Kontrakt.

Nie wiem, jak się to badziewie w oficjalnym żargonie psychologów określa; anioły w szpilkach, które miały mnie przekonywać o jego zbawiennym wpływie na najbliższą przyszłość, nazywały to zawsze Kontraktem.

Za pierwszy razem nie mogłam uwierzyć. No bo rili. Stoi przede mną jakaś siksa w moim wieku. Ogólnie nijaka taka, ale dobrze obrysowana: okulary z grubą kolorową oprawą, konturówka, kostiumik z elementem fancy i dynamizm. TEN dynamizm. Klipczart, uśmiech, uścisk, pełna profeska. Wdzięczy się dziewczę chwilę dłuższą, już jesteśmy na ty, choć brudzia pijamy w zgoła różnych dzielnicach, wyjmuje pisaczek, dzieli na dwa i pyta. Bo ona to by chciała, żebyśmy, tu ona naskrobie nasze obowiązki i prawa, a my zaraz jej tu, co ona może, a co nie. Podpiszemy i będzie obowiązywało, a gdyby, to ona tu zaraz pokaże punkcik. Zastyga, ja najpierw dębieję, potem niemal mdleję, kiedy na wyprzódki zewsząd padają nader racjonalne propozycje, jedna przed drugą – że podnosimy ręce, że szanujemy interlokutora, że mamy prawo do siku. Panienka uwija się z pisaczkiem zostawiając w powietrzu smugę wewnętrznego blasku.

Po kilku godzinach, kiedy orientuję się już nieźle, kto jest kto, w przerwie kawowej przypieram do muru jedną doświadczoną, niech mi wytłumaczy, co to było, dlaczego ci wszyscy sensowni, jak się okazało, ludzie tak w momencie dali sobie skrócić spodenki i zapleść warkoczyki? Popatrzyła na mnie z politowaniem. Jacy dorośli ludzie, jaki rozsądek? Dziecko, jak nie podasz przynajmniej pięciu punktów, to to może trwać i godzinę, a nie daj boże, jak jej wpadnie do głowy, że grupa jest zamknięta i przed kontraktem należy się runda ćwiczeń integrujących, to byś do konkretów nie dotarła i do obiadu… A tak, widziałaś – dasz jej te pięć minut sekciarstwa i nawet ma coś do powiedzenia.

Wielokrotnie później dawałam się gwałcić przez flamaster dla dobra grupy i własnego, czasem zdarzyło się nawet, że ta czy inna gwiazda kołczingowego firmamentu pogroziła paluszkiem niesubordynowanym uczniakom – zawsze pocieszało mnie jednak, że żadna nie była na tyle durna, żeby rzeczywiście wyciągać kontrakty z szuflady. A, myślałam naiwna, znajo granice absurdu, znajo, tylko udajo. Ta.

Temat powrócił, kiedy zachciało mi się zostać tutorem Akademii Przyszłości. Całe doświadczenie nadaje się na osobny post, który nie powstanie, ale zaczęło się od szkolenia. A szkolenie od tego, jak spisać kontrakt. I wiecie co? Oni, ci w grubych oprawach, w to wierzą. Że da się równość, szacunek i zaangażowanie zapisać na kartce. Że ta kartka, poza momentem spisywania (bo dzieci nie są jeszcze tak cyniczne jak dorośli uczestnicy treningów motywujących i można z nich przy odrobinie sprytu wydobyć faktyczne oczekiwania i lęki), do czegoś mi się przyda. Że jak mały nadaktywny agresor wisi na lampie, to ja go pogonię kawałkiem papieru, wskazując, że, o tu, nakryklał swoje imię i jak to, a on potulnie zejdzie i przeprosi. Że jak jakimś cudem wydobędę od zahukanego, jąkającego się bąbla, że on mi może powiedzieć, że czegoś nie rozumie, to on z tego kredką na kratce zapisanego prawa będzie od wtedy skwapliwie korzystał. A jak nie będzie, to się mu przecież podsunie.

