Pocztówka z niedzieli: węch.

Mój zegar biologiczny wie, że to już TA pobudka, że smoczek nic nie da, że jest po piątej, dla Drugiej obojętne – pięć po czy dwie godziny po. Ciało się opiera, nie otwieram oczu. Wdech. Ciepły, słodkawy zapach śpiącego pokoju, kurz, ledwo wyczuwalna zmięta nuta tabletek amolowych. Choroba. Muszę zmienić pościel.

Po omacku biorę na ręce moje gotowe do podboju świata dziecko, idziemy do kuchni, odsłaniamy rolety. Zobacz, Druga, świta, to czerwone to świt. Chodź, trzeba się przywitać. „Dzień dobry, Nowy Dniu” się mówi. Nauczysz się jeszcze.

Pięć paluszków dotyka okna, ciepło, para w kształcie rączki i niekształtna plama od mojego czoła wciąż szukającego oparcia. Lód. Chłodne szkło pachnie lodem.  Robimy mleko, co?

Jeszcze zanim otworzę puszkę, wiem, że za sekundę zanurzę się w Cremonie. Nigdy nie byłam w stanie stwierdzić, czy rzeczywiście wszystkie lepkie mleczne proszki świata pachną jak ta peerelowska śmietanka do kawy, czy też to mój mózg z automatu projektuje na nie masochistyczne wspomnienia z dzieciństwa: zbiorowe wykradanie zakazanego owocu łyżeczką, jeszcze tylko jedna, póki zajęci imieninami rodzice nie patrzą, zawsze na granicę mdłości. Uśmiecham się.

Dom wstaje.

Na klatce wciąż farba i tynk, przyjemne mrowienie mokrego kamienia. Na zewnątrz brudna zgnilizna przedwiośnia, zimno. Sklep. Pani przede mną dobiera perfumy do tapiru, wciska się nimi w każdą szczelinę, ucieleśnienie dusznego zapachu stylonowych płatków sztucznych wiązanek pogrzebowych. Odpływa statecznie, długo jeszcze nie czuję chleba.

Śniadanie, dzieci, masło, dużo masła. Sucha, trzeszcząca, kukurydziana woń chrupek ryżowych i psich łap. Chusteczki nawilżane, charakterystyczna sterylna sztywność zapachu nowych-nie-pranych-dresów-ze-sklepu, niech tam, Druga nie umrze, nie ma innych czystych. Gęsta, zwyczajna, zatarta przedpołudniowa mieszanka, raz tylko przeryta mocnym akcentem pomarańczy. Nie lubię.

Bezpieczne, czerstwe, lekko metaliczne plastiki w autobusie. Wilgotna ziemia, ogólne pęcznienie – jeszcze bardziej rozkładu, ale już zaczyna wysychać; ślimaczenie się gdzieniegdzie przechodzi płynnie w jędrność. Balsamiczny, ciężki, kadzidlany, hiperprzyjemny zapach palonych na działkach sasuloków – nie wiedziałam, że to już. Dynamiczny, ostry amalgamat spalin, benzyny i kawy z automatu. Smugi czyichś obiadów.

Pani Teresa z dołu robi gulasz, ziele angielskie i cebula rozsadzają mi łazienkę. Zjadłabym. Druga się budzi, dopiero teraz zauważam, że półtorej godziny spała na dużym plastikowym klocku. Śmiesznie tak, octowy, kwaśny zapach skóry spod zegarka nie pasuje do niemowlęcia.

Kolaż przedwieczorny z przewagą wody i pieprzu. Makrela, ostatnia chyba przed jesienią, wiosną i latem jadam inne ryby. Wino, w smaku mniej cierpkie i zapiaszczone niż mi się wydawało.

Chłodny, sinawy zapach pierwszego w tym roku prania suszonego na dworze. Wydech. Tak dobrze zasypiać w powietrzu.

TSM

*zdjęcie: http://www.dziennikwschodni.pl

Reklamy

9 uwag do wpisu “Pocztówka z niedzieli: węch.

  1. ech, węch. Ja to mam jakiś upośledzony. Zauważam intensywne zapachy – jedzenie, zapach gazu, kupa…
    Cała reszta przemyka prawie niezauważalnie. czasem się zastanawiam, czy to kwestia tego, że mam nos upośledzony i przez to nie zwracam uwagi na wiekszość zapachów, czy może odwrotnie, że organ nie używany zanika 😉
    no i czasem się jeszcze zastanawiam na ile to zaleta a na ile wada.
    Bo z jednej strony łatwiej mi przewinąć dzieciaka nie mdlejąc przy tym;), z drugiej perfumy, dezodoranty, itp. zapachy słabsze od pieczonego kurczaka (no, trochę przesadzam, najsłabszym zapachem jaki odróżniam to świeży przekrojony ogórek) dla mnie nie istnieją. Chyba że w kategorii „piorun w drogerię trzasł”.
    O, no właśnie – dlaczego nie robia perfum o zapachu smażonego boczku? Takie to kazdy facet zauważy i doceni 😉

  2. poczułam cały wpis.
    nie wiem czy to zaleta czy wada – ten doskonały węch.
    z jednej strony pracownik mnie nigdy nie oszuka czy pił czy nie 😉
    z drugiej połowy życia wolałabym nie czuć zwłaszcza komunikacji miejskiej i mięsnego.
    ale zapach robienia czekolady z wedla, ktory czesto do mnie przylatuje..
    zapach koszonej trawy i mojej mamy.
    dobrze, że jednak to wszystko czuję, bo często nie widzę.
    pozdrawiam.
    i dodam po warszawsku: strasznie lubię twój styl.

  3. Lubię te twoje wystukane litery… Koncentrują emocje całego dnia, umiejętnie dobrane. spójne.
    Pranie suszone na dworze… wydech… Przed chwilą o wydechu mówiła mi Chodakowska, a teraz pędzę na balkon, zdjąć sukienkę. Ze sznurka, nie z siebie. 😉

    Pozdrawiam

    Magdalena

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s