Dżender na ulicy Czereśniowej.

Wojna podjazdowa między tymi, którzy z niepewną jeszcze dumą przekonują teściową (poprzez podsunięcie Twojego Dziecka z Wielce Oświecającym Artykułem w środku), że w kupowaniu lalki chłopcu nie ma nic złego, a tymi, którzy kpiąco proponują temuż chłopcu sukienki, bawiłaby mnie niezmiernie, gdyby nie fakt, że odbywa się ona na moim terenie. Ściślej mówiąc – JA jestem terenem, Junior bowiem, jak każde dziecko, tego typu wojny ma oczywiście za czwartą kozą.

Nasz syn ma gender taki sam póki co jak sex, jest boleśnie stereotypowy z tymi swoimi autkami i ciężarówkami i walcami i cysternami i taksówkami i panem z kosiarą, nic sobie nie robi z oburzonego patriarchatem matriarchatu, kieruje kiejownicą i montuje śrubopjętem swój niechybnie antyfeministyczny przyszły światopogląd.

Problemów z tym jest bez liku, bo, po pierwsze, jego ojciec, wychowany wprawdzie w tradycyjnej dość rodzinie, był trzeci z rzędu, na godziny leżenia pod autem się więc nie załapał (bo teść miał już podówczas dwóch wyszkolonych pomocników), zaś wiertarkę i młotek poznał dogłębnie dopiero we własnym (naszym) domu. Całe szczęście życie zdążyło go nauczyć, czego powinien nauczyć. Pierworodnego oczywiście. Z drugiej strony, że ja okazałam się pierworodna, zanim nastała epoka mojego brata, zdążyłam nieco pociąć, porżnąć i porąbać. Mimo niewłaściwych drugorzędowych cech płciowych.

Nie chcę nawet myśleć, co będzie, kiedy okaże się, że Młoda to jednak Młoda. Bo z tymi dziewczynkami zawsze gorzej, nie? Umiem wprawdzie haftować i cerować, ale – o zgrozo! – mój mąż zmywa gary i zmienia pieluchy. A ja, jak już pisałam, nie znoszę sprzątać. Dziecko skrzywione na starcie.

Można tak sarkać bez końca, można jednak na poważnie. Pani Magdalena Marszałek w 13 tomie serii Język a Kultura przeprowadziła „analizę ilościową znaków ikonicznych oraz analizę jakościową komponentów semantycznych rysunków i tekstu sześciu podręczników do początkowej nauki czytania i pisania, ze względu na czynności,atrybuty i predykaty charakteryzujące postaci przedstawionych dziewczynek i chłopców oraz kobiet i mężczyzn”. Innymi słowy, policzyła ile razy tata jest inżynierem, sprawdziła, czy mama na obrazkach robi coś poza gotowaniem, co mogą dziewczynki, a czego się boją chłopcy. I wyszło jej naprawdę coś bardzo smutnego. I tu po cichu kibicuję dżenderowi, nawet mu pozwolę się popanoszyć trochę, nawet pokłócę się zaocznie z teściem – mnie on niepotrzebny, ale może komuś pomoże. Może tak trzeba, odgórnie, palcem pokazać, w Twoim Dziecku napisać.

Z drugiej strony dostaję do ręki coś tak pięknego i bezpretensjonalnie ciepłego jak seria o ulicy Czereśniowej Susanne Rotraut Berner i autentycznie boli mnie myśl, że ktoś miałby liczyć, ile razy niemowlę jest kołysane przez kogoś z siusiakiem, jaki jest obraz rodziny i czy wystarczająco często pokazują kogoś na wózku. O, taki obrazek z Wiosny:

plaster

Samotna matka z siatami (nadwaga, uśmiech przyklejony do ust) i kobieta-Samarytanka, która porzuca swoje szpilki (i aspiracje, a jakże!), by w Nocy na ulicy Czereśniowej być już w ciąży z nieudacznikiem w dresie. Tak też by można. Ale po co?

Dzieci chcę wychować tak, żeby sobie w życiu radziły. Żeby umiały pościelić łóżko, obrać ziemniaki, zaszyć dziurę, nalać benzyny, powiedzieć „nie chcę” i „nie muszę”. Żeby pomogły słabszemu i żeby wiedziały, kiedy postawić na swoim.  Żeby były na tyle świadome kim są,  żeby nie musiały przed każdym krokiem na kogoś się oglądać. Żeby nie bały się czasem skoczyć na główkę. W spodniach czy w mini.

