej nas przestrzeni. Zaczynam, w ciemno, aż do pierwszego przecinka z kulką w żołądku, aż do pierwszej kropki  z drżeniem. Potem zwykle robi się przyjemnie, czuję się, jakbym dyrygowała orkiestrą.

Kiedy mówię, ludzie mnie słuchają.

Tembr taki mam, charakterystyczny, po mamie. Gdy chcę, jestem po prostu słyszalna, nie muszę krzyczeć, żeby dotrzeć do końca sali. Nie używam mikrofonów. Zagarniam parkiet. Potrafię przekonać setkę ludzi, że mówię do nich, do ciebie, właśnie do ciebie, i do tego pana po lewej czasem. Kocham to, co robię, nie każdy musi kochać to ze mną, ale olbrzymiej rzeszy nierozkochanych moja autentyczna fascynacja pomaga jakoś przetrwać. Wiem to, perfidnie to wykorzystuję.

Mimo tego rzadko ulegam pokusie jednoczenia. Pokazuję, zapraszam, przekrzywiam głowę, robię z siebie durnia, wyciągam ręce – ale stronię od „my”. Nie unoszę takiej odpowiedzialności; nie chciałabym, żeby ktoś choć o sekundę za późno zorientował się, że jednak się rozchodzimy, że go wiodę na manowce, że nie całkiem pojął. Jestem pewna swego, niepotrzebne mi czyjeś.

Ostatnio jakoś bardziej niż zwykle męczą mnie ci, którzy się nie słyszą, nie znają skali. Nie każdy może wyć, skowyczeć trzeba umieć, żeby być głosem pokolenia, należy przejść mutację. Owszem, jest teraz łatwiej. Dociera się dalej. Można jak tarczą zasłonić się tymi, którzy milczą i chętnie pobędą z tobą, żeby ktokolwiek cokolwiek wreszcie za nich powiedział, żeby w końcu mogli wypuścić nagromadzone w pozbawionych języka ustach powietrze.

Męczy mnie wszechobecny przeciągły pisk. Wzmacnianie megafonem cieniutkich jak szpitalny rosół głosików, w nadziei, że jak się wystarczająco głośno drzesz, to nikt nie zauważy, że nie masz pojęcia, jaki jest twój ton, jaką barwą powinieneś się posługiwać. Że jak tak się wszyscy z tobą napną, tego, pohuczą bez sensu, to coś się zmieni, poczujesz siłę, w końcu coś pęknie, złamie się, ułoży na nowo, runie. Dupa tam. Zawsze, przezawsze zawala się od właściwego szeptu.

Mów za siebie.

TSM

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Jazgot.

  1. Bo miedzy „mówić”, a „mówić”, kryć się może ogromna przepaść. Czasem „mówiąc” możemy więcej osiągnąć, lepiej dotrzeć do odbiory c przekazem niż krzycząc. Szkoda, że tak wielu wokół nas o tym zapomina, krzyczy nam do ucha tak głośno, że bliscy jesteśmy ogłuchnięcia. Nie tędy droga, czyż nie? pozdrawiam

  2. Pingback: Share Week 2016. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s