Wspomnienie z Wiosny wróciło, kiedy fejsbuk zaczął mnie zewsząd atakować podawanym z rąk do rąk regulaminem od Segritty. Zjeżyłam się automatycznie, choć w założeniu nic w nim złego, ba!, ma dać dziecku poczucie ważności przy jednoczesnym jasnym wytyczeniu granic. Granice są ważne, ja, matka tresowanego dziecka, powinnam wiedzieć najlepiej, że „każde nieuzasadnione odstępstwo od twardej domowej reguły jest jak sikanie na konstytucję” (tu). Skąd więc moje przekonanie graniczące z pewnością, że nie siądziemy kiedyś długim zimowym wieczorem i nie spiszemy złotymi zgłoskami zasad panujących w moim domu?

Po pierwsze, wychowanie oparte na handlu u nas się nie sprawdziło. Parę razy dla świętego spokoju wyrwało się nam, że Peppa to jak zjesz obiad – doraźnie skutkowało to pytaniem o bajkę po każdym kęsie i zostawianiu pełnego talerza (który bez Peppy jest opróżniany do ostatniego okruszka). Próby porzuciliśmy ostatecznie i natychmiast po usłyszeniu następującego dialogu:

– Pojedziemy do babci.

– Jak co?

– Jak to jak co?

– Jak co zrobię?

No więc tego.

Po drugie, jeżeli moje dziecko samo nie będzie wiedziało, że zawsze może się do mnie przytulić, to napisanie tego na kartce nic nie zmieni. W dodatku Segitta pisze „niezależnie od tego, czy się właśnie pokłóciłyśmy, byłyśmy na siebie złe itp. – zawsze mogłam się do mamy przytulić i ona nie miała prawa się odsunąć„, czyli to jest inne, groźne zawsze zawsze, na które w tym kontekście nigdy bym nie wpadła. Przykład z przytulaniem podałam, bo mam go pod ręką, ale chodzi mi o wszystkie tego typu fundamenta relacji. Zaklęć się nie zapisuje.

I w końcu po trzecie – cała reszta. Metafora z przekraczaniem prędkości jest świetna, tylko dla mnie wynika z niej kompletnie coś innego. Nie umrę z dysonansu poznawczego, jeśli raz za jechanie osiemdziesiątką dostanę mandat, a raz nie, bo to nie kara jest istotna. Istotna jest moja pewność, że dla wspólnego dobra dozwolone jest pięćdziesiąt. Albo się to wie, albo nie. Są rzeczy trudno naruszalne i są negocjowalne postanowienia, wszystko zależy od sytuacji, tonu głosu, dni; nawet dwulatek rozumie, że tatuś czasem pozwala mu grać w ptaszki, a czasem nie. I nie wybucha mu głowa. Czułabym się głupio, gdybym musiała spisywać nasze wypracowane długimi miesiącami umowy, gdybym potrzebowała tego rodzaju haka. Bałabym się, że młode spojrzą na mnie, jak ja na tamtą kobietę ze szkolenia: z góry, chociaż z dołu.

Uczyłam kiedyś w gimnazjum. Na długiej przerwie zabawiałam się czytaniem uwag z zachowania. Kiedy doszłam do „X uniemożliwia prowadzenie lekcji, po upomnieniu wszedł na ławkę, ściągnął spodnie i pokazał klasie nagie pośladki„, zrobiło mi się strasznie smutno. Jak bardzo bezsilnym trzeba się czuć, żeby wobec rechoczącej dwudziestki trzynastoletnich dzieciaków siąść i wpisywać kompletnie bezsensowną linijkę do specjalnego zeszytu? Może to moje spaczenie, wrodzona aspołeczność, uraz, nie wiem, ale na moje to w wychowywaniu nie chodzi o to, żeby przydybać chłopaka na nałamaniu sztywnego zestawu spisanych czarno na białym reguł i – bach! – minusik, tylko żeby stworzyć mu taki pływający mikroświat, w którym pokazywanie gołego tyłka nauczycielowi po prostu się nie mieści…

TSM

*grafika: lsotuchow.pl

Reklamy

11 uwag do wpisu “Kontrakt.

  1. Genialne! Bez kitu. Jest to jedno z tych przekonań o których się wie, ale wypowiedziane nabiera siły. Pytanie jeszcze jak stworzyć ten pływający mikroświat, ale to już chyba każdy musi sobie sam odpowiedzieć.

    • Wiesz, ja nie mam nic przeciwko rzeczom dla rodziców. Nie wszystko musi być koniecznie dla dzieci, warto sobie ułatwić życie. Tylko kontrakt mnie by nie ułatwił, bo ja staram się dotrzymywać umów, więc brak elastyczności związałby mi ręce.