TSM

 

Reklamy

8 uwag do wpisu “Dżender na ulicy Czereśniowej.

  1. Masz całkowita rację, zgadzam się w całej pełni.
    A przy okazji – mój syn też miał lalkę, znalazłam mu lalkę chłopca (żeby miał synka, tak jak jego tata 😉 ). Głównie woził go samochodem i dość prędko się znudził. Za to córka wozi swoje laleczki wózkiem, karmi itd. Nie wiem, po kim ona to ma, bo na pewno nie po mnie 😉

  2. Pingback: Ze wsi jestem, dizajnu nie kumam. | Taka Sobie Matka

  3. Powiem szczerze – trochę dobija mnie to jakimi bzdurami zajmuje się współczesna nauka. Bo niestety dla mnie, są to tylko i wyłącznie bzdury. I nawet żeby nie było, że czepiam się tylko językoznawców – trzy lata pracowałem w placówce prowadzącej badania związane z biologią i większość z rzeczy, które tam się robi nie przyda się nikomu do niczego.
    Tak samo ten przykład – tworzenie podręcznika jest mimo wszystko jakimś tam procesem twórczym. Co w tym złego, że ojciec będzie tam inżynierem, a mama będzie gotowała? Kiedyś usłyszałem, że hollywoodzcy scenarzyści są be, bo w ich filmach jest niewystarczająca ilość kobiet i kobiecych problemów. Więc zapytałem czy jeśli piszę jakiś tekst literacki, który być może kiedyś stanie się scenariuszem filmowym, to mam dokładnie policzyć ile akapitów poświęconych jest kobietom a ile mężczyznom? A co jeśli równowaga będzie zaburzona? Niestety do tej pory, nie doczekałem się odpowiedzi.

    • W ogóle wszystkie parytetowe rzeczy są, w najlepszym przypadku, ambiwalentne. Mój znajomy składał kiedyś wniosek o międzynarodowy grant dotyczący bardzo konkretnej rzeczy w astrofizyce. Warunek na wejściu – co najmniej jedna trzecia kobiet. Wniosek padł, bo kobiet zajmujących się tym problemem było słownie trzy, w tym jedna w wieku mocno emerytalnym. To absurdalne.
      Co ciekawe,gdyby nie parytet, jedna z tych kobiet i tak zostałaby zaproszona do udziału, bo jest po prostu dobra…

      • Widziałam jakiś wniosek grantowy z okolic onkologii, gdzie składający bardzo obszernie uzasadniał, że beneficjentami grantu będą wyłącznie mężczyźni, ponieważ kobiet rak prostaty z reguły nie dotyka…

  4. Tak sobie myślę, że dżender wymyślił ktoś kto nigdy nie wychowywał chłopca i dziewczynki. Mam być szczęście mamą dwójki, różnopłciowej, lat 5,5 córka, lat 4 syn. Pokój wspólny i na starcie te same zabawki, nazwijmy je „bezpółciowe”. Ale co ja poradzę na to, że jak Młody w wieku 6-8 miesięcy widział jadący samochód/pociąg/walec/traktor zaczynały mu się świecić oczka, a Młoda jak widziała laleczkę to od razu chciała przytulić? Nie mówię, że Młody nic nie przytula, bo ma miśków więcej niż młoda ale w wózku lalek nie wozi tylko traktory :). Natomiast córcia, mimo mamy typ luźno-leniwy jest 150% kobiety w kobiecie: „mamo dziś sukieneczka, jutro spódniczka i może pojutrze spodnie”.

    • Aniu, to co piszesz dotyczy większości chłopców i dziewczynek (w tym moich dzieci) i naprawdę nie w tym problem. Problem ma ta mniejszość, do której należałam (należę?) również ja, która chciała inaczej, np. w Wigilię bawiłam się głównie prezentami brata ciotecznego, bo on dostał same fajne zabawki a ja tylko jakieś głupie lalki.

  5. Jest w tym coś :), ważne by dziecka nie zamykać w kanonach-tu z ideą mogę się zgodzić. Każdy ma prawo być tym kim chce i do czego ma predyspozycje. Ja po prostu nie uważam, że trzeba robić z tego ideologię, bo po co? Niech każdy wybierze to co mu pasuje, a rola rodzica by nie zamykać dziecka w stereotypach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s