Kłopot.

Wieczór, mejle-srejle, w okienku gmaila odzywa się pojedynczym piśnięciem mój brat-emigrant.

napisz co chcecie na Gwiazdkę

Zanim zdążę doczytać, drugi dzwoneczek anonsuje drugą linijkę.

bo ja nie mam czasu

Mój dostawca internetu miłościwie zdążył zerwać mi połączenie, zanim jak nie masz czasu, to mnie pocałuj w dupę wirtualnie przekroczyło Odrę.

Większość moich najlepszych, najcieplejszych wspomnień z dzieciństwa ma związek z przeraźliwym z dzisiejszego punktu widzenia marnotrawieniem czasu przy okazji przygotowywania jedzenia na jakąś uroczystość rodzinną. Pamiętam zbiorowe obieranie kosmicznych ilości jajek na twardo, drobne ręce mojej ciotki, której przekleństwem był talent do idealnego krojenia warzyw w kostkę, moją babcię układającą na półmisku wędliny przed polaniem galaretą: szyneczka, dwa krążki marchewki, szyneczka, trzy groszki, szyneczka… Wieczne darcie, harmider, dziadek wchodzący nie w porę, palce w kremie, krem na kiecce. Tony obierek, strzaskane talerze, brakujące kieliszki, nietrzeźwi goście, awantury o pryncypia, godziny mycia garów. Jednym słowem – potworny kłopot.

Dzisiaj kłopotu nie ma, imieniny, jeśli w ogóle się robi, robi się w knajpach. Nie ma przygotowań, ciasto zawsze wyjdzie. Jest miło, higienicznie, szybko z głowy – nie da się zasiedzieć na nie swoich krzesłach, nurt poprawnych rozmów kanalizuje się zwykle ku wyjściu. Nie trzeba zmywać, nie trzeba być.

Ja rozumiem, że te, co robią, strajkują. Masz dość tymbalików, nikt się nie poczuwa, żeby ci pomóc przy roladzie, państwo umie wyłącznie narzekać na służbę – wypnij się, pieprznij tym na zdrowie. Nic na siłę. Nic ponad siły. Dziwi mnie tylko i smuci, że jak już się komuś serio chce, to też jest kłopot. Dla reszty.

Moja znajoma robi na działce urodziny dwuletniej córce. Mała lubi koniki, niedaleko jest stadnina, idzie, pyta, co jej szkodzi. Kucyk przychodzi ze swoim panem złożyć jej życzenia, z wplecioną w grzywę różową wstążką i balonikiem u siodła. No, fajnie, chociaż i tak nie zapamięta przecież. Opowiadam, jak kreatywnie ściemnia w biurze promocji uniwersytetu, żeby wycyganić na pół dnia strój oficjalnej maskotki na przedszkolną imprezę. Dzieci zachwycone. Że też jej się chciało. Ogłaszamy nasz ślub, choć bezbożnie, chcemy wesele do rana, z muzyką, wódką i wszystkim. Naprawdę? A po co wam to w sumie? Nie no, dobrze, jak tak chcecie… Chcemy wyprawić Pierwszemu urodzinowego grila z rodziną i przyjaciółmi, wynająć kega, pobiesiadować. To my może przyjdziemy na chwilę na kawę, wiesz, on tego i tak nie doceni, za mały jest. Kalendarz adwentowy, który znacie z fejsa. Godziny żmudnej roboty. Ale w środku każdy ma inny materiał?! Nie, no to już przesada. Wycinam pierniczki choinkowe dla współpracowników i pań ze sklepu osiedlowego. Ty już chyba nie masz co robić z czasem; chcesz, ja ci znajdę zajęcie.

Stary Ojciec też nie ma czasu, więc zapowiedział bony do sieciówek dla wszystkich – niby dobrze, bo dzięki bogom marketingu kupię sobie w końcu nowe skarpety, takie, jak lubię. A mimo to z wrodzonego upodobania do sado-maso chciałabym dostać takie, jakich nie znoszę. Żeby musiał iść do tego sklepu, stanąć przed tym stendem i poświęcić trzy minuty skupienia na wybór szlaczka. Niechby to nawet była próba wyboru, niech będzie, że skazana na porażkę, prowadzącą nieuchronnie do zakupu takiegoż bonu. Te trzy minuty mi się marzą pod choinką.

Na co to komu. Kto to wszystko zje. Po co to pieczesz tyle. A może by kupić w tym roku. Jeszcze drzewko trzeba, gdzie zaś te bombki. No nic, t r z e b a  p r z e ż y ć. Mam wrażenie, że w przeżywaniu jesteśmy z roku na rok coraz lepsi. Te urodziny trzeba przeżyć. Pierwszy dzień w szkole dzieciaka trzeba przeżyć. Wyczekiwany dwadzieścia lat remont, na który nigdy nie było pieniędzy, trzeba przeżyć. Życie trzeba jakoś przeżyć.

