Dziecko jest jak pies, czyli Statement II.

Ten post jest po trosze kontynuacją tego o tresurze, ale zanim do sedna, trochę historii.

Zawsze miałam psy w domu (obok różnej innej gadziny), mój wtedy-jeszcze-nie mąż nigdy nie miał nawet rybek. Temat wspólnego bydlęcia odwlekał (się), odwlekał, aż któregoś dnia, po tym jak straciłam nadzieję, w porywie miłości do mnie (gdzież te porywy?…) zacisnął powieki, zęby i pięści i powiedział, że raz kozie śmierć, zgadza się na włochate monstrum w ramach prezentu urodzinowego. Nie dałam mu ochłonąć i nabyłam od babiny na targu za złotych 30 niedożywioną świnkę morską o wadze 80 deko, która mieściła się w dłoni. Nasz pierworodny (?) szybko pojął, że mu się trafiło jak ślepej kurze ziarno. Wyszedł jaki wyszedł – lekko waniający, do kolana, z pyskiem bandyty, niezależny dosyć i mało przytulasty, chyba, że mu się przypomni. A że ma zaburzony obraz siebie i święcie wierzy, że waży 2 kilo, podczas gdy w porywach sięga 24, może i lepiej, że mu się przypomina rzadko.

O tym, że psy od małych dzieci różnią się niewiele, byłam przekonana na podstawie wcześniejszych obserwacji, mając natomiast możliwość śledzenia paralelnie rozwoju mojego szczeniaka i córki znajomych, tylko się w tym przekonaniu utwierdziłam. To, czego nie spodziewałam się natomiast, to faktu, że po rozczulonym „zobacz, zobacz, jak się rozkosznie przeciąga przez sen, zaraz spadnie z łóżka” fraza „no, słodka, C. robi identycznie” nie jest, łagodnie mówiąc, mile widziana. Co miałam zrobić, że naprawdę identycznie, nawet podobnie mrucząc? Już wtedy mogłam zacząć coś podejrzewać.

Ponieważ nie znoszę rozwydrzonych psów, które ściągają z talerza kotlety, gdy tylko się odwrócisz (takiego też mam w rodzinie), C. był uczony od małego (a tym bardziej, jak zaczął do stołu dosięgać), co jest jego, a czego tknąć nie może. W swojej karierze zeżarł ze dwa razy frankfuterki i raz zapomniane w torbie pół kilo schabu. Teraz spokojnie mogę zostawić surowe mięso na blacie, kiełbasę w siatce czy rurki waflowe na parapecie (przez który wygląda), z jednej strony bez obaw, że znikną, z drugiej bez wyrzutów sumienia, że męczę psa – został zaprogramowany na tyle wcześnie i skutecznie, że w ogóle nie bierze tych produktów pod uwagę, rejestruje je, ale osiągają one wartość „rzeczy do jedzenia” dopiero w naszych, czasem zbyt łaskawych, rękach.

Junior przerósł intelektualnie swojego psiego brata w wieku około 1,5 roku; pokładałam w nim również, nie bójmy się tego powiedzieć, od początku nieco większe nadzieje.  Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że torturujemy dziecko, bo musi patrzeć na rzeczy na stole, których nie wolno mu (już albo wcale) jeść. Gdy tylko mówiliśmy dość (po ntym kawałku ciasta/czekolady/banana, etc.), natychmiast zaczynał się absurdalny, kosmiczny taniec: chowanie w popłochu (dosłownie w popłochu, w przerażeniu!) wszystkiego, połączone z kuriozalnym odwracaniem uwagi dziecka, bo a nuż się weźmie i, nie wiem co, skrzywi?? Nie krzywił się, zupełnie normalnie przeciągał strunę, po czym dawał spokój i szedł się bawić. Chyba, że nie udało nam się w porę lub nie chciało nam się wystarczająco stanowczo zapobiec rozpoczęciu tańca – wtedy głowa Juniora (i nasze) stawała na skraju wybuchu nie z powodu niespełnionej zachcianki, ale z powodu nagłego chaosu, którego kompletnie nie pojmował.

Ja naprawdę nie rozumiem oburzonego „jak do psa!” w momencie, kiedy mówię dziecku „nie wolno brać ze stołu”. No jak do psa. I co z tego? Dzięki tej prostej – co mi tam, niech będzie – komendzie (stosowanej na długo przed tym, jak szacowne konsylium orzekło, że dziecko „już rozumie”) Junior półautomatycznie szuka naszej, choćby niemej, akceptacji, zanim po coś sięgnie. Pomijam już fakt, że daje mi to komfort psychiczny, bo  nie ściąga na siebie wszystkich szklanek z herbatą, nie rzuca się kompulsywnie na coś tylko dlatego, że jest w jego zasięgu, nie muszę stać na baczność, gdy tylko podejdzie do talerza. Dla mnie ważniejsze jest to, że mam wrażenie, że oszczędziliśmy mu – już! – ogromu dziecięcego bólu w przyszłości. Starego psa się nowych sztuczek może i nauczy, ale po co i jakim kosztem? Nagłe zabranianie czegoś czterolatkowi, któremu się do tej pory na wszystko pozwalało, bo – od kiedy dokładnie? – „już zrozumie” i „można mu wytłumaczyć”, jest moim zdaniem sto razy bardziej okrutne niż wymaganie od roczniaka, który jeszcze bez zastrzeżeń daje sobie rysować kredą na chodniku granice, by po prostu słuchał.

Jak pies.

TSM

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Dziecko jest jak pies, czyli Statement II.

  1. Jest nawet taka książka „Najpierw wytresuj kurczaka” (angielski tytuł „Don’t shot the dog”). Znałam ją w wersji angielskiej, jako biblię (choć może jest za cienka na to określenie 😉 ) pozytywnego szkolenia psów (jestem z sekty klikerowców), aż tu nagle została wydana w Polsce pod całkiem niepsim tytułem przez wydawnictwo Media Rodzina. Ponieważ znałam ja zanim urodziłam starsze dziecko, to również używałam zawartych w niej trików to „tresury” – najpierw psa, a potem dziecka. Dzięki tym metodom nauczyłam młodego używania nocnika, czy miłości do kojca (pies też uwielbiał swoją „budkę”). Śmiałam się, ze posiadanie psa przygotowało mnie do wielu spraw, ale nie do buntu dwulatka, bo psu nigdy nie przyszło do głowy się buntować.

  2. My z moim M. jako fajni Cesara Millana, obserwując cudze psy i dzieci również doszliśmy do wychowawczego wniosku nr 1 – dzieci są jak psy oraz, że i jednym i drugim potrzebny jest każdym przypadku „calm and assertive pack leader” ;). Energia. Energia jest ważniejsza niż słowa.

  3. Pingback: Kontrakt. | Taka Sobie Matka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s