Nerw.

Lubię swoje ciało – i nie jest to bynajmniej wyznanie z gatunku pudelkowych. Moją cielesność lubię, sposób, w jaki ciało mnie określa i ogranicza. Lubię czuć mięśnie; tylko dzięki fizycznemu ciężarowi mogę zostawiać ślady na śniegu. Lubię ból, płyny, wykwity skórne, nagłe zalewy hormonalne, lubię, kiedy biologia wystrychuje mnie po raz enty na dudka – bo wiem, że innym razem pozwoli mi zrobić coś, czego się po sobie nie spodziewam. Pozłotka cywilizacji na mnie jest kładziona niedokładnie i grubym pędzlem, a jednocześnie niemal wszystkie wyższe porywy, na jakie się zdobywam, wynikają z głębokiego zakorzenienia w glebie. Znam siebie, słucham siebie, ufam sobie.

Nieuchronność macierzyństwa mojego i jego naturalność wynikają do pewnego stopnia właśnie z tego wrodzonego mi prymitywizmu. Przyjęłam je z dobrodziejstwem inwentarza i zastanawiam się nad nim tylko o tyle, że rutynowo zastanawiam się w ogóle. W mojej prywatnej przestrzeni dyskowej partycja na dzieci jest dosyć skromna, czasem się jednak do czegoś przydają. Obce mi są wprawdzie zwyczajne mistyczne uniesienia, które dostaje się ponoć z matkowaniem w pakiecie, ale za to z giełdy doświadczeń życiowych piątej potrzeby zupełnie nieoczekiwanie Druga ostatnio przywlokła mi prezent – Zupełnie Nieznane Pierwotne Uczucie.

Było tak: córka moja, będąc dzieckiem zdecydowanie bardziej dziecięcym niż brat jej starszy, miewa gorsze dni, bywa czasem marudnawa i jękoląca. Spox, jest w prawie, nawet tak wolę. Tamtego poranka wstała jednak zdecydowanie prawą nogą, dzień toczył się wartko, jedzenie, kupa, gryzak, fejsik jednym okiem, drugim łapanie momentu, w którym kartonowe puzzle Pierwszego zrobią się zbyt zmamłane – spokojna klasyka. Nagle coś jej nie podeszło, podkówka, kwik. Inny niż wszystkie. Włosowaty, wplatający się płynnie w nerwy na karku, tuż pod podstawą czaszki, ściągający je w postronek, trzymający na uwięzi. Zesztywniałam. Kwik narastał, ściągał mi głowę w tył, wykręcał; z każdym podniesieniem się tonu we mnie podnosiła się zimna, jasna, bardzo głęboka furia. Smoczek. Całe szczęście zwróciłam uwagę, jak go trzymam i w ostatniej chwili zdecydowałam się go nie używać. Najdelikatniej jak byłam w stanie położyłam ją w pozycji bezpiecznej i wyszłam. Najpierw z siebie, potem z pokoju.

Szybko się uczę; już za drugim razem poczułam niebezpieczną częstotliwość zanim na dobre wgryzła mi się w pień mózgu. Takiemu Sobie Tacie, kompletnie nie rozumiejącemu tego typu reakcji, ale wytrenowanemu przez lata przebywania ze mną pod jednym dachem, wystarczyła sekunda, by bez słowa przejąć dziecko i odsunąć je na bezpieczną odległość. Złoty człowiek.

Po jakimś czasie przypomniałam sobie, że z Pierwszym też tak miałam w jednym okresie, ale znacznie, znacznie słabiej. Druga bierze mnie zwierzęco, za pysk, przygniata do ziemi, wkręca się w potylicę. Teraz, kiedy już znam na wylot to uczucie, po prostu odkładam ją na chwilę do łóżeczka, ona po pół minuty zmienia ton i po kłopocie. Tylko czasem zastanawiam się, jak bym się czuła, gdybym się tak od podszewki nie znała, gdyby nie mój nawyk czytania sobie ze ścięgien, zaciśniętych szczęk, oddechu. Gdybym nie umiała odróżnić, co naprawdę jest chęcią mordu, a co tylko mimowolnym spięciem mięśni.

No przecież dramat.

TSM

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Nerw.

  1. Dziecięcy kwik tak jest zaprojektowany, żeby budzić w nas mocną reakcję. Bo daleko byśmy jako gatunek nie zaszli, gdybyśmy ignorowali płaczące dzieci. Ulgę sprawia nam (generalnie, nie że każdemu z nas koniecznie) przytulenie dziecka. Wydziela się nam oksytocyna, uspokaja, przy okazji też sprawdzamy co tam dziecku było i gatunek żyje dalej. Niemożliwość przytulenia dziecka nasila nam poziom irytacji. Dlatego tak nas wkurzają wrzeszczące cudze dzieci. Bo nie uchodzi ich przytulić, a innego sposobu nie ma. Tylko zatkać uszy, albo wyjść. Z siebie też.

    • Jasne, i dziecięcy kwik, i małpi, i ptasi mają podobne zadanie. W każdym naszynal dżeografik powiedzą ci, że pisklę, które się w gnieździe najgłośniej drze, dostaje najwięcej żarcia, ale tylko niektóre programy wspominają, że jeśli się drze ZBYT głośno, może zostać z tego gniazda wypchnięte;>

      A tak poważniej, ciekawa ta obserwacja na temat cudzych dzieciorów, nigdy nie patrzyłam na to z tej strony. Mnie po prostu fascynuje, że jest taki dźwięk w Drugiej, który jest ze mną kompletnie niekompatybilny, niezależnie od mojego i jej nastroju wyjściowego. Może całymi dniami jęczeć, a ja zostaję jak nenufar; wystarczy 10 sekund tego specyficznego pisku i, choćbym była chodzącym szczęściem, mam ochotę włożyć sobie i jej śrubokręt w oko. To zdecydowanie nie zostało zaprojektowane;>

  2. Moja darła się nocami. Kolkowy szał, a ja marzyłam „królestwo za sen”. Długo miałyśmy kolki i żaden apteczno-babciny cud nie działał. Ten okres nadal wspominam z lękiem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s