Problem w tym, że byle jakoś niedaleko pada od bylejakość. Dlatego poświęcę pół życia i całą starość, żeby sprawiać kłopot. Przeszkadzać. Zawracać tyłek dorosłym dzieciom. Faszerować jajka.

Jak mawiał detektyw Monk, you’ll thank me later.

TSM

Reklamy

23 uwagi do wpisu “Kłopot.

  1. Moje wspomnienia kuchenne nie są najcieplejsze niestety. Zamiast wesołego harmideru rodzinna kuchnia kojarzy mi się z nieustannym patrzeniem na ręce i cierpkimi uwagami o tym, że plasterki ogórka mają mieć 0,75 mm grubości, a nie 0,95 jak moje. I z biadoleniem, że co to będzie, jak się galareta nie zsiądzie. I tak dalej. Do dziś gotowanie źle mi się kojarzy. Chociaż są wyjątki – jeśli współkucharki mają równie niefrasobliwe jak ja podejście do gabarytu ogórkowych plasterków. Nie na darmo G.B. Shaw powiedział, że przyjaciele to boskie przeprosiny za krewnych.

    • O, widzę biadolenie o galarecie ma wymiar uniwersalny 🙂
      Czasem bywało nerwowo i u nas, ale przede wszystkim było wspólnie, długo, rozmownie, głośno głośnością życia. Moja babcia wyprawiająca te wszystkie przyjęcia umordowała się, ale potem siedziała z przyjemnością, z dumą. Przykro mi trochę, bo w mojej mamie i tej dumy, i przyjemności jakby mniej. Chcę świadomie nie iść jej drogą, póki mam czas wypracować w sobie jakiś wzorzec.

  2. Ja mam fantastyczne wspomnienia ze Świąt. Tak dobre, że teraz staram się organizować je sama, żeby było po mojemu, smaki jak z domu. Mimo, że co roku słyszę – po co tyle, nikt tego nie je, ale aż 4 karpie? Kompot z suszu? Naprawdę trzeba wypić? Ale do szału doprowadza mnie prośba – kup coś dzieciom/mężowi ode mnie, jak ci oddam. Ale twardo zastanawiam się, co kto lubi, czego pragnie. Żeby te prezenty dla wszystkich były dopasowane, znalezione z dbałością. I co roku zastygam w obejmującym tylko usta uśmiechu odpakowując coś niepotrzebnego, zabranego z półki bez przemyślenia. Czy naprawdę chcę za dużo? Ale nadal będę te imprezy organizować, te prezenty zawijać w papier, robić setki niepotrzebnych nikomu poza mną rzeczy. Oni nie zauważą, ale ja tak.

  3. Uwielbiam faszerowane jajka 🙂
    W tym roku zabrałam się wczesniej za myślenie o prezentach i ich robienie i kupowanie. Mogę z ręką na sercu stwierdzić, że tak jest lepiej. Mam z tego radochę. Miałam czas przemyśleć, wykonać, kupić. Nie tak jak kiedyś, na szybko, na dwa dni przed świętami do empiku po prezenty.

    I tak chyba trzeba ze wszystkim. Z sercem po prostu.

    • Mnie zawsze przeraża, jako totalnego leniwca, jak nieproporcjonalnie wiele zyskuje coś, co się robi, jeśli się w to włoży choć minimum prawdziwej uwagi, zatrzymania takiego. To wszystko banały, ale dla wielu znanych mi osób nadal wiedza tajemna.

  4. U nas zawsze mało się gotowalo ale smaku maminych pierogow nie da się zapomnieć.Myślę że w obecnych czasach ludzie spędzają ze sobą mało czasu bo ciągle gdzieś biegną.Nikt nie wie czemu tak jest ale czas galopuje jak szalony.zaprosiłem rodziców na wigilię żeby mama trochę odpoczela bo trochę chorowala.przyjechali z torbami pelnymi jedzenia pierogi golabki uszka sernik.cytat mamy w drzwiach:nie chcielismy ci robić kłopotu:-)))

  5. Jak już zadeptałem wszystkie ślady, którymi pętała mnie przeszłość – a dreptałem pieczołowicie, raz koło razu – wówczas okazało się, że nie pamiętam jak się wraca. I zostały tylko „stryjenka” i „butonierka” w języku, ale i one blade jakieś takie i nie bardzo.
    Więc zacząłem odtwarzać, kawałek po kawałku, tamten zapach, smak, dotyk, długo, uparcie, po śladach, które się wytarły/się wytarłem. I na samym końcu stała miska z koślawymi pierogami babci-z-rękami-po-Haine-Medinie, które były kwintesencją atmosfery i wyrazem miłości do mnie.
    Bogu dzięki, że zawracasz im dupę. Kiedyś wrócą. Po śladach Twoich pierogów czy do-dupy-prezentów.

