Sieć.

Fakt, że heftałam bez specjalnego przekonania i nie na wszystkie strony, okazał się złowieszczy.

Dwanaście godzin później słaniałam się na nogach z niewyspania, żołądek chciał mi wyskoczyć na plecy, było mi zimno, bo było mi gorąco i nie bardzo wiedziałam którędy do sypialni i czemu przez łazienkę. Pech chciał, że Taki Sobie Tata akurat tego wtorku miał umówione od roku wyjazdowe spotkanie z noclegiem, ja zaś w perspektywie pół dnia, całą noc i kolejne pół dnia z dziećmi, które momentami widziałam podwójnie.

Narysowaliśmy przepiękne, niskorosłe drzewko decyzyjne, zebrałam się w sobie i pojechał.

Pierwszy pojawił się mój kuzyn, bo akurat. Wyprowadził mi psa, wypił herbatę, popitolił. O piątej dołączyła Wielka Matka, proszona wcześniej o pomoc w położeniu dzieci (chodzą spać równocześnie i logistyczna ekwilibrystyka związana z tym przedsięwzięciem w pojedynkę staje się prestidigitatorstwem). Jednym rzutem wprawnego oka oceniła sytuację, zawinęła się po sucharki i śniadanie dla Pierwszego, wsadziła mi termometr pod pachę (choć miała wyraźną ochotę gdzie indziej), ogarnęła Drugą, zasiadła. Zasiadłam i ja, twardo, choć pozycja wertykalna sprawiała mi niejaką trudność. Termometr zapikał, Wielka Matka mruknęła, dość niechętnie pozwalając się wypchnąć za drzwi.

W przedostatnim z przebłysków świadomości dzwonię do mieszkających na osiedlu przyjaciół, bo pies, głupie bydle, rano też musi sikać. Rozmowa trwa trzy sekundy, po następnych piętnastu dostaję wynik losowania – pójdzie przed pracą przyjaciel A., nie przyjaciółka B., więc 8:00, a nie 7:00. O 9:00 przychodzi szwagier (dwa bloki dalej) zaprowadzić małego do przedszkola, z Drugą nie mogę wyjść, bo cherla, zresztą swoje dziecko też zaprowadza. Teściowa dzwoni zaraz po mężu,o 10:00, ale już mi lepiej, więc mówię, żeby przyszła dopiero przed końcówką przedszkola, zostanie z wnuczką, kiedy ja wyjdę, bo pies. Na spacerze krótko i po żołniersku melduję wszystkim, że można opuścić gardę, bo TST już pod domem, a mnie prawie nie mdli na myśl o czymś innym niż herbata.

Tkanina, w którą jestem wpleciona, bezszelestnie się wygładza; wszystkie nitki znowu idą równolegle i niezależnie.

———–

Bardzo nie lubię słowa powinien. Idea szklanki wody na starość jako zadośćuczynienia za trud wychowawczy włożony w ukształtowanie szklankopodawacza jest mi kompletnie obca, bo zaciąganie długów wdzięczności w czyimś imieniu wydaje mi się co najmniej nie fair. W jeśli umiesz liczyć, licz na siebie, ulubionym powiedzonku mojej matki, która jak na złość o sobie zawsze myśli na końcu, wbrew pozorom wcale nie chodzi o to, że świat jest zły, a ludzie samotni. O wolność chodzi. Jeśli przyjmę, że ktoś ma święte prawo nie chcieć, spływa na mnie automatycznie wyzwalająca świadomość, że ja też nie muszę. Dzwoń o każdej porze. Zrobię dla ciebie wszystko. Zawsze będę przy tobie. Nie boję się takich deklaracji, bo ich nie słyszę. Nikt ich ode mnie nie wymaga. Niespętana wizją zadośćuczynienia za wymuszoną przysługę, nie krępuję się prosić o pomoc – w razie potrzeby po prostu ogłaszam konkurs na wyprowadzacza psa, organizatora przeprowadzki czy spowiednika. Czy miałabym pretensje, gdyby nikt się nie zgłosił? Nie. Ale zawsze jakoś ktoś się zgłasza.

