O kasiurze.

Nowy trynd wstrząsa podstawami parentingowego świat(k)a. Do tej pory było prosto. Miałeś zostawić po sobie pole, dom, mieszkanie chociaż, wyposażyć pacholę w cokolwiek (a najlepiej we wszystko), harować po nocach, żeby ono harowało mniej (a najlepiej wcale). Zajechać się, żeby ułatwić. Teraz ma być inaczej, a przykład idzie z góry – Warren Buffett zobowiązał się oddać 99% majątku na cele charytatywne, milionerzy na wyścigi podpisują The Giving Pledge, Nigella nie zostawi dzieciom ani pensa, dla ich dobra oczywiście. Przestaje obowiązywać jedna z najświętszych zasad rodzicielstwa – ta mówiąca, że jeśli masz dziecko, to musisz się nachapać. Dla niego.

Pomijam fakt, że za jeden procent majątku Buffeta mogłyby całkiem nieźle żyć jeszcze moje prawnuki. Problem w tym, że wszechobecne (w polskiej mamosferze na przykład tu) wędki-zamiast-ryby zaczynają wchodzić mi w oczy i wychodzić bokami, szczególnie, że choć niby słuszne, bywają podlane nieznośnie mdłym sosem. Nie jestem zwolenniczką robienia wszystkiego za dzieci, ale nie rozumiem, dlaczego nagle własny, odłożony i zainwestowany pieniądz staje się hamulcem postępu i ubezwłasnowolniającym potworem, dlaczego wszystko zawsze należałoby zaczynać od zera.

Mam konto na dzieci. Dostaną, jak dorosną albo nie dostaną, bo mi się odwidzi. Założyłam je, bo lubię oszczędzać, przelewać z kupki na kupkę, dzielić (ten włos, umówmy się, nie folwark) na czworo, porządkować i dodawać, patrzeć jak rośnie. Oczywiście najpierw musiałam do tego dojrzeć, popróbować, zadłużyć się u koleżanki z kolonii na niebotyczną kwotę pięćdziesięciu złotych. Nie widzę nic złego w tym, żeby dzieci od najmłodszych lat uczyć fizycznego przestawania z pieniędzmi, w takim najprostszym, codziennym sensie. Junior już wie, że zabawkę trzeba kupić, że żeby ją kupić, trzeba mieć monetki, i że żeby mieć monetki, trzeba wrócić do domu. Skąd się one w domu biorą, nie docieka, ale chciałabym, żeby zaczął jak najwcześniej. Nie tylko dlatego, by na jęczenie „mamo, kup mi cukierka” móc odpowiedzieć „sam se kup”.

Wbrew pozorom dzieci błyskawicznie uczą się, że srebrna monetka to lizak, dwa niekupione lizaki to jajko niespodzianka, dwa niekupione jaja zaś – ta wymarzona (z mojej dzisiejszej perspektywy obleśna) lalka z kiosku. Zwykle oczywiście poprzestają na lizaku, a lalkę kupuje babcia, ale są chlubne wyjątki – amerykańscy naukowcy dowiedli ponoć, że maluchy, które umieją odkładać przyjemność, lepiej radzą sobie w życiu. Badanie bzdurne, ale spróbować nie zaszkodzi – Junior, gdy tylko pójdzie do szkoły, będzie dostawał regularne kieszonkowe, najpierw maleńkie codzienne, potem tygodniówkę, w końcu raz w miesiącu.

A jak już będzie umiał czekać, zbierać, głaskać, kisić i mruczeć, potrząsając coraz pełniejszą świnką, nauczę go, po co właściwie są pieniądze. Pokażę mu, jak wydawać. Jesteśmy w tym mistrzami, zarówno na małą skalę codziennych acomitam, jak i na długi dystans. Pięć procent wszystkiego, co zarobimy, przeznaczamy na wczesnoemerycką podróż dookoła świata obrzydliwie burżujskim statkiem miłości w rodzaju tego, co to się we Włoszech utopił. Gdyby Junior odłożył na nią wcześniej niż my, byłabym zadowolona.

TSM

Reklamy

2 uwagi do wpisu “O kasiurze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s