Downiątko.

A cio lobi moj skarbeciek telas? Psecies ta lopatecka jest chlopcika!

Nie przeszkadzają mi tiutiające matki. Matki są różne. Ja nie tiutiam; dopóki mnie z jedną rodzicielką dwuletnich, zasmoczkowanych bliźniaków nie zderzyła przypadkiem rzeczywistość piaskownicowa, nie zdawałam sobie w ogóle sprawy, do jakiego stopnia można ciućkać do dziecka. Rzeczona zwraca się do latorośli w sposób, który wzbudza we mnie (i w Juniorze, który ni w ząb nie rozumie, co ona do niego mówi) większą pierwotną fascynację niż baba z brodą. Obiecałam sobie, że kiedyś potajemnie ją nagram. Bez złośliwości, dla celów naukowych.

Przeszkadza mi natomiast sytuacja, kiedy tiutianie przenosi się z placu zabaw do gabinetów lekarskich. Kiedy oczekuję od kogoś rzeczowości, a dostaję papkę dla niemowląt, tylko dlatego, że jedno potencjalne noszę w środku.

Lekarze, o ile nie są skończonymi bucami,  zwykle świetnie wyczuwają, z jakim klientem muszą się użerać. Kiedy pocieszać, kiedy tłumaczyć, kiedy huknąć. W szpitalu naoglądałam się mnóstwa błyskawicznych przemian z doktora Jekylla w pana Hyde’a i z powrotem. Pani, która robiła mi prenatalne, najwyraźniej jednak albo się nie zorientowała z jakim typem rodzica ma do czynienia, albo zdziecinniała do szczętu.

Kobita, mimo, że wiedziała z karty, czemu przychodzimy i że raczej oczekujemy konkretów, przez pół godziny rozwodziła się nad paluszkami u stópek Młodej, pokazywała bródkę, nosek, oczka, wstydliwie chyba raz użyła twardego słowa pęcherz i równie nieprzyjemnego kręgosłup, po czym płynnie przeszła do bezpiecznych rączek i główki, nawet mi pokazała („słodko zawiniętą, jak precelek”) pępowinkę. Dopiero z papierowego wyniku dowiedziałam się, że odpływy z serca są prawidłowe, że nie ma rozszczepu podniebienia, że kończyny, oprócz tego, że śliczne, są jeszcze odpowiedniej długości.

I tak się zastanawiam. Jakby wyszło coś jednak nie bardzo. Jakby pokazały się „markery aberracji chromosomalnych”. Byłoby: no, proszę pani, tu wszystko jest takie kochane, ale może być Downik? Pani dziecko może mieć wodogłowie, taki hydrocefalusik nam wychodzi maleńki? To czarne widzi pani, taki robaczek, to chyba jelitko niedrożne, trzeba zbadać?

Ja nie wiem, może faktycznie „downiątko” nie puchnie tak w ustach, ale czy to znaczy, że łatwiej jest je przełknąć?

Leżę na oddziale noworodkowym w dwuosobowym pokoju dla matek z dzieckiem. Rotacja jest duża. Przychodzą, wypisują się, nie wierzą, godzą się, płaczą, przyzwyczajają. Drą szaty albo nic nie mówią. Ale w końcu każda pęka, bo co tu robić cały dzień, można umrzeć z nudów. Jak ma na imię, ile już ma, jaki spokojny. Co mu jest. No i moja chwilowa współlokatorka, matka dwojga, z synkiem zdiagnozowanym i opanowanym, po miesiącu pobytu w szpitalu, na wypisie już z zaleceniem operacji za pół roku, z rozbrajającą szczerością wzrusza ramionami i mówi: wie pani, ja to nie wiem, coś ma z serduszkiem, mówili co, ale ja się na tym nie znam kompletnie.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi mieć konstrukcję psychiczną podobną do mojej. Że nie każdy ma Męża-Robota, który w miarę możliwości wszystko sprawdzi, ogarnie, wytłumaczy. Że komuś innemu wróżba wyproszona od lekarza prowadzącego przy wypisie (nieee, na moje oko raczej roślinką nie będzie, ale jak będzie niewidomy i z dużym niedosłuchem, to się siłą rzeczy będzie bardzo wolno rozwijał) mnie przynosząca spokój związany z wytyczeniem granic, mogłaby przynieść tylko czarną rozpacz. Naprawdę uważam, że nie każdy musi bawić się w doktora i że czasem częściowe wyparcie jest najlepsze dla rodziców i dla dziecka. Ale.

Na miłość boską. Jeśli nie jesteś w stanie lub nie chcesz rozumieć, na co choruje twoje dziecko, to się nazwy choroby naucz na pamięć na pałę albo napisz na kartce i noś w portfelu. Tamten chłopczyk miał szczęście – w razie wojny, gdyby nie daj boże zasłabł na pikniku rodzinnym albo w autobusie, ludzie z pogotowia wiedzieliby przynajmniej, że kłopot jest z „serduszkiem”. Bo serduszko pasuje do niemowlaczka. A gdyby miał coś z brzuszkiem?  Śledzionka jest mniej dziecięca. Nereczka nie całkiem. Wątróbka odpada.

W żołądeczku czuję chłód, kiedy o tym pomyślę.

TSM

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Downiątko.

  1. O tjiutaniu już nie wspomnę..bo mnie to rozśmiesza na amen..moj Janek jak slyszy tiutanie pierw się dziwi, potem wpada w śmiech..ma zalewie 12 miesięcy..ale już go to bawi..u nas w domu nikt nie tiutał..może dlatego…świetnie piszesz..muszę tu częściej zaglądać to się pociesze że są jeszcze mocno stąpające po świecie matki…

  2. zapamiętałam tę kurewsko trudną nazwę w tym samym momencie, kiedy lekarka ją wypowiadała. dziesięć minut później byłam po lekturze kilku artykułów i dysponowałam wiedzą większą, niż gros lekarzy pierwszego kontaktu. moje dziecko ma coś z układzikiem immunologiczniusim, coś z końca książki wymienione drobnym drukiem, co się w zasadzie nie zdarza, nauczone na egzamin, jak to mówią rzeczeni lekarze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s