      W tego typu „porozumieniach” męczy mnie kołaczące się gdzieś między wierszami niedowierzanie, nieufanie, brak wiary w swoją własną pozycję. Masz nie podchodzić do kuchenki, tak? Wiem, że o tym wiesz. Ale mimo, że wiem, napiszmy to. Jak podejdziesz, to będę miała piśmie, to już nie mnie zdenerwujesz, święte własne słowo złamiesz. Trochę to słabe.

      • Nie, nie, chodziło mi o to, że wychowawczo są dla rodziców. Robią coś, z czym rodzic sobie nie radzi, a udają, że sobie radzi. Oj, gamonica moja się zbudziła.

  2. Świetnie napisane. Też chcę wierzyć, że „fundamenta” siedzą głęboko w główkach i sercach i czułabym się dziwnie pokazując na nie palcem na ścianie. Ale durnowatych kontraktów w sytuacjach szkoleniowych bronię z dużym przekonaniem, choć nie mam okularów w grubych oprawkach. Wierzę, ba nawet wiem, że pomagają w bardzo krępujących sytuacjach, gdy dorosłej, obcej osobie trzeba sprawnie i elegancko przypomnieć o czymś, co już przedszkolak powinien mieć w miarę opanowane. Niestety, zdarza się, warto poświęcić te 5 min.

    • Może tak być. Jak pisałam, ja jestem uczulona na traktowanie mnie jak siedmiolatkę, ale zdaję sobie sprawę, że niektórzy zachowują się jak siedmiolatki – dlatego po pierwszym szoku cierpię w milczeniu ;P

  3. Myślałem nad tym i mam mieszane uczucia, ale w koncu doszedłem do wniosku, że to w sumie jest raczej kwestia dotychczasowego przebiegu wychowania, indywidualnych charakterów no i otoczenia w jakim dziecko przebywa poza domem.
    Bo np. niektóre dzieci widząc na przykładzie rodziców same z siebie rozumieją, że w domu należy pomagać, a inne – też obserwujac rodziców same z siebie rozumieją, ze za pracę należy sie zapłata. I w efekcie niektóre dzieci dzieci wystarczy pochwalić, żeby zmotywować a inne trzeba przekupić kieszonkowym. Ważne, zeby rodzic wiedział jak dotrzeć do gówniarza ;P
    Ale i każdą sytuację umiał wykorzystac wychowawczo.

    Być moze jakbyś miała na dłużej zaopiekować sie dziećmi Segritty, to też byś stworzyła regulamin 🙂

    • 😀

      To jest nadrzędna zasada nad wszystkim – każdemu co jego 🙂 Dlatego w tekście jest „u nas”, „po mojemu”. Zresztą wcale nie wykluczam, że za pięć lat odszczeknę ten tekst, no, z wyjątkiem przytulania może. Co nie zmienia faktu, że staram sobie na bieżąco wyznaczać ścieżki na podstawie obserwacji cudzych światów i na razie, mimo powarkiwań zewsząd (pogadamy, jak będziesz miała własne dzieci/pogadamy, jak Pierwszy zacznie się buntować/pogadamy, jak będziesz miała dwójkę/…), ośmielam się twierdzić, że wychodzi nam całkiem nieźle.

      • aha, jeśli idzie o drugi przywołany przez Ciebie tekst, „Życie bez zasad”, to cóż można rzec?
        Tak właśnie działa świat. Reguły są, ale raz działają, innym razem nie. Powiedziałbym, że to są bardziej reguły statystyczne, więc im wcześniej dziecko się w tym zorientuje, tym lepiej. A dzieciaki są cwane, i np drugie dziecko dość szybko zaczyna się w tym orientować 🙂

  4. Kurde, a jak kiedyś zabraknie kogoś, kto albo przekupi, albo zmotywuje, albo prośbą albo groźbą? Jak nie będzie regulaminu i umowy? Ja tam się nie znam, ale wydaje mi się, że chodzi o to, żeby ten dzieciak coś robił z wewnętrznej potrzeby, dla siebie. Aha, no i ja czasem jak się pokłócę, zezłoszczę, to wcale mi nie przechodzi, jak się ktoś przytuli. Potrzebuję trzasnąć drzwiami, ostentacyjnie wyjść na fajkę,odsapnąć, powoli odtajać. No ale u każdego działa co innego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s