Dziecko jest jak klub piłkarski, czyli Statement III.

Kiedy byłam dziewoją w wieku mocno przedprodukcyjnym, jednym z największych strachów, z którymi musieliśmy się wszyscy mierzyć idąc do czy ze szkoły, było widmo starszego (czyli ze 12-letniego) chłopaka w szaliku, który niespodziewanie wychynie zza węgła, przyprze do muru i wycedzi przez zasłonięte zęby „ZA KIM JESTEŚ?”. Krążyły bardzo mgliste legendy o tym, co miałoby się dziać, gdybyśmy odpowiedzieli źle, lub, co gorsza, co by się działo, gdybyśmy w ogóle nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Przez jakiś czas wszyscy jak jeden mąż byliśmy biegli w rozpoznawaniu kolorów i emblematów klubowych drużyn od ekstraklasy do ligi okręgowej, każde z nas znało też nazwy jakiś neutralnych gamoni bez szans, żeby w razie czego wyjść na tego, którego nawet nie wypada uderzyć.

Strach samoistnie odsunął się w cień, gdy wyparły go inne, mniej związane z adrenaliną, a bardziej z estrogenem i gdy oczy patrzące znad rzeczonego szalika, oprócz tego, że dzikie, okazywały się kusząco orzechowe. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś poczuję strużkę zimnego potu wywołaną wrodzonym mi wstrętem do przynależności do drużyny, a w najdziwniejszych koszmarach nie przewidziałabym, że zdarzy się to za sprawą Juniora. A jednak.

Problem z dziećmi jest taki, że w ligach matek wybiera się zwykle z dwóch drużyn, a przedstawicielki walczących frakcji nie noszą widocznych naszywek na koszulkach i na placu zabaw pozostaje ci strzelać, z kim masz do czynienia. No i nie ma nijakich szmaciarzy.

NO WIĘC JAK, „mamo”/Mamo (sposób zwracania się do ciebie zostanie ustalony po udzieleniu odpowiedzi): karmisz ze słoiczków (ty leniwa szantrapo) czy sama gotujesz (i twoje dzieci żrą rtęć z marchewki)? Wózkiem wozisz twarzą do siebie (twoje dziecko nie ma szans się rozwijać) czy do świata (twoje dziecko nie ma szans się rozwijać)? Używasz chusty (tak, najlepiej, żeby ci się na powrót zrosło z brzuchem, z którego wyszło, ty toksyczna wariatko) czy zostawiasz samo, jak chwilę płacze (to krzyk umierających neuronów)? Dajesz mu kaszkę łyżeczką (zabijając kreatywność) czy pozwalasz mu jeść tylko palcami (robiąc z niego kalekę)? Używasz pampersów (co za zacofanie!) czy pieluch ekologicznych (co za zacofanie!)? Idziesz do pracy zaraz po porodzie (po coś se w ogóle robiła to dziecko?) czy siedzisz w domu na rocznym macierzyńskim (ty pasożycie społeczny)? Szczepisz (idąc za tłumem jak baran na rzeź) czy nie szczepisz (popieprzona zwolenniczko teorii spiskowych)? I w końcu –  jesteś terrorystką laktacyjną czy przedstawicielką wygodnego lobby flaszowego? HMMMMMM?!

Rodziców się nie wybiera, nie Juniora wina, że jego matka należy do kategorii wioskowych przygłupów, wiecznie egzystujących na poboczu drogi, do których nie ma się jak przyczepić, bo od razu wiadomo, że z takimi nie ma o czym gadać. Przy czym tutaj pobocze jest środkiem drogi właściwie, o czym pisałam już na samym początku istnienia bloga.

Junior jest zaszczepiony, ale nie na wszystko. Do pracy poszłam zaraz jak mogłam, ale jak mnie nie było, ojciec był, więc o niańkę z piekła rodem nie było jak awantury robić. Wózkiem wożę od siebie (bo lubi) i do siebie (jak wieje). A już najbardziej wydziwiałam z karmieniem – karmiłam naturalnie 7 miesięcy. Butelką.

