Wózkowe.

Nie wiem, kiedy poczułam to pierwszy raz, ale doskonale pamiętam ostatni.

 

Rozemocjonowany Pierwszy relacjonuje Wielkiej Matce pobyt w przedszkolu swoim najbardziej przejętym zdyszanym dyszkantem:

– No i była jeszcze Natalka, babciu… Ona ma wózek!

– Wózek? Ona taka malutka jest?

– Nieeeeee, ona ma taki wózek… no po prostu no… taki SPECJALNY [zachwyt na przydechu] wózek ma, no wiesz.

Tłumaczę z kuchni znad czajnika, że Natalka ma mózgowe porażenie dziecięce i nie chodzi, ale mentalnie jest sprawna, więc radzi sobie dobrze (nasze przedszkole formalnie nie jest integracyjne). Niemal tłukę resztki gościnnego serwisu, kiedy słyszę z pokoju zdławione O MÓJ BOŻE! Biegnę, szybki ogląd, Wielka Matka z oczami jak spodki zakrywa dłonią usta, ale Pierwszy ma dwie nogi, dwie ręce, nie widzę juchy. A – rozumiem poniewczasie i oddycham z ulgą – omójbożowi o Natalkę chodziło. O ten wózek. Ale przecież mówiłam, że daje radę, nie mówiłam?

 

Wiecie, ja inaczej patrzę na dzieci na wózkach – to jedna z naprawdę niewielu rzeczy, która mi została. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, dla mnie Pierwszy w jakimś sensie do dzisiaj na jednym jeździ. Ja go na nim musiałam mentalnie posadzić i zaakceptować, żeby w ogóle móc ruszyć z miejsca, żeby móc przestać płakać, żeby porannej kawie z ciastkiem wrócił jakikolwiek smak.

Pewne rzeczy można tłumaczyć, powtarzać sobie w głowie, uświadamiać, oswajać. Kiedy jednak rzeczywiście na ciebie bęc, nie możesz się nadziwić, jak bardzo zmienia się perspektywa. Nagle miesiącami wózek śni ci się po nocach – nie w koszmarach, ale jako najdalsze marzenie, na które sobie pozwalasz. Przypominasz sobie tych wszystkich niechodzących ludzi, których spotkałaś w samolocie, w knajpie na wakacjach we Włoszech, których uczyłaś na zajęciach, którzy u ciebie w osiedlowym sklepie robili zakupy. Wywlekasz ich z najdalszych zakamarków mózgu, karmisz się nimi, nagle przestaje być ci ich żal, nie staje ci smutna gula w gardle na ich widok, niespodziewanie im tego wózka, tych lekko wykręconych, ale przecież samodzielnie jakośtam piszących/płacących/jedzących rąk niemalże zazdrościsz. Bo twoje dziecko mimo codziennej rehabilitacji uparcie nie chce nawet na centymetr podnieść głowy.

I wtedy sobie myślisz – żeby nam tylko usiadł. Kiedy pięćdziesiątej osobie, która (niech będzie, że w dobrej wierze) chowa się cała za wyrzucanym jednym tchem wszystkobędziedobrze, zobaczyszjaknamtuniedługobędziebiegał, spokojnie i jak mantrę powtarzasz, że biegać nie musi, bo z dzieckiem na wózku można prawie wszystko (z leżącymi jest kłopot, ale przecież też powoli dowiadujesz się, jak załatwić karetkę transportową nad Morskie Oko, a co ma nie zobaczyć), oburzona każe ci odpluwać. Nie możesz tak myśleć. No co ty gadasz. Jaki zaś wózek. On nadal nie podnosi, a ty przy pięćdziesiątej pierwszej masz już serio ochotę splunąć. W twarz. Chociaż, jak się dobrze zastanowić, chyba i tak lepsze takie hektycznie zaklinające rzeczywistość „wszyscy jesteśmy zdrowi tralalalala-la” niż pełne podejrzeń i nieufności „z nim chyba coś jest nie tak”, kiedy na o, to już pewnie biega po domu, odpowiadasz: nie biega i nie przechodzi ci przez gardło jeszcze.

Uciekliśmy. Pewnego dnia ni z tego ni z owego Pierwszy zaczął się turlać, raczkować. Z wrodzonej złośliwości siedzieć zaczął długo po tym, jak już dobrze chodził przy meblach, siadać jeszcze później, ale przecież w końcu zaczął. Nigdy tego wózka kupować nie musiałam. Moje wyobrażenia na temat życia wózkowej mamy muszą siłą rzeczy odbiegać od rzeczywistości. Ale do dziś uważniej patrzę na krawężniki, zupełnie machinalnie zwracam uwagę, jak blisko i jak równo podjeżdża autobus, zżymam się, kiedy błyszcząca unijną dotacją platforma dla niepełnosprawnych na dworcu wymaga znalezienia pana z ochrony dzierżącego kluczyk. W moim kiedyś-tam-w-przyszłości-budowanym domu nie zaprojektuję wąskiej klatki schodowej.

No i nigdy nie przyszłoby mi do głowy omójbożować Natalki.

TSM

*zdjęcie: http://www.ivoren.intelishop.pl

**dla bezfejsowych: rozwinięcie ostatniego akapitu tutaj.

Reklamy

16 uwag do wpisu “Wózkowe.

  1. Dużo mogłabym tu napisać, ale nie napiszę, bo nie umiem ubrać w słowa, ale wiem, że Ty wiesz o co mi chodzi. A tekst przyprawił mnie o łzę w oczach, pewnie dlatego dziś strasznie paskudny dzień jest.

  2. też nie mam nic mądrego do dodania.
    Tak prywatnie to dzięki za wyregulowanie skali problemów. Bo jak się człowiek skupia na własnych dzieciowych problemach – widząc, że ludzie dookoła ich nie mają, to one przesłaniają w końcu cały świat.
    I zapomina się, że obiektywnie to raczej kłopot, utrudnienie, a nie koniec świata 😉

  3. Pingback: Regres | Z perspektywy brzucha

  4. Pingback: Banał. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s