Ze wsi jestem, dizajnu nie kumam.

Książeczki dla małych dzieci to ważna rzecz jest, można rzec – światopoglądowa. Cała polska czyta dzieciom, ale nie cała to samo przecież, nic dziwnego więc, że wcześniej cała Polska ogląda z dziećmi, ale różne rzeczy.

Biblioteka Juniora jest po części spadkowa, po części prezentowana, po części kupowana przez nas. Gdyby ją określać, można by powiedzieć, że jest taka… hm… egalitarna (jeśli ktoś nas lubi) albo że nie dbam o rozwój wyczucia estetycznego syna (jeśli ktoś mniej). Przed wizytą cioć z AeSPe oraz różnych Bardzo Świadomych Matek chowamy co większe badziewie do szuflad, ale i tak prędzej czy później wychyną przedstawicielki tych bardziej poślednich kategorii.

Bo książeczki obrazkowe dla małych dzieci dzielą się na kategorie. Na moje zgrubne oko cztery.

książeczki nijakie lub książeczki-kto-to-wydaje. Przypadkowych (lub klasycznych, czyli tych, którym wygasły prawa autorskie) autorów, ilustrowane w paincie, nierzadko świecące, niedbale złożone, z błędami, kosztujące trzy zeta w kiosku przy dworcu. Targetowane na zdesperowanych rodziców gotowych tyle zapłacić za trzy minuty spokoju lub zdesperowanych znajomych rodziców (kup no mu jeszcze jakąś książeczkę może bo ten bodziak to trochę mało głupio wygląda a skąd mam wiedzieć co lubi kup jakąkolwiek może w kiosku mają). Im paskudniejsze, tym większą otaczane miłością. Niezbędne w każdym domu. W każdym p o r z ą d n y m domu nadrywane cichaczem, coby się ich można było szybciej pozbyć i zapomnieć o chwili słabości własnej lub cudzej. Wbrew przeznaczeniu nader trwałe.

brzydkie

książeczki o księżniczkach. Szczerze powiedziawszy, to jedyne, które pamiętam z własnego wczesnego dzieciństwa, bowiem z namiętnością godną lepszej sprawy spędzałam całe popołudnia przerysowując rzeczone księżniczki przez papier śniadaniowy i kolorując po swojemu. Z pewnym roztkliwieniem i zdziwieniem przyjęłam fakt, że mimo wszechobecnej anoreksji ten rodzaj dobrze się trzyma – dalej ilustruje się najbardziej znane baśnie barokowo, bujnie, pyzato, z długim blond lokiem, z Najmłodszymi Synami w kaftanach z epoki króla ćwieczka, z wypasionymi wróbelkami rozstawionymi fikuśnie po rogach. Oprawia się później takie zawsze grube tomiszcza w lakierowaną okładkę, która przetrwa powódź stulecia i voila! To musi szkoła tajemna jakaś cała być, polewająca niestrawialnym dzisiaj dla mnie lukrem i tak lukrowaną bajkową rzeczywistość. I żyli BARDZO długo i BARDZO szczęśliwie nad BARDZO uginającym się stołem. W ogóle BARDZO.

ksiezniczki

książeczki środka. Dla ludzi bez wyobraźni, którzy oczekują, że stół będzie przypominał stół, a lisek liska. Mówią o wszystkim i o niczym, pozwalają (d)opowiadać. Taka jest moja ukochana Czereśniowa, tacy są niektórzy Mizielińscy (Mapy na przykład). Takie bywają książeczki noname, jak ta o pojazdach, z której pochodzi rozczulający mnie do granic mikrożuczek – w oryginale ma z pół centymetra – z laptopem . Takie kupuję ja.

Są w końcu książeczki dizajnerskie. Top topów i szczyt szczytów, sama wierchuszka książeczkowej drabiny bytów. Tu stół absolutnie nie przypomina stołu, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby gusta wyrabiać, a mnie chronić w przyszłości przed MonsterHigh, na które taki wyrabiany od maleńkości maluch nawet nie spojrzy. Problem w tym, że ja takiego dizajnu nie kumam. Wcale. W ogóle. Ni w ząb. Na tyle chociaż obyta jestem, że wiem, co powinno mi się podobać, nad czym grafik [pauza] pracował [pauza]. Co z tego, skoro mi się nie podoba. Co gorsza, moje dwuletnie dziecko też najwyraźniej ma upośledzony zmysł rozumienia użytkowej sztuki współczesnej. Weźmy takie Pierwsze urodziny prosiaczka:

prosiak

Historyjka w założeniu prosta i urocza, strony kartonowe, widać, że skierowane do najmłodszych dzieci. I to najmłodsze dziecko pyta: co to jest?

susel

I ja mówię suseł. Bo tak napisali. Ale równie dobrze może być wiewiórka. Albo niedźwiedź. Albo COŚ. Zabawy obrazem na poziomie meta są ok, ale dla kogoś, kto zna poziom zero. A moje dziecko uparcie chciałoby potem tego niesusła znaleźć gdzie indziej, obudować go, wstawić w świat. I się sroma, bo mu nie idzie.

To samo z fontami (czcionka się ponoć nie mówi). Junior umie rozpoznać wszystkie drukowane litery polskiego alfabetu. Uwielbia je. Widzi wszędzie. Wynajduje naklejone na podłodze w Rossmannie. I pyta: co tu jest napisane? Jaka literka?

font

I ja musiałabym powiedzieć a cholera wie. Ale sprężam się, odcyfrowuję. Junior patrzy podejrzliwie, bo wie, że to nie M. No nijak.

Jedno z dwóch – albo ja i Junior jesteśmy tępi jak klocki drewna, albo książeczka o prosiaczku nie nadaje się ani do oglądania, ani do czytania. Przyjmując roboczo drugą hipotezę, wykorzystujemy ją tymczasowo jako podkładkę pod kartkę (w dzień) bądź pod piwo (wieczorami), bo całe szczęście jest gruba i twarda.

No chyba, że przyjdzie ktoś, kto ceni dobry dizajn, oczywiście.

TSM

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Ze wsi jestem, dizajnu nie kumam.

  1. Ja o przerysowywanie księżniczek prosiłam zawsze przedszkolankę, po czym na dwa tygodnie przed końcem przedszkola odmówiła, informując, że jestem już duża i mogę robić to sama. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że dorastam.
    Dizajnerskich książek na szczęście za moich czasów chyba nie było, zawsze liczyła się bardziej treść niż obrazki, przez co miałam i baśnie Grimmów z bardzo rzadkimi, trzykolorowymi i powtarzającymi się obrazkami, i biblię dla dzieci z bardzo umęczonym i krwawiącym Jezusem przybitym do pala (Biblia była Świadków Jehowy).
    Na tego „Prosiaczka” bym się pewnie nabrała, bo lubię świnki, a ten z okładki jest naprawdę przyjemny.

  2. Pingback: Czytam sobie. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s