Wielka Matka: gołe oko.

Wielka Matka położona na szali rozbrajająca-irytująca nigdy nie zajmuje bezpiecznej pozycji blisko środka. Ona w ogóle stroni od pozycji wyważonych. Dużo mówi, krzyczy, miota się bez sensu, bywa, że zastanawiamy się, czy jej roztrzepanie nie zahacza już o niepoczytalność. Nigdy nie wiem, przez ile podzielić jej opowieści. Typowy dialog:

 – Co tam na wsi?

A nic. A nie, afera jest, bo kradną.

 – Kto?

No w sklepach kradną, tych wsiowych. Wódkę, papierosy, fala jakaś. Nawet z bronią!

 [- jaką bronią?? Stary Ojciec drze się zza kadru, zza słuchawki właściwie, głosem tyleż niedowierzającym, co zawodzącym z dowierzania, wszak żyje z nią już czas jakiś.]

No bronią, przecież mówiła, że z bronią napadają.

[- No, z bronią! W Niemcach! W Lidlu!]

A może.

Jest mistrzynią w niebyciu, nie umie usiedzieć w teraztu. Gada z tobą, a sprząta. Bawi się z Pierwszym i poprawia. Je ciasto, ale grzebie w torebce. Wiecznie jest o krok przed sobą i za chiny nie może się złapać. Pewnie pomogłoby jej, gdyby wiedziała, gdzie biegnie; z mojego punktu widzenia w mało zabawny sposób goni własny ogon. Jak nikt potrafi mnie rozsierdzić bylejakością swoją, najpierw-mówię-potem-myślę powinna sobie wytatuować na czole.

Ale w gruncie rzeczy to wszystko pierdoły. Bo ona ma haczyk. Coś, co nie pozwala ani mnie, ani nikomu, kto ją zna dłużej, na wtłoczenie jej w przytulną szufladę nieszkodliwej wariatki. Coś, co zrodziło w moim ojcu przekonanie, że to jest kobieta, na której można zbudować dom, taki przez duże, pękate D. Coś, co sprawia, że chociaż czasem wydaje się, że nie potrafi sobie z palcem do nosa trafić, trzyma wszystko w kupie, jednocześnie łagodnie i za mordę, że to od niej wychodzą i do niej wracają wszystkie nitki. Długo dochodziłam, co to jest. Długo, długo tropiłam ślady.

Chronologicznie najwcześniej był chyba rower. Mój wczesnonastoletni brat chciał, taki półprofesjonalny, wypasiony. Nie stać nas było na niego, wiedział to, nawet specjalnie nie męczył, tylko oglądał te gazetki. I oglądał. I zamykał, i wracał. Szukał części, porównywał amory, mówił językiem, którego nie rozumiałam bardziej niż zwykle. I pewnego dnia Wielka Matka wzięła jakiś idiotyczny kredyt i mu ten rower kupiła. Ja zorientowałam się dopiero, kiedy zobaczyłam, jak na nim jedzie, ale ona jakoś skubana wiedziała przedtem – że to było coś więcej niż wcześniejsza deskorolka i jeszcze wcześniejszy boks, że rower albo przewóz, że od tego niemożliwego sprzętu Młody po prostu urośnie. Że później się nie odkupi tego, co można teraz mieć za półdarmo, bo za pieniądz.

Potem była opowieść z czasów studenckich. Stary Ojciec (wtedy Zapalony Idealista) był jednym z przodowników strajku studenckiego. Zabarykadowali się w akademiku, walczyli o wolność naszą i waszą, recytowali wiersze i wyczekiwali znaków lepszej przyszłości. Wielkiej Matce przypadła zaszczytna rola dziewczyny przodownika. Nic tylko się cieszyć ze zrządzenia losu i splotu okoliczności, dziergać w pamiętniczku i podsycać płomienie – młodzi, zakochani, lepszy scenariusz zbawiania świata trudno byłoby wymyślić. Po paru dniach moja mama spakowała jednak manatki, ucałowała jeszcze-nie-ojca i wznosząc środkowy palec ku święcie oburzonej gawiedzi wypisała się z interesu. Bo syf był. Ruja i poróbstwo. Gówno nie wartości, pieprzenie takie, rozlazłość i mędolenie. Bo siedzieć i gadać od rzeczy to przy ognisku też mogła, a wygodniej. Bo uwznioślone misją dziejową panienki ani myślały sprzątać po sobie w kiblu. No to się wzięła i zwinęła.