Paradoksalnie, choć bywa, że moja dbałość o własną niepodległość ociera się o patologię, we własnym stadzie jestem matką iskającą, grajdolącą, kwoką. Nigdy nie miałam dłuższych jazd, żeby gdzieś wyjeżdżać, zdobywać eweresty, udowadniać. Lubię mieszkać na kupie. Lubię mieć blisko. Lubię rosół i zakutanie w kołdrze. Lubię zachodzić i przyjmować gości. Lubię robić herbatę. Wrażenie, że jestem węzłem sieci, nigdy mnie w niczym nie ograniczało. Poczucie, że wokół mnie rozciąga się siatka bezpieczeństwa, pozwala mi spokojniej wspinać się wyżej, choć każdy krok nadal biorę przecież wyłącznie na własną odpowiedzialność. 

Ciężką pracą u podstaw osiągnęliśmy z ludźmi, którym pozwalam deptać moje kółko, stan jakiej takiej równowagi. Nie musimy się bez przerwy głaskać, dotykać, upewniać, zapewniać o niczym. Z niektórymi wiąże mnie krew, tym siłą rzeczy pozwalam na więcej i spodziewam się po nich mniej. Pozostali wplątywali się we mnie przy różnych okazjach, po kawałku. Długo mościliśmy się względem siebie, odginaliśmy, polerowaliśmy kanty. Każde z nas żyje osobno, każde ma inne progi bliskości, otwartości, bólu. Nie chodzimy za rączki. Nie chodzimy zwykle nawet w tym samym kierunku. Mimo tego, gdy któreś się potknie, reszta przysuwa się bezwiednie jak ławica. 

Nawet nie muszą nic robić. Kiedy idziesz w ławicy, i bez wyciągniętych rąk bardzo trudno jest tak całkiem upaść.

TSM

Reklamy

7 uwag do wpisu “Sieć.

  1. Się tutaj przyczołgałem od Bartka, tego blondina, co brzydko mówi, polecił. Słusznie. Się też zastanawiałem, gdzie się wpisać, bo gdyż, k sażaleniju, target parentingowy i przyległe nie moją jest bajką. To się wpisuję pod najświeższym tekstem ogólnoludzkim 😛 Super oko (flesz, jak mawia Bartek), świetne pióro, sikające naturalnie ładnymi zdaniami, duże poczucie humoru, autobusola z autodystansem i nienachalne ja – ładny miks. Lubię to.

    Z zastrzeżeniem, że o porządnym marnowaniu czasu to pojecie masz czysto instynktowne, bycie Panią Kołderkową (od przypadku do przypadku) to czysta amatorka, z zawodową prokrastynacją nie ma startu. Z żalem stwierdzam, że jesteś beznadziejnie, obłednie pracowita i poukładana, jak mechanizm szwajcarskiej cebuli 😛

    Miło jest w towarzystwie osoby, która do czegoś, poza narzekaniem na gównianą rzeczywistość, używa szarych komórek. I się nie zgadza. I zagląda sobie pod skórkę niezgody też, czy aby na pewno jest uprawniona.

    Będę zaglądał.

    • A Bartek to ma więcej takich złotoustych znajomych? Klub jakiś macie? ;>

      Drugi akapit wydrukuję i podrzucę pod drzwi mojej promotorce od doktoratu, którego regularnie nie piszę, pisząc tutaj.

      Miło jest w towarzystwie osoby, która czegoś, poza narzekaniem na gównianą rzeczywistość, szuka w internetach. Zaglądaj więc.

  2. Eee…Nie. Partię mamy. Dwuosobową. Nazywa się – Partia Umiarkowanego Wazeliniarstwa W Granicach Prawa. Jak o mnie chodzi, to możesz przystąpić.

    Ja tam co najwyżej jestem złototłusty. Tren za Pisarzami naszam, sapiąc ciężko, z musu, bo blond-aniołków w rózu i z kwatkami nie dowieźli 😛

    Ha! Mam Cię! Doktorat nie-piszesz, to szkoły pokończyłaś. Profesjonalny prokrastyner ma co najwyżej dyplom ukończenia Wyższej Szkoły Pasjansa i Sapera, a i to na trójach.
    Mógłby zostać koeljem albo demelom, ale patrzenie-w-ścianę nie ukrywa życiowych mądrości, co najwyżej rozważanie czy-już-jest-pora-jedzenia, czy całkiem-przeciwnej-czynności.

    I w ogóle nie przeszkadzaj, bo o ciąży czytam.

    Co ja paczę?
    Dżizas.

  3. Pingback: Moje bogate święta - DziulkaCrew

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s