  6. A ja należę do tych szczęśliwców, i to szczęśliwców facetów, którzy to wręcz uwielbiają kuchnię i wszelki eprace związane z gotowaniem, pieczeniem itp. Gotowanie sprawia mi ogromną radosć – uwielbiam zapowiedziane imprezy ale i te bardziej spontaniczne spotkania, które pozwala mi przetestować moje umiejętności kulinarne

  7. Przecież tak jest najpiękniej! Z sernikiem pieczonym przed wigilią do 2 w nocy i obieraniem orzechów ze skórki, żey gorzko nie było. Z lataniem z miotłą, z malutką kuchnią i tłumem ludzi i babcią, która już nigdy nie będzie wyganiać nas z niej ścierą! i sutym stołem i wyścigiem z pasterki, żeby zjeść ostatnią porcję nalaną dla tych co szukają i tych co już z nami nie ma. Z lepionymi pierogami i ciastem rosnącym przy kominku i pokracznych uszkach moich i mamy. z oblizywaniem misek i polerowaniem podłogi. z kupowaniem choinki do sufitu i mamy „większej już nie było?!” i z pakowaniem każdego nawet najmniejszego prezentu osobno i pierwszym dniem świąt gdzie z przejedzenia nie można się ruszyć więc wszyscy w pidżamach oglądamy film i na zmianę drzemamy przerywając tylko „komuś jeszcze pierożka?” i „nie jedz tyle, bo nie starczy dla mnie”. I jeszcze z kolejna kolacją z drugą częścią rodziny i następnego dnia jeszcze wspólny obiad na kilkanaście osób, bo ktoś to wszystko musi zjeść. Mam nadzieję, że chociaż z roku na rok nas coraz mniej, to że moje dzieci, których jeszcze nie mam, też będą tak wspominały 🙂 I takie mam życzenie na te dwa tygodnie przed świętami, żebym w tym roku dojechała na tą zawieruchę, bo święta zaczynają się przy szukaniu prezentów, a kończą na ostatnim pierogu.

  8. Mi zostaly w pamieci imieniny u dziadkow na (nie przesadzam) 40 + osob w 10 metrowym pokoju. Dostawialo sie drewniana deske do prasowania, zeby przedluzyc stol. I koniecznie musial byc wykrochmalony na sztywno i wyprasowany obrus. Wedliny na salacie (koniecznie), wodeczka, nozki. Pelzajace miedzy tym wszystkim na czworaka kuzynostwo. Dziadek co pozwalal wylizac kieliszek od ajerkoniaku. Teraz, tak sobie mysle, to by ich wszystkich opieka spoleczna zgarnela jak by wpadli przy takiej imprezie:O)
    Albo ojciec walczacy z druga tesciowa przy Wigilji, ze nie zalozy kapci do garnituru.
    Ja sie dobrze za maz wydalam, za faceta ktorego babcia nauczyla gotowac:O)

  9. Pogłaskałam ekran z radości.
    Tak fajnie napisałaś.

    A ja w sobotę pierwszy raz po długim czasie wyprawiam swoje urodziny, z mnóstwem dwudziestu gości, z obłędem specjalnie dla mnie, bo tak okropnie mi się chce z ludźmi, żeby to wszystko zdążyć wyżyć z siebie, z sobą i z nimi. Im bardziej w czas, tym więcej ogarów lubię. Żeby szły i gadały ze mną.

    I jeszcze lubię rozpieszczać osiemdziesięcioletnią mamę (co tam mnie starej na stare lata). I daję jej kolorowe sukienki w kwiaty, perły, kolorowe chustki, różowe buty, maseczkę ze złotem (moja córeczka nie omieszkała jej powiedzieć, że wygląda w tej maseczce jak morderca :>) I w mamie wyrobiły się znienacka nowe nawyki, prosi od niechcenia, aby poza zapasami mąki i cukru dokupić złotą maseczkę i kremy z drobinkami złota, wewnętrzna sroka po latach wyrzeczeń została przygarnięta, skacze.

    Pozdrawiam przeserdecznie!

    • A ja pogłaskałam ekran z Twoim wpisem, katachrezo 🙂 Cudne to szukanie sroki w mamie. Jak widać, nigdy nie jest za późno, żeby zobaczyć i polubić w sobie kobietę.

    • Wiesz, najlepsze jest to, że wystarczy maleńki ośrodek kondensacji, (nawet bierny) opór, kawałek ciasta, żeby ludzie zaczęli się wokół siebie owijać. Od kilku lat organizujemy Wilię dla przyjaciół, po świętach. Na początku prychali, nie mieli terminów, nie chcieli się łamać chlebem. Teraz to już "po prostu" tradycja, czekamy na tych wyświęconych nas, co to zwykle w dresach i z browarem, wszyscy tak samo.

      Zatul Mamę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s