Junior w szpitalu dostawał moje mleko (człowiek ze łzą w oku wspomina te codzienne wycieczki z lodówkami turystycznymi na oddział, eh eh…), po powrocie do domu też moje mleko, przy czym w całej naszej karierze zdarzyło się ze dwa razy, że pobrał sobie prosto ze źródła. Po szpitalu był przyzwyczajony do butelki i nie umiał za bardzo, to raz, dwa, wcale mu się nie dziwię, że nie umiał, bo piersi mam anatomicznie jakoś nieprzystosowane do wielkości niemowlęcia;) Złapaliśmy dobry rytm, odciągałam, wkładałam do lodówki, zostawiałam tacie/babci/wujkom i miałam z głowy. Miałam z głowy też Ciocie Dobra Rada, bo zanim otrząsnęły się z szoku i wymyśliły, co złego może być w takim karmieniu, zwykle znikałam już w autobusie. Jadąc, o zgrozo, sama. Na kawę.

W międzyczasie po cichu dochodziły do mnie z różnych stron szepty z podziemia – że jedna karmi mieszanie, w zależności od dnia, i nijak jej to nie zaburza laktacji, druga trochę daje z piersi, a trochę odciąga i daje później, bo córka leniwa i z samej piersi nie doje, trzecia daje mieszankę w nocy, bo małe śpi jak bobas, a po jej mleku nie, a w dzień daje pierś, tylko żebym nie zdradziła matce… Więc okazało się oczywiście, że drużyna szmaciarzy istnieje. I ma się dobrze. No bo na logikę – jak ma się mieć? A mimo tego wciąż zdarzają się takie komentarze, jak ten na jednym z moich blogów-do-kawy, gdzie napisałam, jak karmiłam:

A ja właśnie do tego mam pytanie. Za każdym razem koleżanka skarżyła się, że musi karmić piersią gdzieś na zewnątrz, więc zaproponowałam jej, aby odciągnęła pokarm do butelki. Wtedy (według mnie) nie było by problemu- znika problem odsłaniania się i dziecko dostaje „jedyny słuszny” pokarm. Dostałam jednak opr, że to może małemu zaszkodzić, nie znam się i mam się nie odzywać. Czy poza tym, że dziecko może mieć ponoć potem problem ze zgryzem faktycznie coś może mu się stać? Dodam, że koleżanka mleka miała tyle, że by spokojnie 2 karmiła, a wychodziłaby z dzieckiem na dłużej tylko 1-2 razy w tygodniu. Bardzo proszę o odpowiedź, co Pani na ten temat sądzi, bo niestety tak jest, że w niektórych „środowiskach” jak się tylko wspomni o butelce, czy piersi to można zostać zjedzonym.

Ba! Ja nawet miesiąc kiedyś ciułałam nadprogramowe mleko, aż zamroziłam tyle, żeby sobie na trzy dni samotnie do Zagrzebia polecieć bez wyrzutów sumienia, że małemu tylko awaryjna mieszanka zostaje, której nie lubiłam (ja, nie on), bo śmierdzi. I mu tata odmrażał. Da się? Wszystko się da.

O ile oczywiście nie jesteś ślepo przywiązana do barw klubowych.

TSM

 

 

Reklamy

8 uwag do wpisu “Dziecko jest jak klub piłkarski, czyli Statement III.

  1. Fajne, nawet bardzo fajne, ale nigdy nie mogłam zrozumieć, czemu flaszowe lobby uważane jest za takie wygodne. Te wszystkie gotowania wody, odmierzania mieszanki, sprawdzania 100 razy temperatury… Ja, poza całą ideologią karmiłam wyłącznie piersią przez 6 miesięcy z czystego wygodnictwa 😉

  2. Pingback: Downiątko. | Taka Sobie Matka

  3. Metafora doskonała. Trzeba być sprytnym i jakoś lawirować, żeby przypadkiem nie „dostać w dziób”. Jestem stworzeniem z natury potulnym, więc kiwam głową (na wszystko), udaję przejętą (wszystkim) i obiecuję poprawę (zawsze). Po czym robię po swojemu, chociaż sumienie gryzie, bo może jednak nie mam racji… Obiecuję sobie tylko, że Małej z mojej strony to nie spotka :)…

  4. Pingback: Bajka o karmieniu piersią. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s