Niedziela.

Znam tylko jedną osobę, która wróciła Stamtąd.

Słowo obleśny stworzono dla takich jak on. Niski, łysiejący, nalany, z podkrążonymi oczami i krzywymi zębami, cały nader ropuchopodobny, śmiesznie chodzący, krótkoręki, powolny. O 21:00 zamykaliśmy budę, przestawał być moim szefem, przenosiliśmy się na patio, schodzili się ludzie: przyjaciele, znajomi, sprzedawcy z tej samej ulicy, wszyscy ci wiecznie będący-przejazdem, wpadający-na-chwilę. Mnóstwo jedliśmy, piliśmy, śmialiśmy się. Miał materac na zapleczu i niesamowitą kolekcję muzyki na minidiscach, czasem przyjeżdżał jego nieziemsko przystojny brat i grali sobie na żywo. Marihuanę trzymał w litrowym pojemniku po lodach; najpierw myślałam, że trochę diluje na boku, ale okazało się, że i na własny użytek musiał stale uzupełniać. Zjaraliśmy pole, zanim ostatecznie nie zaakceptował faktu, że szkoda na mnie zioła, bo mój organizm nie przyswaja THC. Rozchodziliśmy się o trzeciej nad ranem, by o ósmej podnieść rolety i zacząć zmywać podłogi. To były dobre, bardzo dobre wakacje.

Któregoś wieczoru po raz kolejny stwierdziłam, że zapuszczanie nie jest dla mnie i poprosiłam go, żeby, nim wszyscy się zejdą, ogolił mnie na trójkę. Siedziałam na taborecie pośrodku pustego sklepu, lekko absurdalna taka z kieliszkiem wina w dłoni na czarno-białych kafelkach w szachownicę, czekając aż naładuje się maszynka. Bezmyślnie wodziłam wzrokiem za jego odbiciem w lustrze przebieralni. Ściągał bluzę, podwinęła mu się trochę koszulka. Złapał mój wzrok, uśmiechnął się, pokazał całe plecy.

Cremallera.

Suwak. Zamek błyskawiczny znaczy się. Może i, choć mnie ta ciągnąca się wzdłuż całego kręgosłupa bladoróżowobeżowa, gruba na dwa palce blizna bardziej przypominała niedbale zapleciony warkocz albo wytarty powróz. Zgodził się, zanim miałam czelność wyartykułować sama przed sobą rodzącą się we mnie konieczność.

Spokojnie, to normalne. Wszyscy chcą dotknąć, chodź, zobacz sobie.

To normalne. Przemożna potrzeba sprawdzenia, upewnienia się, poczucia na własnej skórze, własnym palcem. Wstałam, musnęłam, była gruzełkowata i śliska. Usiadłam. Zwinął blanta, pochylił się nade mną, zabrzęczało ostrze. Zaczął opowiadać, powoli, urywanie i w skupieniu: nie dlatego, że tego wymagała historia, tylko żeby mnie nie pozacinać i nie poparzyć. O miłości, co zasłania horyzont, o tym, jak nie można oddychać, gdy się nagle kończy, o tym, jak bardzo się starał wziąć wdech i jak na nic się to zdawało, o przytłaczającym zmęczeniu. O wysokim budynku, dachu, kroku. O tym, że to wcale nie boli.

Boli później.

Nikt nie miał pojęcia, dlaczego przeżył: ani on, ani ci, co go znaleźli, ani policja, ani lekarze, co mu skręcali kręgosłup.

– Lu, motyla noga – pytam, już łysa, między jednym a drugim kęsem fantastycznej wołowiny z grila, otoczona ciepłem wieczoru i rozmów o niczym ludzi, którzy czują się ze sobą swobodnie i bezpiecznie – i co?

– Co i co? – nie rozumie i ciamka donośnie, wycierając bagietką sos. Francuzi.

– No nie wiem, żałujesz, nie żałujesz, zmieniłeś coś, nauczyłeś się czegoś, zostało ci coś oprócz tego suwaka?

Uśmiecha się, patrzy mi w oczy. Bezpretensjonalny, pogodny, spokojny. Rozumiemy się.

—————————–

Z okazji nadchodzących świąt Wielkiej Nocy życzę Wam wszystkim tej rozświetlającej spojrzenie pewności, że każde z Waszych bolesnych zmartwychwstań ma sens.

TSM

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Niedziela.

  1. Pingback: Tekst roku. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s