Pieprzona Pollyanna.

Dziś stała się rzecz straszna – poważnie zastanawiam się nad zmianą podejścia do życia. Pan w natemat bowiem, opisując statystyki, stwierdza:

Polacy idą z duchem czasu i rozumieją, że narzekanie i pesymizm nie są już trendy, a bycie szczęśliwym i mówienie o tym – jak najbardziej tak.

Do tej pory, jak nie narzekałam, to byłam po ludzku durniem, po politycznemu lemingiem, po starczemu – gówniarą, co nie zna życia, według wszystkich zaś córką bogatego (sic!) tatusia, w najlepszym wypadku – szczęściarą, której jeszcze życie nie dokopało. Teraz jestem – o zgrozo – trendy!  To ja już wolę, za pozwoleniem, starą dobrą „pieprzoną Pollyannę”.

Jestem pieprzoną Pollyanną. W dupie mam. Zawsze byłam, nawet książka mi się podobała swego czasu, choć dziś nikt już by takiej nie napisał, bo nie byłoby komu czytać. Efekt Pollyanny to ponoć jeden z częstszych błędów poznawczych, ale jakoś tej powszechności nie widzę. Jakoś nie widzę, żeby na ulicach tłoczno było od ludzi po prostu (a nie po amerykańsku) zadowolonych.

Śniadamy (uwielbiam to słowo!) z mężem i Juniorem. Bułka z sałatą, szynką i pomidorem, ogórek w słupki, powietrze gorące i duszne, psu nie chce się szczekać. Rozmawiamy, dzisiaj na tapecie Korwin i stres (czyli natemat z doskoku i nowa gazetka Jehowitów). Po raz kolejny stwierdzamy, że za chwilę spadnie na nas, jak w bajkach Warner Bros., kowadło. Bo my, serio serio, jesteśmy szczęśliwi.

Lubimy bułki z szynką. Lubimy razem jeść śniadanie. Lubimy nasze mieszkanie i bardzo lubimy nasze dziecko. Lubimy naszą pracę. Lubimy jak jest ciepło. Lubimy czasem nieśpiesznie pożreć się z rana na tematy abstrakcyjne. Lubimy coraz wyraźniejszą wizję jeszcze jednego rochlącego się u stóp bachora. Nasz pies lubi nasz nowy balkon. Mamy Przyjaciół. Z rodziną wychodzimy całkiem nieźle nie tylko na zdjęciach. Mamy swoje (i cudze, bo należące raczej do kategorii bardzo powszechnych) bolączki, ale przy tym śniadaniu zwykle nam wychodzi, że jakoś tak jest nawet lepiej niż ok.

I zawsze był z tym problem.

Kiedy moja przyjaciółka zapytała, jak ja wytrzymuję wstawanie o 3:30 na autobus, który zawozi mnie na pociąg, który zawozi mnie na autobus, którym ostatecznie dojeżdżam raz w tygodniu do jednej z moich prac, po zastanowieniu zgodnie z prawdą powiedziałam, że poza bardzo bardzo ciężką zimą ja nawet to lubię. Bo mam swoje rytuały, przystanki i dworce tak wcześnie są jakieś takie baśniowo odrealnione, do 5:00 nigdzie nie ma kolejek, na stacji czeka na mnie kawa z maka, a jeśli jestem śpiąca, wiem, że w nowym, klimatyzowanym pociągu zasnę jak bobas, bo znam położenie najwygodniejszych foteli. Wszystko razem ma posmak wycieczki, wyjazdu na kolonie. Wracam późnym wieczorem i mam prawo być zmęczona, a to zawsze dobrze robi na morale, zdążę się trochę stęsknić nawet. Po tym wyjaśnieniu przyjaciółka westchnęła, pokręciła głową i stwierdziła, że zapomniała, że nie ma dla mnie nadziei, że mój świat jest złożony z cukierków.

Jasne. Pudrowych. Różowych.

Komuś jednego?

TSM

Reklamy

10 uwag do wpisu “Pieprzona Pollyanna.

  1. Kurna, wychodzi a to, że też jestem trendy. A całe życie wydawało mi się, że jestem taka oryginalna 😀 .
    Wolę różowe pudrowe cukierki, niż żuć z bólem gorzkie piguły i jeszcze udawać, że mi smakują. Źle mi się żyje, jeśli obok są narzekacze, którym nijak nie można dogodzić: za ciepło, za zimno, za jasno, za ciemno, za mało, za dużo… Brrr
    Zdarza mi się, że życie kopnie mnie w dupę, ale to nie powód żeby przestać się cieszyć z małych codziennych przyjemności. Więcej – to właśnie powód, żeby je dostrzegać tym bardziej. Bo szczęśliwe życie składa się właśnie z takich okruchów: uśmiech dziecka, poranna kawa, kot na kolanach, zabawa z psem, zieleń za oknem.
    A wszelkim malkontentom mówię: spier…. papa :).

  2. Pingback: Co wolno, czego nie wolno. | Taka Sobie Matka

  3. Tak sobie tu surfuję po linku z Robótki i w końcu postanowione – dodaję do ‚My Best’, ujęłaś mnie tą Polianną. U siebie też kiedyś użyłam wzmianki do niej, no ale cały wpis robić pod tym tytułem nie przyszłoby mi nigdy do głowy. Pozdrowienia ze sporo innego świata, jak mi się zdaje 🙂

  4. Pingback: O kolorach. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s