No i wiesz, darł się jak karbowy… – innym razem opowiadała mi przez telefon o absurdalnym wybuchu ojca – tak się nadął, nadął, rzucał się i w końcu złamał deskę do prasowania. No mówię ci, stary wariat!… No jak co zrobiłam? Odwróciłam się na pięcie i poszłam spać. Całe ciśnienie mi zeszło, powiem ci, z czubkami nie ma co dyskutować. Tylko się zastanawiałam, jak myłam zęby, czy najpierw się wzywa policję w razie czego, czy wariatkowo, no wiesz, jakby mnie w nocy budził… Nie doszłam do tego w końcu. Oczyma duszy widziałam tego mojego biednego tatę, zawieszonego wpół ruchu, w nagłej ciszy. Podreptał za nią do tego łóżka, co mu zostało? Następnego dnia odkupił deskę, do dzisiaj stoi.

Olśnienia doznałam dopiero niedawno. Bliskiemu krewnemu krewnego, nigdy nieobecnemu, nagle wszyscy umarli. No jasne, zapytałam go, czy chce się nim zaopiekować… No bo niby nie mieli kontaktu, ale bo ja wiem, krew nie woda, a nuż by się poczuł, to by go tu trzeba przeprowadzić, wiesz… No jasne mamusiu. Oczywiście. Krew nie woda, najwyżej miałabyś na głowie niedołężnego alkoholika, najwyżej by trzeba czasem pomóc umyć właściwie obcego menela czy coś. Wiem, że zdajesz sobie z tego sprawę i mimo tego tak po prostu, bez spinki, zapytałaś. Najwyżej.

Znam tylko kilku ludzi, którzy w analogicznej sytuacji po namyśle zdobyliby się na podobny gest, bo ich empatia, wychowanie, przyzwoitość jakaś mówi im, że to jest właściwe. Różnica jest taka, że moja matka się nie namyśla. Jej właściwie, kiedy się objawia, nie wynika z żadnego kodeksu czy szlachetnych pobudek – jest głębsze, gadzie, odruchowe jak oddychanie. W tych rzadkich chwilach przebłysku absolutnego instynktownego geniuszu gołym okiem widzi świat nagi, kompletny, jak, dajmy na to, stół. Nie roztrząsa, skąd pochodzi drewno, z którego zrobiono blat, od razu zauważa, która noga jest krótsza, wie, że wygodniej się będzie jadło z tamtej strony, bo w tej jest dziura. Nie odchodzi przyczyn, nie wróży przyszłości. Siada, najwygodniej jak się da, naprawia, jeśli się nie da. Nie ma w tym filozofii, nie ma pieśni, nawet przystanku nie ma. Jest prosta, codzienna, podwórkowa magia.

Wciąż nie wiem, czy gołe oko się dziedziczy.

TSM

Reklamy

14 uwag do wpisu “Wielka Matka: gołe oko.

  1. Nigdy nie przestawaj pisać tego bloga 🙂 Od lat przeczesuję Internet w poszukiwaniu blogów wartych tego, żeby je czytać. Wbiłabyś mi nóż w serce, do tej pory znalazłam pięć.
    P S. A jeśli już koniecznie byś musiała, to daj znać wcześniej, podrukuję sobie i książkę złożę.

  2. Pingback: Tekst roku. | Taka Sobie Matka

  3. Podwórkowa magia, ładne 🙂
    Powiedziałam TŻ, że nie rozumiem dlaczego urodził się w swojej rodzinie, kompletnie do siebie nie pasują, odmienność na każdym poziomie, wyższe i niższe obok siebie, gdzie punkt zaczepienia? Nie ma.
    U Ciebie najwidoczniej jest, chociażby przebłyski łączności, Pierwszy też ma, Druga również będzie miała – każde na inny sposób, własny 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s